Cuenca – ostatni przystanek w Ekwadorze i droga do Peru.

Czasami znajomi i rodzina pytają nas czy nie jesteśmy zmęczeni tą tułaczką, albo czy nam się nie znudziła. Czas powiedzieć Wam wszystkim, że bywają takie momenty że jest ciężko. Bywa tak, że i ja i Adrian czujemy, że musimy chwilę przystanąć i odpocząć od autobusu, pakowania z dnia na dzień. Natomiast na pytanie czy podróż nam się znudziła, możemy stanowczo odpowiedzieć nie. Nudzić to się mogą codzienne takie same obowiązki, a u nas od ponad trzech miesięcy nie ma takiego samego dnia. Każdy jest wyjątkowy, a perspektywa kolejnego w nowym miejscu niesie tyle niewiadomych…

I właśnie to zmęczenie pojawiło się teraz, po naszym fantastycznym trekkingu do laguny Quilotoa. Ciężko nam było ruszyć tyłki z hostelu. Adrian nawet zaproponował, żebyśmy odpoczęli sobie jeszcze jeden dzień w Latacunga jednak dla mnie to było bez sensu. Chciałam już zmienić miejscówkę. I bardzo leniwie zebraliśmy się do drogi. Oczywiście zaplanowaliśmy łapanie stopa. Najpierw trochę wysiłku, żeby wydostać się na obrzeża miasta, a później już tylko czekanie.

Pierwszego stopa udało nam się złapać szybko do miasta Ambato jakieś 60 km dalej. Kierowca wysadził nas w bardzo dobrym miejscu do łapania kolejnego transportu. Niestety z tym nie poszło już tak szybko, po około 40 minutach postanowiliśmy zmienić nazwę na naszym kartonie z miejscowości docelowej, na miejscowość położona znacznie bliżej i dzięki temu praktycznie od razu zatrzymał się młody mężczyzna. Wojskowy, który wyrzucił nas w miejscowości Riobamba, czyli kolejne 50 km bliżej celu. Fajne było to, że mówił troszkę po angielsku, więc dowiedzieliśmy trochę tego i owego o nim jak i o okolicy. Była już dość późna godzina, a do docelowej miejscowości Cuenca było jeszcze 250 km. I tak tez po prawie 1,5 godziny stania zdecydowaliśmy się wziąć autobus. Przyznam szczerze, że byłam wykończona i opcja ta była najlepsza. Szybko zakupiliśmy coś na drogę i po chwili zjawił autobus. Za 8 dolarów zawiózł nas do celu.

W Cuenca byliśmy ok 21, ale postanowiliśmy nie brać taksówki do hotelu tylko iść pieszo jednocześnie zwiedzając miasteczko. Choć tym razem przez moje zmęczenie jakoś nie mogłam się cieszyć widokami. Po dotarciu do naszego hotelu, który przypominał mi schronisko w górach bądź stary internat szybko wzięliśmy prysznic i zapadliśmy w głęboki sen. Plan na dzień następny obejmował robienie niczego. Dosłownie. Nie mogłam się doczekać.

Jeden z wielu pięknych kościołów jakie można znaleźć w tym mieście.

Właśnie na pobyt w Cuenca przypadło nasze zmęczenie. Dlatego też nie było budzika, nie było planów i nawet pomysłów. Wstaliśmy i poszliśmy na śniadanie (hotelowe, zdecydowanie słabe, jajko zrobione jak naleśnik, bułka i mało smaczna kawa). Następnie wróciliśmy do pokoju. Robić nic. Właściwie nawet nie wiem kiedy zrobiło się popołudnie. Głód się trochę odezwał, więc postanowiliśmy ruszyć w poszukiwaniu jedzenia i przy okazji na spacer. Właściwie wieczorem to powtórzyliśmy. Dwa krótkie spacery, po których nogi mnie tak bolały jakbym z wysokich gór wróciła (trochę w sumie tak było). Nie mieliśmy żadnych wyrzutów sumienia. To był dzień leniwca – dosłownie (bo w tym dniu wypadał Światowy Dzień Leniwca) i w przenośni.

Tego dnia odkryliśmy dwa markety z czego jeden przypadł nam bardzo do gustu. Podobnie jak w Latacunga, był on podzielony na 3 piętra. Na poziomie -1 czyli tam gdzie najzimniej znajdowały się stoiska z surowym mięsem. Oczywiście mięsko leżało sobie na blacie bądź wisiało na wieszaku. Tak, tak dobrze myślicie – lodówki próżno szukać. Powiem szczerze, że tak jak mi zapach surowego mięsa raczej nie przeszkadza tak na tych marketach nie mogę go znieść. Na szczęście na 1 piętrze królowały warzywa i owoce, które znacznie niwelował ten nieprzyjemny zapach. Oczywiście nie omieszkaliśmy wyszukać owocowych nowości. Na ostatnim piętrze urzędowały kobietki sprzedające jedzenie od świniaków z kukurydzą po kurczaki i zupy. Dodatkowo było mnóstwo stoisk ze świeżymi sokami bądź smooties. Za $0,50 za szklaneczkę spróbowaliśmy soku z jeżyn oraz z tomate de arbola (swoją drogą owoc, który tak bardzo nam nie smakował okazał się idealny na sok). Przyznać muszę, że jesteśmy fanami marketów i póki co w ogóle nam się nie nudzą.

Kondygnacja -1, a właściwie jej mały fragment, gdzie głównie królowało surowe mięso.
Fragment kondygnacji 0, z niezliczoną ilością owoców i warzyw.
Na samej górze takie kilka rzędów takich stanowiska, gdzie kucharki przyrządzały swoje specjalności, a następnie je sprzedawały odwiedzającym market.

Niedzielę zaplanowaliśmy bardziej aktywnie, choć bez przesady.

Poranek to oczywiście śniadanie i poranna toaleta. I tutaj w tej właśnie hotelowej toalecie wydarzyło się coś co trochę wpłynęło na naszą dalszą podróż. Otóż w owej toalecie byłam na tyle sfrustrowana brakiem jakiegokolwiek wieszaka, że postanowiłam podzielić się tą emocją z obecną tam dziewczyną. Rozmowa oczywiście rozkręciła się i chyba przez 35 min tak plotłyśmy po angielsku. Byłam ciekawa kiedy Adrian przyjdzie sprawdzić czy się nie utopiłam. Aż tu nagle owa dziewczyna zapytała skąd jestem? Na usłyszaną odpowiedź, że z Polski usłyszałam „ja też”. I tak oto przedstawiamy Wam Klaudię. Wesołą i szaloną dziewczynę z Warszawy, z którą szybko zdecydowaliśmy się jechać w dalszą podróż, a przynajmniej przez jej krótki odcinek.

Tego dnia zwiedzaliśmy miasto razem. Jak to na niedziele przystało, większość sklepów była pozamykana, a miasto wyglądało na wymarłe. Ani pół muzeum nie było otwarte, dlatego też calusieńkie po południe zwiedzaliśmy każdy zakątek miasta po drodze wypijając kawę w bardzo przyjemnej kafejce.

Zjedliśmy też obiad na lokalnym markecie, który odwiedziliśmy dzień wcześniej. Zjedliśmy tradycyjne hornado i zapiliśmy lokalnym gorącym napojem colada morada (hmm taki pitny kisiel z kawałkami owoców o smaku jeżyn- bardzo smaczny). Poza tym NIE polecamy Cuenca w niedziele. Wieczorem na tarasie naszego hostelu wypiliśmy sobie po kubeczku wina na dobry sen.

Potrawa która królowała w markecie, to hornado, czyli taka oto pieczona świnka z dodatkami. Do tego mnóstwo stanowisk z świeżym sokiem z owoców.

Kolejnego dnia Klaudia pojechała zwiedzać okoliczne ruiny, na które my się nie zdecydowaliśmy. Postanowiliśmy dalej eksplorować Cuenca oraz „popracować” w kawiarni. Musieliśmy znaleźć noclegi oraz zaplanować dalsza podróż po Peru. Ja zajęłam się moim ulubionym tematem, czyli wyszukiwaniem tradycyjnych peruwiańskich potraw, bo nie wiem czy wiecie ale Peru słynie z przepysznego jedzenia. Oprócz tego musieliśmy zrobić takie przyziemne rzeczy jak pranie. Dodatkowo Adrian zdecydował się na wizytę u fryzjera – dość interesująca była próba wytłumaczenia miej więcej czego oczekujemy. Poza tym byliśmy mała atrakcją w salonie. Biali klienci, do tego z Polski dość tropikalnie dla nich!?

Trafiliśmy też na uliczny market z lokalnymi wyrobami: ubrania pamiątki ozdoby itp.

Wróciliśmy do hostelu i zaczęliśmy pakowanie. Ja nabrałam chęci na dalszą podróż co świadczyło o tym, że wypoczęłam i nabrałam sił. Nogi przestały boleć, a w brzuchu pojawiły się motylki na myśl o nowym, nieznanym kraju.

Rano, razem z Klaudią udaliśmy się jak zwykle w najbardziej dogodne dla nas miejsce do łapania stopa, czyli panamericana. Byliśmy w trójkę, więc zastanawialiśmy się jak pójdzie w powiększonym składzie. Jednak zanim tam dotarliśmy przypałętał się do nas jakiś młody człowiek, bez koszulki który nie miał chyba zamiaru nas „opuścić”. Jak tylko się oddalaliśmy to zaczynał za nami szybko podążać. Dlatego tez na jakieś 15 min „schowaliśmy” się w autobusie, który czekał na odjazd. Nie powiem, trochę nas to śmieszyło, a trochę niepokoiło, czego on od nas chce, ale naprawdę nie mieliśmy ochoty użerać się z „loco” lokalsem. Na szczęście kierowca autobusu był wyrozumiały i nas przechował do czas, aż ten osobnik o nas zapomniał i się oddalił.

Jak tylko urwaliśmy ogon zaczęliśmy łapać stopa. Pierwszy kierowca podrzuciła nas tylko 17 km, ale w miejsce lepsze do dalszego „stopowania”. Drugi mężczyzna zawiózł nas już całkiem daleko. Droga była na tyle kręta, że bardzo szybko zrobiłam się zielona i modliłam się o szybki koniec – albo mój albo podróży. Kierowca mówił po angielsku dlatego ułatwiało to rozmowę – przynajmniej Adrianowi i Klaudii. Ja bałam się otworzyć usta, żeby nie puścić pawia. Eh naiwna ja, myślałam że choroba lokomocyjna mi przeszła…

Nasze obawy o to, że w trójkę będzie ciężej coś złapać okazały się bezpodstawne. Ekwador pod tym względem okazał się wyrozumiały i szło całkiem szybko!

Gdy już w końcu wysiedliśmy okazało się, że jesteśmy na jakiejś dziwnej obwodnicy, która przypominała syf z Ameryki Centralnej. Smród i brud dookoła. Ja na mój pusty i wymęczony żołądek musiałam zjeść frytki (tak na marginesie są przepyszne inne niż u nas i za jedyne $0,50). Zaraz po tym zatrzymała się parka, która jechała aż do samej granicy. Ta podróż już była „prosta”. Żadnych zakrętów i dziur, sama przyjemność.

Wiedzieliśmy, że z miejsca gdzie nas wysadzono do granicy jest jeszcze ok 3 km i polecane jest dojechanie tam taksówką, jednak my chcieliśmy do samego końca stopować. Tak, żeby mieć prawie cały Ekwador przejechany na stopa. stawiliśmy się więc na „ostatniej prostej” i…czekaliśmy. Chyba z 30 min minęło jak postanowiliśmy przejść się kawałek. Dotarliśmy do miejsca, które wydawało się nam granicą, ale nieeee. Tam opadliśmy już z sił widząc nie kończący się prosty odcinek drogi. Jak na złość gdy już zdecydowaliśmy się wziąć taksówkę i one przestały jeździć. Klaudia, już też zmarnowana, podeszła do kierowcy TIRa i zaczęła z nim rozmowę (mówi bardzo dobrze po hiszpańsku). Po chwili zawołała nas i powiedziała, że jedziemy. Najwyraźniej kierowca TIRa wzruszył się nasza historią o tym jak to nikt nie chce nas zabrać ;). Nie ważne, ważne że jechaliśmy do granicy z Peru. I to nie 3 km jak myśleliśmy, tylko 6, bo budynek immigration leży już daleko za granicą z Ekwadorem wyznaczoną na mapie. Kto by się spodziewał.

Jak na złość nikt nie jechał w stronę granicy, a jak już jechał to nie chciał się zatrzymać… taki pech na sam koniec.

Na miejscu powitał nas piękny napis „Peru” przy którym nie omieszkaliśmy zrobić sobie kilku zdjęć i skierowaliśmy się do immigration. Samo przejście graniczne było pięknym, zadbanym obiektem zupełnie nie przypominającym poprzednich przejść. Jednak gdy zbliżyliśmy się do naszego docelowego punktu przeraziliśmy się… kolejka, którą ujrzeliśmy nie wróżyła nic dobrego, a już na pewno nie dalszą podróż na stopa. Immigracion okazało się być jednym budynkiem, w którym przyjmowano wjeżdżających i wyjeżdżających zarówno do/z Peru jak i do/z Ekwadoru, a w środku siedziało tylko po dwóch celników na każdy kraj. Pech chciał, że przed nami na granicę dotarł autobus pełen ludzi, przez co kolejka była dłuższa niż byśmy tego chcieli. Jedynym plusem tamtego przejścia granicznego było to, że jest ono otwarte całą dobę. Dzięki temu nie martwiliśmy sięm że utkniemy na noc w jakimś dziwnym miejscu.

Niestety pierwsze dobre wrażenie jakie wywołało na nas przejście graniczne szybko zostało zatarte słabą organizacją i brakiem szacunku dla czasu innych osób.

Nie pozostało nam nic innego niż ustawić się w kolejce i cierpliwie czekać. Czekać i zastanawiać się co zrobić dalej, ponieważ chcieliśmy dotrzeć do Mancora, miejscowości nad samym Pacyfikiem oddalonej od granicy o 130 km.  Łapanie stopa nie wchodziło w grę, a autobusów brak. W grę wchodziła tylko taksówka do najbliższego miasta i tam szukanie dalszych opcji. Jednak zanim do niej wsiedliśmy mieliśmy niewiarygodnie nudne 4 godziny czekania na pieczątkę, która pozwalała nam wkroczyć na terytorium Peru. 4 godziny rozmów, historii i małego przeklinania na to, że kolejka tak wolno idzie, że tylko 2 celników, że ludzi tyle i że WiFi nie ma. Nie zaskoczę Was jak napiszę, że byliśmy tak bardzo wymęczeni po całym dniu, że marzyliśmy tylko o łóżku. A wiedzieliśmy, że do łóżka droga jeszcze długa i wyboista.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *