Gwatemala – Honduras: Droga i ruiny Majów w Copán Ruinas.

W naszej głowie nadal „huczy” wulkan Acatenango – jak ta wyprawa zapadła nam w pamięć. Jednak, musimy działać dalej. Bo przecież przed nami kolejne ruiny Majów i coraz bliżej do miejsca pierwszego dłuższego postoju w Hondurasie.

Po powrocie z wulkanu Acatenango, w Antigua Guatemala zostaliśmy jeszcze jedną, a właściwie pół nocy, ponieważ nasz transport do Hondurasu miał być o 4 rano. Wcześniej, ostatni raz obeszliśmy to urokliwe miasteczko, w międzyczasie celebrując poranne zdobycie szczytu wulkanu, wypiciem lokalnego piwka na małym skwerze parkowym. Odwiedziliśmy również naszą „ulubioną” restaurację gdzie serwowali pyszne kurczaki pieczone na ruszcie, wraz z pieczonymi małymi ziemniaczkami, surówką i kilkoma tortillami do zagryzienia. Do tego podawano lokalny napój – do dziś nie wiemy co to było, ale wyglądało i smakowało jak budyń w proszku z mlekiem na zimno, z wyjątkiem tego, że napój ten nie był, aż tak biały jak mleko. Taki posiłek kosztował tylko 15zł na osobę i był naprawdę rewelacyjnie przyrządzony, a do tego pozwolił nam szybko odzyskać siły i utracone dzień wcześniej kalorie.

Ania w oczekiwaniu na swojego kurczaka. Knajpka była klimatyczna, a danie świetnie przyrządzone. Zdjęcie potrawy można zobaczyć w poprzednim wpisie.

Budzik zadzwonił o 3.40. Wieczorem przygotowaliśmy plecaki i ubrania, aby sprawnie i po cichu opuścić nasz wieloosobowy pokój. Dziesięć minut później czekaliśmy już przed drzwiami hotelu na nasz transport. Przyjechać miał po nas bus z agencji podróżniczej, który wozi ludzi z Antigua Guatemala do Hondurasu do miejscowości Copan Ruinas, gdzie znajdują się jedne z większych i dobrze zachowanych ruin Majów. Bus kosztował 18$ Amerykańskich na osobę i zdecydowaliśmy się na niego ze względu na to, że był to transport bezpośredni i nie zatrzymywał się nigdzie po drodze. Natomiast transport lokalny na tej trasie miałby minimum 3 przesiadki i nie do końca byliśmy pewni jak go ogarnąć. Chicken busy to najczęściej prywaciarze i takie informacje jak połączenia czy rozkład tras w Internecie nie istnieją (przydałoby się jakieś „jakdojade.hn”). Czasami można znaleźć jakieś przykładowe trasy na forach i blogach, w innym przypadku trzeba pytać lokalsów.  A stopa sobie odpuściliśmy ze względu na to, że: po pierwsze sporo osób nam tego odradzało w tych rejonach, po drugie siatki dróg w okolicy stolicy są całkiem rozbudowane i naprawdę ciężko byłoby nam wydostać się z Antiguy i przejechać stolicę, a po trzecie, droga do Copan Ruinas nie należy do najprostszych, więc zapewne wymagało by to od nas złapania wielu stopów.

Niestety kierowca miał małe opóźnienia i dotarł po nas dopiero około 4.30. W busie, poza kierowcą były już 4 osoby, później odebraliśmy jeszcze dwie i ruszyliśmy prosto do Copan. Podróż liczyła 270 kilometrów i trwała 6 godzin, ale w tym około godzinę straciliśmy na odprawie na granicy, a wcześniej mieliśmy 20-25 minutową przerwę na śniadanie w jakimś zajeździe przy drodze, który wybrał kierowca. My wybraliśmy lokalny fast food, który był zaraz obok. Menu śniadaniowe trochę podobne do tego z McDonald’s, mimo iż sieć specjalizowała się w kurczakach. Kupiliśmy sobie po Croissant’cie z serem, jajkiem i szynką – całkiem syty i całkiem smaczny! Po dojechaniu do celu, kierowca wysadził wszystkich w centrum miasteczka Copan.  Od razu zarzuciliśmy plecaki na plecy, rzuciłem okiem na mapę i obraliśmy azymut na ruiny!

Campero, sieć fastfood’ów specjalizująca się w daniach z kurczaka.

Kilometr z małym haczykiem później byliśmy na miejscu. Najpierw naszym oczom ukazały się stoiska z pamiątkami i parking, następnie budynek z kasami oraz duża makieta całego miasteczka Majów. Te ruiny okazały się znacznie droższe od tych w Meksyku czy Belize (około 55zł za osobę), wiec nasze oczekiwania również wzrosły, a pierwsze nadzieje ku ich zaspokojeniu dawała nam wspomniana wyżej makieta. Oczywiście była to wizualizacja tego, jak miasteczko wyglądało kiedyś, ale mimo wszystko byliśmy pełni nadziei na ciekawe doświadczenia. Po zakupieniu biletu udaliśmy się w stronę parku, po 200 metrowym spacerze zobaczyliśmy punkt kontroli biletów i strażników z dużą bronią w rękach (dość często spotykany widok w takich krajach jak Gwatemala, Honduras czy Salwador). Po wejściu i pozostawieniu naszych plecaków pod opieką strażników i kontrolera biletów, ruszyliśmy eksplorować ruiny. Co ciekawe, na początku naszą uwagę przykuło kilka przepięknych dużych papug, które latały tam na wolności.

Makieta całego miasteczka Majów w Copan.

Zwiedzanie zaczęliśmy od ogromnego placu z każdej strony otoczonego, nazwałbym to kamiennymi trybunami, co przypominało trochę prymitywny stadion, a na środku stało kilka kamiennych monumentów z rzeźbionymi ścianami oraz niewielka piramida. Przyznam, że po pierwszym rozejrzeniu się dookoła, trochę się wystraszyłem, że może być kiepsko… Dobrze, że nie przyglądałem się za dokładnie makiecie, bo nie byłoby takiego efektu „wow”, a tak był i to duży! Gdy tylko weszliśmy na wysoką piramidę, która była kawałek dalej okazało się że za nią są kolejne place i kolejne piramidy, a za nimi jeszcze kolejne. Cały teren był bardzo zielony, nawet piramidy czy niektóre ruiny zaczynały już porastać zielonym mchem, a trawa na otwartych placach była przycięta i z daleka wyglądała tak idealnie, jak na polu golfowym. Nie jestem w stanie Wam opisać całej trasy, bo po prostu słowami opaść się tego nie da. Ale żeby nie przejść obok tematu obojętnie mała notka z Wikipedii:

„Copán – miasto Majów położone w zachodniej części Hondurasu nad rzeką Río Copán. Tereny te były zamieszkiwane od ok. 1000 r. p.n.e. Największy rozkwit miasta przypada na okres klasyczny rozwoju sztuki Majów, od V do VIII w., w którym to miasto stanowiło stolicę Państwa Majów. Miastem władała w tym okresie dynastia 17 królów, której założycielem był K’inich Yax K’uk’ Mo’. Miasto zostało opuszczone po 900 r. (…). Było to jedno z największych i najważniejszych miast Majów. Centrum ceremonialne otoczone było dzielnicami mieszkalnymi, których liczba określana jest na 16. W centrum znajdowały się świątynie zbudowane na piramidach schodkowych, zespoły pałacowe, pięć wielkich dziedzińców oraz boisko do gry w pelotę. Najokazalsze schody prowadzące do centrum, zwane Schodami Hieroglifów, zbudowane zostały z 63 stopni o wysokości 45 cm i 16,0 m szerokości, na których wyryto 2500 znaków (część schodów zapadła się w XIX wieku, są odtwarzane). Jest to najdłuższy zabytek piśmiennictwa Majów i zarazem najbardziej znany zabytek Copán. Reliefy wyryte na podstopnicach przedstawiają sceny z życia kolejnych władców.”

Źródło: wikipedia.org

Chodzenie po takich miejscach to bardzo ciekawe doświadczenie, będąc tam wiele razy zastanawiałem się do czego służyły poszczególne budowle. Oczywiście można znaleźć takie informacje w przewodnikach, ale mi chodzi bardziej o to, jak to wyglądało na żywo, gdy tętniło tam życie Majów? Jak te budynki były eksploatowane? Jak dużo było tam ludzi i co robili na co dzień? Takich pytań będąc na miejscu oczywiście pojawiało się więcej i zdecydowanie pobudzały one wyobraźnie.  Spacer po całym miasteczku zajął nam troszkę ponad godzinę, oczywiście z przerwami na zdjęcie tu i tam. Było tam bardzo przyjemnie i gdyby nie fakt, że przed nami był jeszcze spory kawałek drogi do pokonania, to chętnie posiedziałbym tam zdecydowanie dłużej.

Tutaj chciałem Wam pokazać piramidę na drugim końcu dziedzińca.
Zdobienia na podstopniu, jednej z piramid.
Widok z piramidy na dziedziniec. Pod zadaszeniem Schody Hieroglifów, a „nad nimi” boisko do gry w piłkę (między tymi skośnymi zabudowaniami).
„Schody Hieroglifów”, zbudowane zostały z 63 stopni o wysokości 45 cm i 16,0 m szerokości, na których wyryto 2500 znaków. Reliefy wyryte na podstopnicach przedstawiają sceny z życia kolejnych władców.

Z Ruin ruszyliśmy w stronę miasta. Niestety nie mieliśmy lokalnej waluty, a wiedzieliśmy, że miejsce z skąd odjeżdżają autobusy jest bliżej ruin, niż centrum miasta gdzie były bankomaty. Przechodząc obok autobusów obskoczyli nas „naganiacze” proponujący podróż „ich” autobusem. Okazało się że możemy zapłacić dolarami (wyszło minimalnie drożej, ale do bankomatu i z powrotem było około 1,5 km, a plecaki w połączeniu z temperaturą zdecydowanie zniechęcały do wycieczki). Panowie chcieli nasze plecaki wrzucić na dach, ale zaczęliśmy marudzić, że może padać i że po prostu nie chcemy. Na szczęście znalazło się miejsce w malutkim bagażniku z tyłu pojazdu. Wsiedliśmy do busa, usiedliśmy na wskazanych miejscach i zaczęliśmy czekać, aż ruszymy. W międzyczasie do naszego okna podszedł chłopak, który wcześniej zagadał nas na ulicy, a później uczestniczył w rozmowie na temat ceny biletów i płatności. Pocierając kciukiem o palec środkowy i wskazujący, zasygnalizował nam, że chce abyśmy zapłacili za przejazd. Dostał ugadane wcześniej 10 dolarów i szybko odszedł. Bus ruszył po około 10 minutach, a podróż zapowiadała się fatalnie… już po 15 minutach jazdy, staliśmy w miejscu przez kolejne 15 minut, bo ktoś tak zaparkował, że w wąskiej uliczce miejskiej nie mogliśmy przejechać. Bus był już pełny, ale kierowca nadal się zatrzymywał i dobierał nawoływanych przez swojego pomagiera ludzi, bo przecież mieliśmy jeszcze mnóstwo wolnych miejsc stojących.

Gdy tylko wyjechaliśmy z „obszaru miejskiego” wspomniany wyżej pomagier, zaczął zbierać pieniądze od pasażerów za przejazd. W tym momencie popatrzyliśmy na siebie z Anią i zaczęliśmy się mocno zastanawiać dlaczego od nas pieniądze wziął ten koleś przez okno. Po chwili byliśmy niemal pewni, że zostaliśmy porobieni na 10 USD i w lekkim zdenerwowaniu i niepewności czekaliśmy – prawie na samym końcu autobusu – aż konduktor do nas dotrze. W głowie staraliśmy się ułożyć coś sensownego do powiedzenia i wyjaśnienia sytuacji – z tym że ten nasz hiszpański, nie dawał nam za wiele możliwości. Atmosfera z każdym krokiem konduktora w naszym kierunku, zagęszczała się. Gdy był on już przed nami, popatrzył na nas i zanim zaczęliśmy cokolwiek mówić przeszedł dalej i poprosił kolejną osobę o zapłatę. Roześmialiśmy się po cichu z naszego zbędnego stresu i małej paniki, a później wspólnie z Anią stwierdziliśmy, że powróciła w nas wiara w ludzi.

Cała podróż do Santa Rosa del Copan miała trwać około 2,5 godziny, a na miejscu mieliśmy wziąć kolejny autobus do Ocotepeque, czyli naszej docelowej destynacji. Jednak wszystko się przeciągało, a autobus miejscami zatrzymywał się co 200 metrów. Frustracja w nas rosła z minuty na minutę i już w połowie drogi byliśmy niemal pewni, że będziemy zmuszeni zostać na noc w Santa Rosa de Copan, ze względu na to, że nie chcieliśmy podróżować po zmroku. To była chyba najbardziej męcząca podróż chicken busem jaką mieliśmy do tej pory. Cały czas martwiliśmy się o bagaże pozostawione w tylnym bagażniku, np. że ktoś je wyciągnie, a my nawet nie będziemy tego widzieć. Kierowca jechał jak nienormalny, a że Honduras jest krajem górzystym, to na zjazdach z gór uczucie to było kilkukrotnie spotęgowane. Do tego cały czas Ci głośni, wchodzący i wychodzący handlarze uliczni, chcący coś sprzedać oraz atmosfera za oknem, która wskazywała na to, że za chwile pora deszczowa zademonstruje swoje możliwości. Musze przyznać, że mieliśmy z Ania pierwszy mały kryzys i już tak bardzo chcieliśmy być u hosta… Myśl o tym, że nie uda nam się dotrzeć do niego w tym samym dniu, tak jak to sobie założyliśmy, jeszcze bardziej wprowadzała nas w stan frustracji.

Gdy dojeżdżaliśmy do Santa Rosa z 1,5 godzinnym opóźnieniem, było już szarawo i od jakiegoś czasu padało. Autobus zakończył podróż na początku miasta, ale na przeciwko był jakiś hotel. Nie wyglądał na bardzo tani, ale pomyśleliśmy, że w końcu to Honduras, może nie będzie tak żle. Ubraliśmy plecaki w pokrowce i ruszyliśmy w stronę Grande hotelu. Niestety okazało się „trochę” za drogo! Złapałem Wi-Fi i przeglądnąłem najtańsze opcje na booking.com. Po wybraniu miejscowy złapaliśmy taksówkę, która za 8zł podrzuciła nas pod adres wybranego przez nas hotelu. Niestety okazało się, że nie mają już wolnego miejsca… Swoją drogą do dzisiaj jestem ciekawy, co by było gdybym kilka minut wcześniej zarezerwował miejsce przez booking (rezerwacja była dostępna), a następnie tam pojechał?

Na szczęście przestało padać, wiec mogliśmy poszukać innego lokum. Chodząc od hotelu do hotelu okazywało się, że nigdzie nie ma wolnych pokoi, bo w mieście jest jakiś karnawał… Dopiero chyba w 6 placówce wyprosiliśmy pokój 3 osobowy za 101 zł. Na początku usłyszeliśmy odpowiedź, że nie mają już wolnych miejsc, ale zrezygnowana i zmęczona Ania, zaczęła błagalnym tonem głosu dopytywać o cokolwiek, byleby dało się przespać. Recepcjonistka po chwili namysłu i rozmowie z mężczyzną, który jej towarzyszył stwierdziła, że może jednak uda się coś znaleźć. Po czym zaprowadziła nas na piętro, aby pokazać nam pokój, który oczywiście wzieliśmy. Zastanawiałem się dlaczego od początku nam go nie zaoferowano, bo był to regularny pokój dla gości… ale wówczas było to już nieistotne! Buty miałem przemoczone i bylem padnięty, ale musieliśmy skoczyć jeszcze po coś do jedzenia i do picia. Dopiero w 4 sklepie udało nam się znaleźć jakiekolwiek piwo, o którym wówczas marzyliśmy. Po drodze kupiliśmy też słodkie bułeczki oraz ciastka i wróciliśmy do pokoju. To był bardzo ciężki dzień, ale noc na wygodnym łóżku pozwoliła nam się trochę zregenerować.

Kolejnego dnia ruszyliśmy w drogę około 10, był nowy słoneczny dzień, wróciła w nas energia do dalszej drogi i opadły negatywne emocje. Spacerkiem na przystanek, po drodze sklep i do chicken busa. Tutaj nowość, poza handlarzami z jedzeniem i piciem zaczęli też nas „atakować” tacy z zegarkami, obudowami do telefonów czy ładowarkami samochodowymi do telefonów… Szczególnie ta ostatnia pozycja mnie zastanawiała – ładowarka samochodowa w autobusie, hmm miałoby to sens, jakby dało się je gdzieś podłączyć… no ale bez przesady to nadal był tylko chicken bus. Na szczęście podróż minęła w miarę spokojnie, a bus był tylko trochę przeładowany, prawdopodobnie dzięki temu że była to niedziela. Po 2,5 godzinach byliśmy w Ocotepeque i pierwsze co zrobiliśmy, to udaliśmy się na umówione miejsce spotkania z hostem. Zanim jednak tam dotarliśmy, po drodze zorientowaliśmy się, że z Ani plecaka zaginął wisiorek… ach te chcken busy…

Chłopak próbujący sprzedać słodkie przekąski i akcesoria do telefonów, w chicken busie.

Przed nami dwa tygodnie w jednym miejscu. Cieszymy się, że będziemy mogli się zatrzymać i odpocząć. Co prawda u hosta, w zamian za nocleg i wyżywienie, będziemy pracować (takie polskie pól etatu – 20-25 godzin tygodniowo), ale dla nas, mimo wszystko będzie to swego rodzaju odpoczynek. Podróż, szczególnie tak intensywna jak, ta którą mieliśmy przez ostatnie trzy tygodnie, potrafi być męcząca, ale satysfakcja z pokonanych kilometrów i odwiedzonych miejsc rekompensuje wszystko!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *