Capurgana, czyli nasze pierwsze starcie z Kolumbią.

Dotarliśmy do Kolumbii, tym samym zaliczając trzeci kontynent w naszym życiu! Do miejscowości Capurgana, położonej w bliskim sąsiedztwie z granicą Panamską dopłynęliśmy łódką, którą znaleźliśmy po stronie Panamskiej w Puerto Obaldia. Piętnastokilometrową odległość wzdłuż dzikiego wybrzeża Panamy i Kolumbii pokonaliśmy w 40 minut. Całą drogę goniła nas burza, a stara, drewniana i wąska łódka przeciekała od uderzających ją fal. Na szczęście udało się bezpiecznie dopłynąć do celu.

Stara łódka, ale napędzana całkiem nowym i mocnym silnikiem nie wzbudzała w nas zaufania.

Capurgana to niewielka miejscowość, która jest dość wyjątkowa ze względu na to, że nie ma tam samochodów. Wynika to z braku połączenia lądowego z innymi miejscowościami. W mieście są drogi, ale poruszają się nimi tylko motory tuk-tuk’i i od czasu do czasu konie lub osły ciągnące niewielkie wózki z jakimiś towarami lub krzesełkami, takie koń-taxi. Większość dróg w mieście to zwykłe drogi gruntowe, te bardziej w centrum utwardzone są kamieniami i o dziwo znalazło się kilka odcinków asfaltowych. Z racji na bardzo czyste morze Karaibskie jest to rewir turystyczny, więc można znaleźć tu sporo hoteli i restauracji oraz typowych sklepów dla turystów. Połączenia z innymi miastami odbywają się drogą morską lub lotniczą, bo jest tam też niewielkie lotnisko.

Nabrzeżna część Capurgany jest najbardziej turystyczna, znajduje się tu kilka knajp, hoteli i sklepików z pamiątkami, a im głębiej w ląd tym bardziej lokalnie. Generalnie miejscowość jest bardzo mała, a ten rewir turystyczny to raptem kilkaset metrów nabrzeża i ze 2-3 krótkie uliczki od niego odchodzące.

O Capurganie słyszeliśmy wiele. Wiele osób nam mówiło, że jeśli tam będziemy, to musimy się na chwilę zatrzymać. Dlatego po odprawie w budynku imigration, który musieliśmy sami znaleźć gdzieś w środku tej wsi, udaliśmy się coś zjeść i zlokalizować hostel Casa Reggae. Było to miejsce, które poleciła nam pewna parka młodych podróżujących ludzi spotkanych dwie godziny wcześniej w Puerto Obaldia. Powiedzieli, że jest on trochę na uboczu, ale jest chyba najtańszy i dość ciekawy bo wykonany „z recyklingu”. Pech chciał, że miejsce to nie było oznaczone na żadnej mapie, więc początkowo ciężko było nam je znaleźć, na szczęście z pomocą przyszli lokalni, którzy prawidłowo wskazywali nam drogę.

Hostel Casa Reggae okazał się kolejnym „wyjątkowym” miejscem tego dnia. Miejsce to było na tyle ukryte, że do dziś się zastanawiamy jak ludzie tam trafiają. Była to niewielka, licha konstrukcja zbudowana w sposób ekologiczny i ekonomiczny, prowadzona przez typowego rastafarianina. Na parterze znajdował się pokój 2 osobowy, kuchnia i coś w formie recepcjo-salonu na wolnym powietrzu, czyli ze dwie kanapy, stolik, biurko rasta-recepcjonisty i sporo sprzętu audio-video. Wszystko pod zadaszeniem ograniczone ścianami tylko z dwóch stron. Ściany to też jest słowo, które muszę sprecyzować. Jedne były stworzone z „dwóch desek na krzyż”, a właściwie w większości nie z desek tylko ociosanych grubszych gałęzi i materiału (płótna) do nich przyczepionego. Materiał ten był po części pokryty warstwą, czegoś co przypominało beton, prawdopodobnie dla wzmocnienia przed wiatrem. Inne ściany były wymurowane z zaprawy i szklanych butelek. Strop składał się z desek, nie do końca spasowanych ze sobą, przez co np. w pokoju dwuosobowym na dole, pod sufitem był podczepiony duży koc, aby piasek nie sypał się na głowę. Na górze znajdował się pokój współdzielony z czterema łóżkami i taras-przedpokój z kilkoma hamakami, też do spania. Łazienka była obok, wykonana w bardzo podobnym drewniano-szmacianym stylu. Woda pod prysznicem i w umywalce pochodziła z wielkiego zbiornika w którym była zbierana deszczówka. Natomiast do spłukiwania toalety służyło wiaderko i woda z sąsiadującego strumyka trzymana w wielkim kuble na śmieci przy kibelku, który był dopełniany każdego ranka.

Zdecydowaliśmy się na pokój prywatny na dole, bo wychodził za tą samą cenę co 2 łóżka w współdzielonym, czyli łącznie $10/noc.

Nasz pokój w pełnej okazałości, do dyspozycji poza łóżkiem mieliśmy jeszcze wiatrak i półkę. Drzwi wykonane były z listewek materiału.
Ogrodzenie o wewnątrz prezentowało się całkiem oryginalnie, natomiast od zewnątrz tragicznie. Wszystko umazane betonem, a niektóre szyjki butelek potłuczone

Poza ciekawą konstrukcją w Casa Reggae panował też ciekawy klimat. W powietrzu non stop unosił się zapach palonej trawy, a właściciel Rasta, bo tak prosił aby na niego mówić, chodził wiecznie uhahany. Nie trudno się domyśleć, że „klimat” ten udzielał się też innym mieszkańcom. Do tego panowała tam wyjątkowo chillowa atmosfera i wrażenie, że wszyscy mają czas. Gdy na samym początku zapytaliśmy Rasta o WiFi, odparł nam, że „hostel nie ma połączenia z internetem tylko z naturą”.

W Capurganie postanowiliśmy zostać na 2 noce. Pierwszego dnia poza schodzeniem wioski z każdej strony nie wiele więcej mogliśmy zrobić, bo po tym jak ogarnęliśmy odprawę paszportową, obiad i hostel była już 17. To co mogę stwierdzić to to, że miasteczko jest bardzo głośne, szczególnie wieczorami kiedy w centrum niemal z każdego sklepu czy baru leci muzyka. Nawet niektórzy sprzedawcy uliczni mają swój sprzęt audio. Wygląda to tak, że każdy ma rozkręcony regulator do granic możliwości i puszcza swoją muzykę próbując zagłuszyć sąsiada. Idzie zwariować, będąc po środku. To co przykuło jeszcze naszą uwagę to boisko w centrum miasteczka z 3 stron otoczone sklepikami i barami, a z czwartej kończył się pas startowy lotniska. Boisko bardzo nierówne i w większości bez murawy. Generalnie poza kilkoma krótkimi ulicami, które są bardziej turystyczne i rejonem zatoki gdzie jest kilka hoteli miasteczko wygląda przeciętnie, a jego obrzeża to już domki w tropikalnym lesie, tak jak nasz hostel.

Kolorowa uliczka Capurgany o poranku, jeszcze przed otwarciem lokali i przybyciem ulicznych handlowców.
Główny plac w Capurganie, czyli boisko i sklepiki do okoła. Wieczorami tętni tu życie lokalsów. Po lewej jest ogrodzenie (niewidoczne na zdjęciu), za którym jest jeden z końców pasa startowego.

Drugiego dnia obraliśmy sobie za cel spacer do miejscowości EL Aguacate. Miejscowość to może za dużo powiedziane bo była tam śliczna zatoczka kilka hosteli i dosłownie kilka domków mieszkalnych. Wspominałem, że Capurgana nie ma połączeń drogowych i to prawda, ale wzdłuż wybrzeża kilometrami ciągnie się piesza ścieżka łącząca wszystkie nabrzeżne miejscowości. Tą właśnie ścieżką przemieszczaliśmy się ponad godzinę w jedną stronę. Ścieżka ta była bardzo wyjątkowa ze względu na jej różnorodność. Początkowo szliśmy przez wieś, następnie po plaży z grubego żwiru, a za nią ścieżka kończyła się na ogrodzeniu z siatki i drewnianej bramki. Była otwarta, więc postanowiliśmy iść i tym samym weszliśmy na coś w stylu prywatnego rancza. Spory obszar z bardzo ładnym niebieskim domkiem pośrodku i cały pokryty gęstą i krótką trawą, po której szło się jak po dywanie. Do tego cały teren porośnięty był palmami, między którymi grasowało małe stado koni. I wszystko to po środku niczego. Nie mogliśmy się nadziwić. Za ranchem pojawiły się pierwsze klify które raz pokonywaliśmy przechodząc górą, a innym razem wzdłuż ściany klifu po skałach, o które kilka metrów dalej rozbijały się fale. Na końcu znów gęsty las i a za nim piękna zatoczka El Aguacate.

Ścieżka prowadząca przez ranczo.

Docelowo chcieliśmy dotrzeć do miejsca które lokalni nazywają naturalnym basenem. Miały tam być gorące źródła i jeśli dobrze zrozumieliśmy to gejzery z parą wodną. Mówiono nam że jest to 5-7 minut drogi za Aguacate. My przeszliśmy 15 i nic takiego nie znaleźliśmy. Z drugiej strony też nie do końca wiedzieliśmy czego szukać. Czy jakiejś zatoczki, czy małego zbiornika wodnego, a może po prostu to miało być morze z ciepła wodą przy wybrzeżu… Po tych 15 minutach zawróciliśmy bo od jakiegoś czasu padał już deszcz, który zniechęcił nas od dalszych poszukiwań. Po drodze w sumie widzieliśmy jakiś znak, który wskazywał ze ścieżki na brzeg gdzie była obumarła rafa kolorowa, ale to chyba nie było to, bo miejsce to niczym się nie wyróżniało. Znając życie, zabrakło nam do celu kilku minut.. no ale tego się już nie dowiemy. Na szczęście sama droga była na tyle kolorowa, że czuliśmy się ukontentowani.

Fragment ścieżki przez tropikalny las.
Widok na wybrzeże, a daleko w tle fragment Capurgany.

Wieczorami znów wyszliśmy na „miasto”. Coś zjeść, napić się piwka i poszukać WIFI, bo prawie od tygodnia byliśmy odcięci od świata (nie licząc kilku minut słabego neta w mieście Indian Kuna na San Blas). WiFi nie było. Jak to się mówi- trudno. Po powrocie do hostelu, spędziliśmy jeszcze trochę czasu w naszym salonie na świeżym powietrzu z innymi mieszkańcami hostelu. Było to dwóch chłopaków z Francji, którzy trochę podróżowali i trochę balowali oraz pewna parka. Chłopak z Francji, a dziewczyna z Brazylii. Ta dwójka była chyba kimś w stylu wolontariuszy u Rasta, bo widzieliśmy jak mu pomagali, a wcześniej chłopak mówił ze od siedmiu lat podróżuje po świecie małymi krokami, ale bez pieniędzy. Widzieliśmy też jak rano przynosili zdobyte skądś kokosy, a sami mówili, że czasami zarabiają grając na ulicy.

Kolejnego dnia mieliśmy pobudkę dość wcześnie, bo o 8 rano odpływała jedyna łódka tego dnia do miasta Turbo oddalonego o 100 km. Po drodze do portu zaliczyliśmy szybką drożdżówkę na śniadanie i ruszyliśmy dalej. W porcie była mała spina, bo pewien, za przeproszeniem czarnuch, zabrał nasze plecaki i wrzucił je na łódkę po czym powiedział że musimy zapłacić za nadwagę. Oczywiście ich nie zważył, ale mimo to dokładnie wiedział ile nadwagi mają. Limit był 10 kilogramów na osobę i nasze plecaki plus minus tyle ważyły, bo specjalnie cięższe rzeczy wzięliśmy do plecaków podręcznych. Ale on uważał, że ważyły po 15 kg i chciał za to równowartość około 13zł. Nie dużo ale po pierwsze był to jawny wyzysk, więc ciśnienie mi skoczyło, a po drugie nie mieliśmy kasy. W Capurgana nie było bankomatu, a w hotelu w którym wymieniali powiedzieli nam, że nie mają peso, wiec nie wymienią. Jedyne Kolumbijskie peso jakie mieliśmy to 2000 peso (2,5zł), pozostałość po 24 dolarach wymienionych u Tadeusza w Portobelo, tego Amerykanina na którego łódce spaliśmy. Trochę mu zostało i nam zaoferował wymianę, za co jesteśmy bardzo wdzięczni, wiedząc teraz jak wygląda sytuacja w Capurganie. Ale wracając do naszej wymyślonej nadwagi, skończyło się na tym, że pokazałem temu oszustowi wartość portfela, w którym było 20$ i te ostatnie 2000 peso, wziął peso, a następnie wziął od Ani banknot 10 polskich złotych, bo mu się spodobały. Niestety nie dało się mu przegadać że żadnej nadwagi nie było. Musze zapamiętać żeby na kolejne podróże zabierać stare pieniądze. Mogą się przydać w takich albo jeszcze gorszych sytuacjach.

Łódka wypłynęła z półgodzinnym opóźnieniem i te 100 km pokonała w niecałe 3 godziny. Była to motorówka z około 60-cioma miejscami i trzema sporymi silnikami Yamahy. Miała moc. Natomiast długo zeszło, bo się zatrzymywaliśmy w małych przybrzeżnych mieścinach po drodze. Najciekawsze co się wydarzyło po drodze to zmiana koloru wody. Na początku płynęliśmy po takiej pięknej przejrzystej wodzie morza karaibskiego jaką znamy od samego początku tej podróży i jaką mieliście okazję widzieć na wieku zdjęciach. Gdzieś na 60-70 kilometrze kolor wody zmienił się na żółty, mocno żółty. Co ciekawe nie było płynnego przejścia tylko wyraźna krawędź, po prawej przejrzysta na kilka metrów woda morska, po lewej żółta mętna woda o zerowej przejrzystości. Szybko sprawdziłem mapę i zobaczyłem kilka rzek wpadających do zatoki. Najprawdopodobniej to one wprowadzają brudną, mętną, słodką wodę która ze względu na inna gęstość niechętnie miesza się ze słoną, piękną wodą karaibską. Ciekawe zjawisko.

Moment przejścia nadszedł tak nieoczekiwanie, że nie udało się go uchwycić. Dla porównania tak wyglądały te dwa rodzaje wody, które nie chciały się mieszać.
Jedna z malutkich, przybrzeżnych miejscowości na trasie do Turbo

W Turbo chcieliśmy spróbować naszych sił z autostopem do oddalonego o ponad 340 km miasta Medellin. Jednak dzień wcześniej Francuzi naopowiadali nam strasznych historii o tym, że w Turbo jest tak niebezpiecznie, że np. niewolno brać telefonu do ręki, bo może się to skończyć tym, że ktoś nam ją odetnie maczetą i ucieknie z telefonem. Itp itd. Oczywiście wszystkie tego typu historie traktuje z przymrużeniem oka, ale wiadomo po ciemku znaleźć bym się tam nie chciał. My dopłynęliśmy o 11.20 i ostatecznie zdecydowaliśmy się na autobus, który był 10 minut później. Głównym argumentem był czas podróży. Dowiedzieliśmy się, że z racji na górzysty teren podróż do Medellin zajmuje około 9 godzin. Stopem byłoby to niestety nie do zrobienia w tym samym dniu. Nie chcieliśmy tracić czasu i szukać niepotrzebnego noclegu po drodze.

W złapaniu autobusu pomógł nam pan z informacji, który był w porcie. Sam zagaił i zaprowadził nas dwie ulice dalej, pokazać gdzie jest bankomat i gdzie mamy czekać na autobus, a następnie gdzieś poszedł i wrócił równo z autobusem aby nam powiedzieć, że to ten. Wszystko poszło sprawie i raz dwa byliśmy w drodze do Medellin. Turbo faktycznie okazało się przeciętnym wizualnie miastem. Port, jeśli można to w ogóle tak nazwać, był brzydki i śmierdzący szambem i mułem. Do tego stało w nim pełno zniszczonych łodzi, które często wyglądały jak opuszczone. Miasta w sumie nie widzieliśmy za wiele, ale to co widzieliśmy nie przemawiało do nas. Aczkolwiek za dnia nie czuliśmy się tam jakoś niebezpiecznie, tak jak wspominali Francuzi.

Przed nami Medellin, drugie pod względem wielkości miasto w Kolumbii. Z tego co się zorientowaliśmy jest tam co robić, więc planujemy zostać w nim 3-4 dni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *