Jak wygląda praca z workaway? Czyli nasz czas na wyspie Bocas del Toro.

Na wyspie Bocas del Toro, u drugiego hosta Workaway spędziliśmy równo 3 tygodnie. Myśleliśmy początkowo o dwóch, ale czuliśmy się tam tak dobrze, że przedłużyliśmy sobie pobyt o tydzień. Nie do końca wiem jak nazwać miejsce, w którym się znaleźliśmy, bo nie był to ani hostel, ani hotel, ani pensjonat, ani ośrodek wczasowy tylko coś pomiędzy. Usytuowane w dżungli 100 metrów od plaży.

Nomad Tree Lodge – tak nazywała się ta miejscówka, składała się z przysłowiowych „domków na drzewach”. A dokładnie mówiąc małych domków z drewnianej konstrukcji usytuowanych na zboczach górki na niewysokich słupach. Było tam 7 domków na wynajem, dwa z nich miały własne łazienki pod spodem, pozostałe dzieliły się trzema łazienkami również wybudowanymi na słupach gdzieś pomiędzy, tak aby z każdego domku droga była podobna. Na samym szczycie wzniesienia znajdował się największy budynek – kuchnia, bar i duży zadaszony taras przed którym, kilka metrów niżej był spory basen. Wszystkie obiekty zostały połączone ze sobą siecią chodników. Betonowych położonych na ziemi oraz drewnianych uniesionych w powietrzu. Całość tworzy świetny klimat.

Na środku „żółty” domek Nomad tree Lodge, po lewej u góry główny budynek, a po prawej łazienka i prysznic.

Teren, na którym rozsiane były domki porośnięty był wysokimi drzewami, niektóre z nich owocowały śliwkami, które przypominają polskie mirabelki. Dlatego często na terenie „Nomadowych domków” bywały małpy, obżerające się tymi żółtymi owocami. Do tego cała masa innych żywych stworzeń. Ptaki, pająki, żaby, pasikoniki, motyle, jaszczurki, mnóstwo komarów i innych owadów. A do tego pies Kilo, pupil Amandy. Życie tych leśnych stworzeń było tak głośne, że za każdym razem jak rozmawiałem z kimś przez telefon to się mnie pytano, co tam tak „skrzypi”. Najgłośniejsze na dniu były chyba pasikoniki, trochę inne niż te w Polsce i trochę bardziej irytujące, bo w nocy lubiły skakać na ludzi siedzących w oświetlonych miejscach i często straszyły jak niespodziewanie lądowały na np. czole. Natomiast w nocy słychać było wszystko, aż ciężko było odróżnić poszczególne dźwięki. Codziennie przed snem mieliśmy interesujący koncert dzikiej natury, a  uczestniczyć w nim mogliśmy, powiedziałbym bezpośrednio, bo w domkach nie było szyb tylko zwykła siatki przeciw owadom.

Konik polny. Zwróćcie uwagę jakie ma kolce na nogach. Pewnego razu gdy wskoczył mi na ramie, chciałem go strącić i wówczas rozciąłem sobie palec o te właśnie haczyki

Najdziwniejsze odgłosy wydawały małpy, takie najbardziej przerażające. To były małe małpki, mające z kilkadziesiąt centymetrów wysokości, ale ich odgłosy były tak basowe i tak donośne, że wydawało się iż mamy do czynienia z jakimś dwumetrowym gorylem. Szczególną aktywność w swoich okrzykach przybierały chwile przed i podczas deszczu, co w pewnym momencie było naszym wyznacznikiem, że pasuje ściągnąć pranie, jeśli takie wisi. Uwierzcie, z telewizji znałem zupełnie inne dźwięki, które powinna wydawać małpa. Te tutaj, niosące się w powietrzu na spore odległości były super dziwne.

„Nomadowe domki” w naszej opinii były bardzo urocze. Każdy domek miał pomalowane drzwi i futrynę na niepowtarzalny kolor. Nazwy domków pochodziły właśnie od tych rozróżniających ich kolorów. My mieszkaliśmy w domku niebieskim i miętowym. W środku było tylko jedno duże łóżko, które wypełniało przestrzeń od ściany do ściany. Na środku był materac, a po bokach płaska powierzania na rzeczy. Pod łóżkiem była zamykana na kłódkę przestrzeń, a nad łóżkiem wentylator. Ot całe wyposażenie jednego domku.

Wnętrze domku przed wymianą łóżka, o której będzie dalej.

Właściciele, czyli Asher i Amanda od około dwóch lat tworzą to miejsce za pomocą własnych rąk, wolontariuszy no i czasami wynajętych wyspecjalizowanych pracowników przy trudniejszych zadaniach. Całkiem błyskotliwie sobie z tym radzą. Np. basen powstał przy pomocy finansowania społecznościowego w sieci, gdzie zrobili zbiórkę na basen, a wpłacający w zamian otrzymywali różne profity. I tak o to jedna z takich osób gościła podczas naszego pobytu w jednym z domków. Prawdopodobnie bez opłat, w zamian za wpłatę w odpowiedniej kwocie podczas zbiórki.

Asher trzy miesiące przed naszym pobytem złamał kości śródstopia, więc podczas naszego pobytu był na etapie ponownej nauki chodzenia. Z racji tego, że w Nomad tree Lodge jest mnóstwo schodów, razem z Amandą przeprowadzili się na okres jego powrotu do pełnej sprawności do domu znajomych kilka kilometrów dalej. Z racji tego Amanda bywała na miejscu codziennie przed południem, na godzinkę lub dwie, a z Asherem udało nam się spotkać tylko raz. Na miejscu poza nami pracowali jeszcze Chelsea i George znajomi Ashera i Amandy z USA, którzy przyjechali im pomóc zaraz po tym jak Asher miał wypadek (spadł z rusztowania podczas prac przy którymś z domków).

Chelsea i Georg głównie zajmowali się gośćmi (śniadania, przyjmowanie i wymeldowywanie) oraz powiedzmy podstawowymi pracami porządkowymi. My do Nomad Tree Lodge przybyliśmy jako Construction Crew czyli ekipa budowlana. Początkowo myślałem (zanim tam jeszcze dotarliśmy), że nasza praca będzie polegać np. na budowaniu kolejnego domku (jakiś jego elementów) albo chodników, a okazało się że pracowaliśmy nazwijmy to, przy meblach. Pierwszego dnia pracy Amanda powiedziała, że chciałaby wymienić aktualne łóżka na dużo prostsze, a dodatkowo chcieli aby wybudować łóżko basenowe. Uzgodniliśmy szczegóły i podjąłem się obu zadań. Priorytetem były łóżka w domkach i plan zakładał, że jak zrobię pierwsze i będzie wszystko spoko to będziemy wymieniać pozostałe. Ania miała mi w tych zadaniach pomagać, a dodatkowo od czasu do czasu wspomagać Chelsea i Georg’a przy gościach. Chodziło głownie o zastąpienie ich podczas ich dni wolnych.

W przypadku tych hostów układ był taki, że pracujemy 5 dni w tygodniu przez maksymalnie 25 godzin i w zamian mamy pełne wyżywienie oraz nocleg. Jedyne za co płaciliśmy to za piwo i soki, ale cena była niższa niż w supermarkecie. Taki układ był dla nas bardzo korzystny tym bardziej że najbliższy sklep był kilka kilometrów dalej.

Praca workaway.info dzień po dniu.

Aby dobrze zobrazować jak wygląda praca Workaway, Ania w skrócie opisała dla Was, dzień po dniu, jak wyglądało nasze trzy tygodnie na Bocas del Toro.

Dzień pierwszy, piątek:

Dotarliśmy na miejsce ok 14. Po krótkim rozeznaniu Nomadowego miejsca poszliśmy na spacer po okolicy. Po drodze poznaliśmy sąsiadów, którzy byli w trakcie budowania swoich domków pod wynajem, tylko troszkę w innym stylu. Po powrocie poznaliśmy Chealsy i Georga, którzy szybko wprowadzili nas w zasady panujące w Nomad. I tak, w lesie znajdował się kompost oraz wielka dziura do której wrzucali śmieci, a to co się dało palili, w tym czasami plastik. I nie oburzajcie się, tak właśnie wyglądają mniej dostępne rewiry w Panamie i panujący tam system „wywozu” śmieci, a raczej jego brak. Najlepiej zakopać i znaleźć miejsce na nową dziurę. Poza tym dowiedzieliśmy się, że nie ma bieżącej wody tylko deszczówka, w której się kąpaliśmy i którą piliśmy – oczywiście przefiltrowaną. Ogólnie panowała zasada oszczędzania wody, tak skrzętnie zbieranej podczas pory deszczowej. Dostaliśmy również informacje, że Amanda kupuje raczej same warzywa i nabiał, bo Chelsea i George byli weganami, a my zostaliśmy wegetarianami, bo bez nabiału jakoś sobie tego nie wyobrażam… Pyszne warzywka i owoce –  dlaczego nie?!

Poza tym warto dodać, że pracę mieliśmy zaczynać dopiero ok 11, a śniadania jeść ok 10:30 czyli po tym jak skończyło się wydawanie śniadań dla gości. Także raczej nie było problemu z wysypianiem się 😉

Żaba którą Adrian spotkał w któryś z pierwszych dni i nazwał ją „najładniejszą żabą w jego życiu”.
Pół godziny później już spała, „przyklejona” do jednej chodnikowych desek. Niestety jest to ponoć gatunek zagrożony, więc tym bardziej cieszymy się że udało się zobaczyć ją na żywo.

Dzień drugi, sobota:

Mieliśmy wolne. Nareszcie trochę odespaliśmy podróż. Planów nie mieliśmy, ale zafundowaliśmy sobie dłuższy spacer na pobliską plaże Bluff. Wieczorem piwko i film.

Dzień trzeci, niedziela:

Pierwszy dzień pracy. Poznaliśmy Amandę. Dostaliśmy wskazówki co robić przez dwa dni. Adrian zamiatał przez dwie godziny, ja natomiast ogarnęłam dwa domki po gościach i łazienki. Adrian dowiedział się również jakie łóżko ma zbudować, więc ściągnął wymiary (w dwóch domkach łóżka były już wymienione przez Ashera) i określił co potrzebuje aby rozpocząć z nimi pracę. Wieczorem mieliśmy relaks w basenie.

Dzień czwarty, poniedziałek:

Deszcz od samego rana. Jedyne co zrobiłam to doczyściłam jedną łazienkę. Adrian mi towarzyszył – stał i patrzył, bo miejsca dla dwóch nie było. Przyjechała Amanda i dostaliśmy informację, że do końca dnia mamy zrobić projekt łóżka basenowego. Zrobiliśmy sobie kawę i Adrian zaczął rysować, a ja… no cóż raczej robiłam nic, po prosu towarzyszyłam. Czasu jak lasu, więc w międzyczasie Adrian obejrzał sobie mecz Polska – Kazachstan.

Praca ze szkicami łóżka basenowego. Asher chyba chciał sprawdzić czy Adrian wie co robi, zanim on zamówi deski, które na Bocas były bardzo drogie.

Dzień piąty, wtorek:

Dzień wolny i dlatego po śniadaniu pojechaliśmy do miasteczka na rowerach, które delikatnie mówiąc były do bani, ale taksówka do miasta $6 w jedną stronę, więc narzekać nie wypada – jeździły. Na wieczór kupiliśmy rum, a co! Wróciliśmy po południu i w związku z brakiem deszczu (naprawdę padało często), zabraliśmy stroje i pojechaliśmy na plażę Bluff. Plaża chyba ze 4 km a tam tylko my. Na Karaibach woda jak w wannie, więc trochę czasu tam spędziliśmy. Wieczorem wiadomo, blog, piwko, film.

Cóż zagęszczenie turystów na plaży wyglądało właśnie tak jak na zdjęciu. I to za każdym razem jak tam byliśmy.

Dzień szósty, środa:

Tego dnia miałam zrobić pierwsze śniadanie dla gości. Raptem 2 parki, więc prościzna. Uporałam się z owsianką, naleśnikami i całą nieskomplikowaną resztą. Adrian przez całe 4 godziny demontował stare łóżko. Poza tym razem z Chealsy opanowałam przepis na wypiekanie chleba w maszynie.  Od tej pory mieliśmy pyszny, świeży chlebek, a tą maszynę chciałabym mieć kiedyś w domu. Wrzucasz składniki, zamykasz pokrywkę i po 3 godzinach jest gotowy.

Chlebek prezentował się dobrze, a smakował jeszcze lepiej. W Ameryce Północnej nie ma dobrego pieczywa, naprawdę trzeba się nachodzić aby kupić cokolwiek innego niż pieczywo tostowe. Od USA po Panamę sytuacja wygląda tak samo…

Dzień siódmy, czwartek:

Z rana poszłam pobiegać. Nie dało się. Temperatura przy obecnej „formie” nie pozwoliła na wiele. Już wtedy wiedziałam, że miłości biegowej na Bocas nie będzie. Następnie posprzątałam domek, a późnej dołączyłam do Adriana. W tym czasie zdążył już zabudować ścianę za starym łóżkiem. Ja zajęłam się malowaniem, wbijaniem gwoździ i sprzątaniem. Chealsy i George dopytywali o pierogi, że chcieliby zjeść. Obiecałam, że zrobię. Tylko, nie wiem dlaczego? Nigdy ich nie robiłam…

Dzień ósmy, piątek:

Zajęliśmy się budową łóżka. Wyszło nie najgorzej. Doprawdy, wrodzony talent.

Precyzyjne przycinanie desek, było jedną z kluczowych czynności do osiągnięcia sukcesu

Dzień dziewiąty, sobota:

Znów przypadło mi robić śniadanie. Poza tym Amanda stwierdziła, że w zamian za dobrą pracę możemy sobie zrobić ten dzień wolny. Skończyło się na tym, że Adrian i tak poszedł na jakąś godzinkę szykować sobie deski do łóżka basenowego, bo po prostu miał ochote podziałać coś przy tym projekcie. Ja natomiast działałam przy kompie. Tego dnia poznaliśmy też Ashera – męża Amandy, przyjechał potrenować trochę nogę w basenie.

Dzień 10, niedziela:

Dzień lenia. Przynajmniej na początku. W południe pojechaliśmy tymi gównianymi rowerami 17 km w jedną stroną, na inną plażę, Boca del Drago. Ciężka trasa pod każdym względem. Nie było w ogolę płaskiego terenu, cały czas pod górkę i z górki na zmianę. W moim rowerze przy podjazdach przeskakiwał łańcuch, więc od czasu do czasu musiałam prowadzić. U Adriana natomiast cały czas przekrzywiało się siodełko, do tego stopnia że nie dało się jechać, także też musiał się zatrzymywać i poprawiać. Na miejscu plaża okazała się przeciętna, to znaczy była spoko ale nam jakoś bardziej przypadła do gustu ta bliżej nas. Różnica taka, że na tej bliżej były duże fale, a tam było spokojnie. Niestety po 30 minutach dopadł nas deszcz, wiec ruszyliśmy w drogę powrotną prawie całą w strugach deszczu. Ale po na trasie mijaliśmy piękny las bambusowy. Po powrocie Adrian zaliczył kąpiel w oceanie, w deszczy i stwierdził, że tak ciepłej wody w otwartym akwenie jeszcze nie spotkał.  Wieczorem zachciało mi się obejrzeć The Voice przy piwku i udało się.

Na wyspie były też drogi gdzie asfalt jeszcze nie dotarł.

Dzień 11, poniedziałek:

Tego dnia postanowiliśmy, że będziemy pracować przez  2 dni po około 7 godzin (zamiast po 4-5 jak to robiliśmy normalnie) i za to odbierzemy jeden dzień wolnego więcej. Przez te 7 godzin udało się rozebrać łóżko i zabudować ścianę. Pomagałam już Adrianowi w każdym aspekcie, więc całkiem sprawnie wszystko szło. Po pracy zasłużony basen, a wieczorem piwko z Chealsy.

Dzień 12, wtorek:

Kolejny 7 dniowy dzień pracy, Szybko uporaliśmy się z nowym łóżkiem. Wyszło idealnie. Adrian rozpoczął pracę nad łóżkiem basenowym, ja natomiast przenosiłam nasze rzeczy z domku niebieskiego do miętowego.

Widok z tarasu na basen i dżunglę podczas popołudniowych opadów.

Dzień 13, środa:

Mieliśmy teoretycznie dzień wolny, ale dogadałam się że zrobię śniadanie dla gości. Była raptem jedna parka. Adi dłużej pospał. Po południu postanowiliśmy pojechać na pobliską plażę Flat Rock Beach bo słyszeliśmy, że jest tam fajne miejsce z rafą do snorklowania. Nie jest to moja ulubiona aktywność nad czym ubolewam (po prostu czuję się niekomfortowo oddychając przez rurkę) natomiast Adrian bardzo lubi. Niestety skończyliśmy jakoś po godzinie bo Adrian kopnął w jeżowca, skutkiem czego były cztery kolce w palcach prawej nogi . Cholerstwa wyciągnąć się nie dało. Na szczęście poza bólem, później nie było żadnych problemów z tym. Po powrocie postanowiłam wywiązać się z obietnicy i wzięłam się za pierogi. Mąka, woda i jajko… jak skomplikowane to może być? Może. Moi weganie stwierdzili, że przymkną oko na jajko, ale nadzienie było tylko z ziemniaków. Zresztą, skąd wziąć dobry ser? Ostatecznie wyszły spoko, ale muszę jeszcze poćwiczyć. Poza ruskimi udało się też sklepić kilka pierogów z ananasem i były bardzo oryginalne w smaku.

Praca w kuchni wre!

Dzień 14, czwartek:

Od rana robiłam śniadanie dla gości. Później szukaliśmy jachtu do KartAgeny. Właściwie dzień leniwca, trochę w basenie, trochę w miasteczku, później znowu relaks w basenie i znów poszukiwanie transportu do Kolumbii. Z konstruktywnych rzeczy to wyprałam plecak. Minusem mieszkania w dżungli jest mało słońca i duża wilgotność, a co za tym idzie pleśń na ciuchach. Trzeba dobrze dbać, żeby nie zapuścić swoich rzeczy.

Dzień 15, Piątek:

Przygotowałam dwa domki dla gości, a w tym czasie Adrian rozebrał łóżko w niebieskim domku. Później dołączyłam do niego. No i przyszła Adriana kolej na pranie plecaka. Wieczorem chill.

Dzień 16, Sobota:

Zbudowaliśmy łóżko w niebieskim domku. Po południu gotowałam wegetariańskie pyszności, a Adrian dalej pracował nad łóżkiem basenowym. Wieczorem składał filmik z GoPro z naszego rozbierania starego i budowania nowego łóżka. Ja natomiast miałam ochotę na coś słodkiego, więc zabrałam się za upieczenie kruchych ciastek. Masę miałam rozwałkować, ale przy tej wilgotności powietrza wyszło płynne więc upiekłam to co mogłam i wyszły wegańskie biszkopciki, całkiem smaczne.

Dzień 17, Niedziela:

Od rana małe lenistwo, a w południe pojechaliśmy do miasta. Chcieliśmy zorientować się ile kosztuje autobus do Panama City, a później podjechać do portu zostawić wiadomość, że szukamy jachtu do Kolumbii. Okazało się, że do portu nie da się dostać lądem tylko trzeba wziąć taksówkę wodną. Nie zdecydowaliśmy się i to była dobra decyzja, bo później okazało się, że w niedziele Jacht Club jest zamknięty i prawdopodobnie nie byłoby gdzie zostawić naszej informacji. W drodze powrotnej kupiliśmy sobie jakiś tutejszy alkohol i wieczorem drinkowaliśmy.

Dzień 18, Poniedziałek:

Człowiek, który pije mało alkoholu musi liczyć się z tym, że po wypiciu czegoś mocniejszego obudzi się z kacem. Nie takim zwykłym kacem. Kacem mutantem. Tak, to ja go miałam. Cierpiałam, ale rozebraliśmy ostatnie stare łóżko i zrobiliśmy ścianę w żółtym domku. Po południu dalej szukaliśmy łodzi i obmyślaliśmy plan, udało się też zadzwonić do Jacht Clubu, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Wieczorem film. Tylko na to było mnie stać. I to najlepiej z dubbingiem.

Dzień 19, Wtorek:

Od rana składaliśmy łóżko w żółtym domku. W międzyczasie robiłam pranie przedwyjazdowe. Sprawdzałam również nasze rzeczy czy nie zapleśniały w tej dżungli itp. Adrian dokończył też prace nad łóżkiem basenowym, które powstawało na raty. Dzieło docenione przez Amandę i Ashera, ma zostać powielone jeszcze 3 razy.

„Lewitujące” łóżko basenowe z 4 stopniową regulacją zagłówka. Czeka na materac, a później na użytkowników.

Dzień 20, Środa:

Adrian cały dzień pisał posty, planował podróż albo siedział w basenie. Ja właściwie podobnie. Upiekłam chleb na śniadanie i na drogę. Ogólne przedwyjazdowe ogarnianie się.

Mimo oceanu 100 metrów dalej, basen robił temat.

Dzień 21, Czwartek:

Wstałam dość wcześnie. Najpierw zrobiłam nam makaron z warzywami, a później kanapki na drogę. Zjedliśmy śniadanie, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w drogę, w głąb Panamy z nadzieją na zalezienie łodzi do Kolumbii.

—–

Tak oto wyglądało nasze Nomadowe życie. Ja go potrzebowałam. Niby nudno, ale naprawdę bardzo je lubiliśmy. Trochę pracowaliśmy, trochę odpoczywaliśmy i zwiedzaliśmy. Bez ciśnienia i pośpiechu. Nabraliśmy sił na dalszą podróż, a o to nam chodziło. Przy tym świetnie się bawiliśmy i mieliśmy okazję pomieszkać na Karaibach. Nawet powiem, że trochę się zasiedzieliśmy w Bocas. Ciężko było ruszyć dalej choć niecierpliwie czekałam na Amerykę Południową.  Amanda i Asher okazali się być fajnymi gospodarzami i dzięki temu na pewno będziemy ten okres długo i dobrze wspominać. Szkoda tylko, że doskonaliliśmy angielski a nie hiszpański, ale przecież nie można mieć wszystkiego.

Ruszamy w stronę Panama City, a później na północ do miasteczek portowych, gdzie mamy nadzieję uda się znaleźć darmowy lub chociaż za rozsądne pieniądze transport do Kolumbii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *