Dzień dobry Cusco! Trekking na Rainbow Mountain.

Swoją przygodę z Cusco rozpoczęliśmy o 8 rano, gdy autobus w którym spędziliśmy niespełna 17 godzin dowiózł nas do swojego ostatniego przystanku, czyli na główny terminal. Stanęliśmy przed dworcem i zaczęliśmy zastanawiać się co robić, bo planu nie było żadnego.

Będąc na miejscu skorzystaliśmy z okazji i zrobiliśmy rozeznanie w autobusach do naszej kolejnej destynacji, a następnie ruszyliśmy w stronę centrum w poszukiwaniu kawiarni z wifi. Tak, w tym momencie najbardziej potrzebowaliśmy podłączyć się do sieci, bo od 3 dni byliśmy offline i dlatego też nie mieliśmy żadnego planu na „dzień dobry” w Cusco. Muszę przyznać, że zanim udało się znaleźć odpowiednie miejsce trafiliśmy na główny plac, pokonując ponad 3 kilometry. Szybko udało się zlokalizować przyjemną kawiarnię i od razu zabraliśmy się do poszukiwania miejsca na nocleg. Tu z pomocą przyszły dwie dziewczyny ze stolika obok. Zarekomendowały nam dwa miejsca i jak tylko dopiliśmy kawę ruszyliśmy w stronę hostelu, po drodze sprawdzając jeszcze kilka innych miejsc, które sami wyszukaliśmy w sieci. Ostatecznie żaden z tych obiektów nie potrafił nas zatrzymać i tym samym dotarliśmy do rekomendowanego hostelu, czyli VIP Garden House, gdzie wybraliśmy pokój współdzielony za 21 soli za osobę.

Cusco to miasto położone na około 3500 m n.p.m. a aktywności jakie oferuje okolica to przede wszystkim Machu Picchu i trekkingi po okolicznych górach, które niejednokrotnie są bardzo wysokie. My przybyliśmy z miasteczka położonego niemal na poziomie morza, dlatego najrozsądniejszym posunięciem było spędzić pierwszy dzień w mieście i zaaklimatyzować się. Druga sprawa, którą chcieliśmy się zająć tego dnia, która nas od dawna męczyła to Machu Picchu i rozwiązanie zagadki jak się tam dostać? Opcji jest wiele (ale na ten temat powstanie wpis w przyszłości, a tu pozostańmy przy naszej relacji z podróży). Jedne super drogie inne tańsze, ale bardziej skomplikowane. Jedne to wizyta tylko w Machu Picchu, a inne to trekking po połączonych z miastem szlakach Inków. Także sami widzicie.

Główny prac w Cusco – Plaza Mayor de Cusco.

Ruszyliśmy więc na turné po agencjach turystycznych, aby zebrać informacje o tym jak wygląda wycieczka do zaginionego miasta Inków i jakie są jej ceny oraz podpytać o pozostałe atrakcje regionu. Cusco, a szczególnie jego centrum jest przesiąknięte agencjami oferującymi różne wyprawy, dlatego nie musieliśmy się za dużo nachodzić, aby mieć dobre rozeznanie w cenach. Udaliśmy się też do lokalnej informacji turystycznej iPeru, aby dowiedzieć się ile poszczególne wypady będą kosztować w wersji „zrób to sam”.

Temat z Machu Picchu pozostawiliśmy jeszcze do przemyślenia, bo okazało się, że ceny jakie oferują agencje mniej więcej pokrywają się z kosztami jakie trzeba ponieść przy realizacji wyprawy na własną rękę. Natomiast Rainbow Mountain, czyli kolorowe góry, które również znalazły się na naszym celowniku, okazały się bardzo trudno dostępne za pomocą transportu publicznego. Nie dość, że musielibyśmy skorzystać z 3 autobusów w jedną stronę to jeszcze nie mielibyśmy pewności czy udałoby nam się wyrobić na ostatni autobus powrotny tego samego dnia. Natomiast najniższa cena za zorganizowaną wycieczkę jaką udało nam się znaleźć w agencji była o jakieś 20 zł wyższa, niż transport publiczny w obie strony, ale w tej cenie było również wliczone śniadanie w drodze do i obiad w drodze powrotnej. Różnica 20zł za transport 3 autobusami, a bezpośrednio i z wyżywieniem… nie było się nad czym zastanawiać… nawet mimo wielkiej awersji do zorganizowanych wycieczek po doświadczeniach z Huaraz.

Jedna ze „ścian” głównego placu.
Fontanna na głównym placu – Plaza Mayor de Cusco.

Przy całym tym poszukiwaniu informacji mieliśmy, też okazję pozwiedzać trochę centrum miasta. Trafiliśmy na lokalny market i zahaczyliśmy o kilka sklepów z lokalnymi wyrobami. A jak tylko nadszedł wieczór wróciliśmy do hotelu, bo pobudka była przewidziana na 3.30.

Bus miał nas odebrać spod hotelu o 4, ale znając już Peruwiańczyków, upewniliśmy się w agencji 5 razy czy na pewno będzie to 4. Pani stanowczo potwierdziła, że kierowca odbierze nas o 4, ale zaznaczyła żebyśmy byli gotowi o 3.50 – jasna sprawa! Generalnie przygotowaliśmy wszystko dzień wcześniej, więc budzik zadzwonił o 3.30. Cóż zawsze lubię sobie dospać kilka minut po budziku, więc równo 3.35 wystawiłem nogi poza obręcz łóżka i w tym samym czasie ktoś zapukał do drzwi z informacją, że czeka na nas bus… Wyobraźcie sobie moje zadowolenie. Informacja zwrotna była taka, że potrzebujemy 10 minut i kropka. W tym czasie bus pojechał po kogoś innego a następnie wrócił po nas, więc kierowca wykazał się sprytem. Może to zabrzmi brutalnie, ale mam wrażenie, że jak na Peruwiańczyka to nawet bardzo dużym sprytem… 🙂

Transport w jedną stronę miał trwać ponad 3 godziny, a śniadanie przewidziane było na końcowy etap tej podróży, dlatego wykorzystaliśmy te poranne godziny na dalszy sen. Śniadanie jakie otrzymaliśmy, to najprostsza forma continental czyli jajko, niestety usmażone „na naleśnika” i o temperaturze, która wskazywała na to, że było przygotowywane bliżej wczorajszego wieczoru niż tego poranka. Do tego bułki i dziwnie płynny dżem oraz cała gama herbat do wyboru. Było przeciętnie, ale dało się najeść – to najważniejsze.

Po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Od tego momentu zaczął się już ostatni podjazd na wysokość około 4480 m n.p.m. Jak łatwo się domyśleć droga gruntowa, wąska, kręta i ze stromymi zboczami. Cóż, powoli się przyzwyczajamy, ale i tak czasami nie patrzę…

Od samego Cusco, od wczesnych godzin nocnych przez całą drogę, aż do parkingu pod Rainbow Mointain towarzyszył nam deszcz. W tym miejscu ten deszcz przekształcił się w śnieg. Ja już dobrze wiedziałem co się święci, no ale cóż trzeba było sprawdzić na własne oczy.

Trasa z parkingu na szczyt, w którą udaliśmy się jak tylko zakupiliśmy foliowe palta to 5km i 560 metrów różnicy wysokości, nieustannie pod górkę.   Pokonaliśmy ją w 2 godziny co i tak było niezłym wyczynem ze względu na warunki. Całą drogę śnieg, błoto i końskie  odchody. Tak, tu podobnie jak na Quilotoa w Ekwadorze turyści mogli skorzystać z podwózki koniem. Z jednej strony zwierzęta te i to co po sobie zostawiają było bardzo irytujące, ale z drugiej to jedyne źródło dochodu dla wielu miejscowych ludzi. Także staraliśmy się to uszanować.

Początek trasy.

Im dłużej szliśmy tym więcej śniegu było pod nogami. Powietrze było lekko zamglone, a śnieg nie przestawał padać. Bylem pewny, że tego dnia żadnych Rainbow Mountain nie będzie. Szedłem do przodu tylko z jedną misją, wejść na szczyt 5040m n.p.m i tym samym pobić swój dotychczasowy rekord wysokości z Lodowca Pastoruri, który był niższy o zaledwie 30-40 metrów. Różnica niewielka, ale skoro była okazja… Gdyby nie to z pewnością namówił bym Anie do powrotu, bo bagno jakie mieliśmy pod nogami skutecznie zniechęcało.

Niemal całą drogę taka „nawierzchnia”.
Alpaki miły trudne warunki żywieniowe tego dnia.

Kolejna sprawa, która trochę niszczy klimat tego miejsca to hordy turystów. Wielu ludzi chce zobaczyć te kolorowe góry, a najłatwiejsza droga to wykupić wycieczkę w agencji. Wszystkie agencje mają dokładnie taki sam plan na to miejsce. Oznacza to, że rano zjeżdżają się tam dziesiątki busów i turyści jeden za drugim wędrują do celu. Ja zliczyłem na parkingu około 35 busów (w tym 4 autobusy takie na 30-kilka osób) mimo, iż teraz w Peru jest już niski sezon. Także idąc na szczyt za nami i przed nami było mnóstwo ludzi. Nie chcę myśleć co się dzieje w wysokim sezonie!

Gdy dotarliśmy do szczytu zobaczyliśmy to czego się spodziewaliśmy. Dwa kolory: biały i jakiś ciemny – tam gdzie śnieg się nie utrzymywał. Gdy dobrze się przyjrzeliśmy, na skałach było widać jakieś odcienie. Ale zobaczcie sami.

Taki widok zastaliśmy na samej górze.
Po prawej zdjęcie, jakie zazwyczaj wisi na drzwiach i ścianach w agencjach turystycznych. Nasycenie barw i kontrast podniesione do granic realistyczności. Po lewej, zdjęcie bez żadnej obróbki, prosto z aparatu, czyli tak jak to wygląda na żywo. Źródło: wykop.pl

Jak widać sprawa nie wymaga jakiegoś specjalnego komentarza. Czuliśmy się oszukani i bardzo rozczarowani, w głowie nie przestawała krążyć myśl, że zapewne organizator o tym wiedział, ale dla niego liczy się tylko hajs, a turysta przyjedzie, pojedzie i pewnie więcej nie wróci, więc nie zależy im na jakości ich usług i satysfakcji klienta… ale akurat to w Peru, to chleb powszedni.

Dodam tylko dla ciekawskich, że kolory te pojawiają się za sprawą minerałów pokrywających zbocza góry, które się utleniają i w słońcu oddają swoje barwy. A ich specyficzne rozłożenie to już efekt działania sił natury.

Miejscami na szczycie warstwa śniegu sięgała nawet 20-30 cm. Można było zaobserwować ludzi, którzy ze śniegiem chyba za wiele wspólnego w życiu nie mieli i czerpali z niego taką radość, że chyba nawet nie przeszkadzał im brak kolorowych gór, które mieli tu podziwiać. My natomiast jesteśmy z Polski, wiec 20 cm śniegu nie robi na nas żadnego wrażenia i taki tekst usłyszał też od nas przewodnik, który słowami „so beautiful” próbował nam zamydlić oczy. Po tym stwierdził, że mu przykro i że dzień wcześniej było pięknie. Tylko kogo to obchodziło w tamtym momencie? Poza tym i tak mu nie uwierzyliśmy.

Nie, nie śpię na tym zdjęciu! mam otwarte oczy na całe 1,5 mm. Szerzej się nie dało, bo biel wypalała źrenice.

Powrót do autobusu to była jeszcze większa walka z utrzymaniem równowagi niż w trakcie podejścia. Na szczęście już bez żadnych opadów, choć na stan podłoża to i tak już nie wpływało. Czasami odchodziliśmy na kilkanaście metrów poza ścieżkę, aby iść po trawie czy śniegu, a nie po błocie. Gdy byliśmy już za połową pogoda okazała trochę łaski i powietrze stało się bardziej przejrzyste, a dzięki temu mogliśmy zobaczyć otaczające nas góry, które również w pewnym stopniu były kolorowe. Tak na pocieszenie.

widać było co najmniej kilka kolorów i to bez rasowania zdjęcia 🙂
Zdjęcie pożegnalne z tablicą powitalną. Jak widać, po naszym powrocie, w okolicach parkingu śniegu już nie zastaliśmy.

W autobusie byliśmy na godzinę przed umówionym czasem odjazdu, więc po raz kolejny postanowiliśmy odrobić trochę zarwanego snu. W tym samym czasie zaczęliśmy odczuwać skutki wysokości na jakiej jesteśmy i z jakiej przed chwilą zeszliśmy. Ból głowy i dziwne uczucie w brzuchu. A ja do tego nie mogłem zasnąć, bo co chwile wybudzał mnie jakiś realistyczny sen, albo uczucie duszności. Taki stan rzeczy na szczęście nie utrzymywał się za długo, może pomógł też aromat, który przewodnik wylał Ani na ręce i kazał się nim inhalować.

W drodze powrotnej zaliczyliśmy obiad w tej samej knajpie co śniadanie. Jednak muszę przyznać, że tym razem się postarali. Obiad dwudaniowy, ciepły i smaczny. Po posileniu się, ruszyliśmy do Cusco. Do miasta wróciliśmy już po zmroku, byliśmy zmęczeni i znużeni drogą, więc wieczór spędziliśmy na w hostelu.

Plaza Mayor de Cusco nocą.
Ujęcie z przeciwnej strony. A w tle to co w górskich miastach lubimy najbardziej, czyli oświetlone zbocza gór niczym choinka na święta.

Wstępne plany na kolejny dzień przewidywały Machy Picchu, ale po powrocie z Rainbow nie chciało nam się wszystkiego dopinać, więc przełożyliśmy to na dzień następny. Tym bardziej, że gdy my zdobywaliśmy Rainbow Mountain do Cusco przyjechała Klaudia z Łukaszem i chcieliśmy się z nimi spotkać. Także po porannym leniuchowaniu ruszyliśmy na wspólną przedpołudniową kawę i spacer po centrum, a następnie zdecydowaliśmy się na organizowany przez nasz hostel „free walking tour”, czyli darmową wycieczkę z przewodnikiem po mieście.

Tour rozpoczynał się o 14 i miał trwać 4 godziny. Po kilku historyjkach na głównym placu, o Cusco i Inkach nasz przewodnik powiedział, że teraz idziemy na przystanek autobusowy i jedziemy poza miasto. Muszę przyznać, że większość z nas bardziej oczekiwała spaceru po mieście i opowieści na temat jego historii, architektury i itp. ale nie narzekaliśmy tylko z zaciekawieniem ruszyliśmy sprawdzić co się wydarzy.

Busem wyjechaliśmy 10 minut za miasto, ale droga była tak kręta, że od głównego placu w centrum miasta dzieliło nas niewiele ponad 2 kilometry w linii prostej. Z przystanku przewodnik zabrał nas na niewielkie ruiny Inków, tym samym kierując się piechotą w stronę miasta. Po drodze zaliczyliśmy dwie świątynie i fragment Inca Trial, czyli szlak, który Inkowie przemierzali poruszając się między zaginionym miastem Machu Picchu, a ich głównym Imperium Cusco. Przy okazji zaliczyliśmy niezły punkt widokowy na miasto. Summa summarum, było trochę inaczej niż się spodziewaliśmy, ale całkiem interesująco. Nawet Ania, która już jest przejedzona ruinami była ukontentowana.

Jedna z wąskich uliczek Cusco.
Ruiny Inków, świątynia księżyca.
Inca Trail – główny szlak, którym inkowie poruszali się miedzy swoim dawnym imperium Cusco, a Miastem Machu Picchu. Aktualnie jest to jeden ze słynniejszych szlaków trekkingowych na Machu Picchu, ale obłożenie i ceny są przytłaczające.
Grupowe zdjęcie z widokiem na Cusco.

Wieczór zakończyliśmy wspólną kolacją z Klaudią i Łukaszem. W Peru fajne jest to, że można całkiem tanio i dobrze zjeść. W nie turystycznych miejscach, w knajpach dla lokalsów, smaczny obiad dwudaniowy można już kupić za 7zł, na targowiskach nawet za  5-6 zł. My tym razem wybraliśmy troszkę lepszą knajpkę, z klimatem i w dzielnicy turystycznej, gdzie za około 17zł/osoba mieliśmy przystawkę, zupę, danie główne, sok oraz 50-tkę pisco sour, czyli lokalnego alkoholu. Ale oczywiście można znaleźć tu też restauracje bardziej luksusowe, czy sfokusowane na bogatych gringo, gdzie ceny nie są już tak przyjemne.

Po tym miłym akcencie skierowaliśmy się do hostelu, bo kolejnego dnia ruszaliśmy w stronę zaginionego miasta Inków, czyli Machu Picchu.

2 komentarze

  1. Pingback: Arequipa - zdobyliśmy wulkan Chachani 6075m n.p.m. - PODRÓŻNICZY MISZMASZ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *