Huacachina, czyli pustynna oaza pełna aktywności – buggy i sandboarding.

Po stosunkowo spokojnych czterech dniach w Limie i jednej nocy na ranczu u rodziców Jorge, nadszedł czas na kolejne szaleństwa. Dotarliśmy do Ica, a właściwie Huacachina, czyli oazy położonej na pustyni w bliskim sąsiedztwie Ica. Miejsca, gdzie króluje jazda buggy, sandboarding i wszelako pojęta rozrywka na piasku.

Gdy tylko wysiedliśmy na terminalu autobusowym w Ica, ruszyliśmy zjeść obiad, a następnie zorientowaliśmy się w cenach autobusów do Cusco, gdzie planowaliśmy ruszyć kolejnego dnia. Później już tylko musieliśmy nie dać się oskubać taksówkarzom i w jakiś sposób dojechać 5-6 kilometrów do oazy Huacachina.

Sam dojazd do Ica był już w mocno pustynnym klimacie.

Tam czekały na nas dwie-trzy główne atrakcje jakie oferuje to miejsce. Pierwsza to jazda buggie po wydmach, druga zjeżdżanie z wydm na deskach, a ostatnio to bajeczne zachody słońca nad pustynią. Oczywiście poza tymi atrakcjami są jeszcze inne, takie jak trekkingi po pustyni i niewielkich okolicznych kanionach, wycieczki nad ocean, czy wizyta na farmie winogron, gdzie produkuje się lokalny alkohol – pisco. Ale my byliśmy skupieni tylko na tych pierwszych trzech.

Widok na oazę z najwyższej wydmy.

W mieście najpopularniejszą ofertą jest 2-godzinna wycieczka buggy (od 16 do 18), gdzie właśnie te 3 atrakcje są ze sobą połączone. Dlatego jak tylko dojechaliśmy do Huacachina (około godziny 13.30), ruszyliśmy na spacer dookoła oazy, aby rozeznać się w cenach i opcjach. Okazało się, że każda agencja ma identyczny plan wycieczki, a standardowa cena to 40 soli za osobę. Widzieliśmy w miasteczku mnóstwo buggy, które różniły się od siebie wizualnie, więc niektóre agencje twierdziły też, że ich pojazd jest mocniejszy, lepszy i „większy wariat”. Ale kto by im tam uwierzył na słowo. Każdy dobry sprzedawca tak mówi, niezależnie od tego czym dysponuje.Tym bardziej, że „na sucho” nie szło tego zweryfikować. Poza tym często te pojazdy są zaparkowane losowo i można się łatwo pomylić. Buggy stojący obok agencji w której dokonujemy rezerwacji niekoniecznie musi być tym, którym później będziemy śmigać.

My niewiele wiedząc zdecydowaliśmy się na opcję, gdzie udało nam się dobić najlepszego targu, czyli 30 soli za osobę. Absolutnie całe miasteczko tym żyje i na każdym kroku stoją różne buggy, więc tak naprawdę ciężko się zdecydować, chyba że akurat znajdziecie faceta który, stoi przy swoim pojeździe i np. spodobają się Wam jego kolory… 😉 My poszliśmy trochę w ciemno jeśli chodzi o pojazd, bo rezerwacji dokonaliśmy w sklepie spożywczym… ale przynajmniej wiedzieliśmy, że będziemy mieć anglojęzycznych kompanów, bo Ci rezerwowali atrakcję tuż przed nami.

Udało nam się jeszcze zaklepać siedzenia na samym przodzie, co wydawało się dodatkowym atutem. W innej agencji na pytanie o miejsca z przodu, namawiali nas na siedzenie z tyłu twierdząc, że jest najciekawiej i najwięcej widać. Nie mam porównania, ale nie mogę się z tym zgodzić i uważam, że po prostu przednie mieli już zarezerwowane i wciskali kit. Także warto też na to zwrócić uwagę jeśli komuś zależy. Po zaklepaniu wycieczki wróciliśmy do hostelu, aby zabrać wodę kamerę i się przebrać.

Ścieżka do okoła oazy.

O godzinie 16:15 ruszyliśmy naszym moro buggy, ale zanim wjechaliśmy na wydmy, kierowca zrobił jeszcze 10-cio minutową objazdówka po oazie z nadzieją, że jeszcze jakiś klient się trafi na ostatnie wolne miejsca.. trochę przesada! Ale jak już wjechaliśmy na pustynie, to muszę przyznać, że jazda była bardzo fajna. Ani żołądek czasami podchodził do samej góry (choć jak stwierdziła u niej o to nietrudno). Auto za autem szalały jeden po drugim. Wszędzie było słychać warkot silników i okrzyki ludzi, jak w wesołym miasteczku z kolejkami górskimi. Jazda na prawdę dawała dożo frajdy, a mocne zjazdy i podjazdy owocowały sporymi przeciążeniami. Nasz kierowca, który wiekiem już wyglądał mocno dojrzale, na szczęście nie zawodził. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się na szczycie wydmy, dostaliśmy deski oraz instrukcję, że teraz będziemy zjeżdżać. Nie był to prawdziwy snowboard tylko deski ze sklejki o śliskim spodzie.  Zostaliśmy też poinformowani, że ta wydma jest najmniejsza, później przeniesiemy się na większa i na końcu na największą. Ja poczułem trochę rozczarowanie, bo okazało się, że zjeżdżamy na tyłku, albo na brzuchu. Stania nie rekomendowali, bo jest niebezpieczne. Cóż, deski były wyposażone w rzepy, które za nic się nie trzymały, więc nie ma się co dziwić, że „jest niebezpieczne”.

Zanim zaczęliśmy zjeżdżać, kierowca wyciągnął z kieszeni zwykłą, białą, woskową świeczkę i sprawnie przesmarowywał deskę każdego uczestnika, wykonując na ich spodzie kilka ruchów niczym Zorro szablą na klacie swojego oponenta. Cóż nie będę ukrywał, że zabieg ten był zabawny, ale nie mam zamiaru oceniać czy cokolwiek pomagał, czy raczej był grą na czas, tudzież imitacją profesjonalizmu. Nie zmienia to jednak faktu, że jak tylko puściłem się na desce na dół to nabierała ona prędkości jak szalona. Było szybko i wysoko,  szczególnie na ostatniej wydmie. Myślę, że wszyscy się dobrze bawili, jak takie duże dzieci. Po tej atrakcji z powrotem wsiedliśmy do buggy i zanim dojechaliśmy na wydmę, z której to mieliśmy oglądać zachód słońca, kierowca jeszcze trochę pobuszował po tych sypkich wzniesieniach.

Buggy, w pełnej okazałości.
Właściwie była to chyba największa pustynia piaszczysta, na jakiej byłem do tej pory.

Liczyliśmy na to, że zachód będzie wyglądał co najmniej cudownie. Jednak trochę się przeliczyliśmy, ale to z winy naszego kierowcy. Ten zabrał nas na wydmę, na której było już chyba z tuzin samochodów. Tak jakby to była jedna jedyna wydma, na którą mogliśmy pojechać… Tłum trochę przeszkadzał, a widzieliśmy, że w oddali są wydmy na których jest tylko po 1-2 buggy, wiec przemawiała przez nas zazdrość. Na domiar złego, jak tylko słońce się schowało za wydmą, nasz kierowca zaczął trąbić, tym samym sygnalizując nam, że już jedziemy. Hmm słabo, bo każdy dobrze wie, że jak słońce zajdzie za horyzont, to dopiero wtedy zaczyna się magia zachodu. My jednak w tym czasie pojechaliśmy już do miasteczka. Końcówka była przeciętna, a tak niewiele brakowało by mogła być znacznie lepsza.

Zazdrość w nas wzrosła jeszcze bardziej, gdy będąc już w oazie zobaczyliśmy co dzieje się na niebie oraz ludzi, którzy w tym czasie  byli na najwyższej wydmie w okolicy – ci akurat poszli tam sami z oazy. No cóż, nie można mieć wszystkiego, bo droga na szczyt wydmy była dłuuuga i wiedzieliśmy, że nie jesteśmy tam wstanie szybko dojść. Natomiast zachód z oazy wyglądał tak:

…nie chcę nawet myśleć jak bajecznie, musiało być w tym czasie na wydmach.
Natomiast taki zachód mieliśmy my, z wydmy zanim słońce jeszcze dobrze zaszło za horyzont.
Huacachina o poranku. Nie do końca usatysfakcjonowani zachodem słońca wybraliśmy się na wschód, jednak widoczność szybko pokrzyżowała nasze plany.

Nasza rada dla chcących odwiedzić Huacachina. Bądźcie tam około południa. Pojedzcie na godzinną wycieczkę buggie i sandboarding w południe. Wróćcie, kupcie sobie wino/piwo cokolwiek lubicie i na zachód wdrapcie się na najwyższą wydmę obok miasteczka i tam cieszcie się widokiem. Nic nie stracicie! Bo nawet w tej 2 godzinnej opcji od 16 do 18, mniej więcej godzinę trwa jazda buggy i sandboarding, a druga godzina to przeciąganie czasu na wyjeździe z miasteczka, na zachodzie słońca, czy na postojach na zdjęcia, np z górki na oazę – co też można zrobić samemu przy okazji wchodzenia na wydmę, na zachód.

Kolejnego dnia przed opuszczeniem Huacachina postanowiliśmy sprawdzić jak to jest z tym prawdziwym sandboardingiem. Wypożyczyliśmy, buty i profesjonalną deskę snowboardową za 20 soli za dwie godziny i ruszyliśmy w stronę najwyższej wydmy mimo, iż pani od której braliśmy sprzęt, dokładnie tą wydmę nam odradzała twierdząc, że to niebezpieczne. Cóż, aby się zaznajomić ze sprzętem i zobaczyć czy to takie niebezpieczne najpierw zjechałem z trochę mniejszej wydmy. Niestety… siła tarcia mnie pokonała. Okazuje się, że pochylenie tego piaszczystego stoku musi być bardzo duże, by można było coś zdziałać. Postanowiliśmy więc wdrapać się na samą górę, gdzie chcieliśmy też porobić sobie oraz oazie zdjęcia, a następnie stamtąd zjechać tzn. ja, bo Ania jak się dowiedziała, że jazda na piasku jest znacznie trudniejsza niż na śniegu, to sobie odpuściła. Zabrakło nart 😉

Po całej sesji fotograficznej, zapiąłem sprzęt i ruszyłem w dół. Dało się i było całkiem przyjemnie, ale deska rozpędzała się tylko do pewnego momentu a następnie utrzymywała prędkość, siła tarcia była za duża (mimo iż użyłem woskowej świeczki jak nasz kierowca-Zorro dzień wcześniej). W grę wchodziła głównie jazda na krechę, bo przy próbie jakiegokolwiek manewru prędkość się wytracała i nie dało się nic zrobić. Ania za mną biegła i wydaje mi się że miała nie gorszą frajdę niż ja! Na końcu stwierdziła, że miała za krótkie skarpetki, bo poparzyła sobie trochę kostki od gorącego piasku.

Ciężka praca daje satysfakcję.

Podsumowując mogę powiedzieć, że atrakcja jest wartą spróbowania, ale nie wiem czy konieczna powtórzenia. Nie jestem pewny czy te krótkie zjazdy na krechę są warte wysiłku jaki trzeba włożyć, aby wejść na stromą wydmę i to w butach snowboardowych, z ciężką dechą pod ręką, przy 20-25 stopniach i pełnym słońcu. Natomiast na pewno było to ciekawe doświadczenie i polecam każdemu spróbować!

Doba, którą spędziliśmy w Huacachina obfitowała w nieskończoną ilość uśmiechu na twarzy. Bardzo dobrze się bawiliśmy i nawet udało mi się zmontować 2-minutowy filmik z tych najlepszych momentów w pustynnej oazie Huacachina, który dobrze ilustruje atrakcyjność tego miejsca. Zapraszam do oglądania!

Po całej zabawie z sandboardingiem i bieganiem po wydmach, wróciliśmy do hostelu pozbyć się piasku, który był w każdym zakątku naszego ciała. Następnie złapaliśmy tuk- tuka w stronę Ica, gdzie mieliśmy zarezerwowany autobus do Cusco. Tam czeka na nas dawne imperium Inków, kolorowe góry i przede wszystkim zaginione miasto Machu Picchu, ale zanim to wszystko się wydarzy musimy przetrwać 17-godzinną podróż autokarem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *