Medellin – Kolumbijskie miasto, które przypadło nam do gustu.

Gdy dojeżdżaliśmy do Medellinu było już po 21. Pierwsze co rzuciło nam się w oczy to ogrom tego miasta. Droga prowadziła z gór, więc całe miasto położone w dolinie i na zboczach widzieliśmy w postaci tysiąca światełek rozlanych po górzystym terenie. Po zmroku były to dla nas tylko małe pomarańczowe kropki na ciemnym tle, ale było ich tak dużo, że nie mogliśmy uwierzyć w to co widzimy. Miejscami widok ten rozciągał się do takich odległości gdzie nasz wzrok już nie sięgał, kropki stawały się coraz mniejsze i coraz mniej wyraźne, aż w końcu znikały gdzieś na horyzoncie.

Autobus dowiózł nas na dworzec północny. W autokarze był internet, ale był tak skonfigurowany że działał tylko Facebook. Dobre i to, bo Ania wyszukała kilka profili hosteli i wysyłając wiadomości mogliśmy się rozeznać w cenach. Padło na Hostel Purple Monkey. Aby się tam dostać musieliśmy wziąć metro, a później kilkaset metrów spacerkiem. Okazuje się, że Medellin jest jedynym miastem w Kolumbii, które posiada metro (napowietrzne). Co ciekawe z racji tego, że jest to miasto położone między górami metro składa się z dwóch linii standardowego metra szynowego oraz trzech linii kolejek górskich. Takie gondolki jakie można spotkać w większych kurortach narciarskich. Jedna z linii gondolek jest dodatkowo płatna, bo znajduje się już poza miastem i prowadzi do parku Arvi. Na wszystkich pozostałych można poruszać się na jednym bilecie, bez ograniczeń czasowych.

Widok na fragment miasta z dachu jednego z naszych hoteli. Jest to zaledwie malutka cześć tej metropolii.

Purple Monkey okazał się być typowym turystycznym hostelem, popularnym wśród obcokrajowców, szczególnie backpackersów. Po zameldowaniu zrobiliśmy małą rundkę po okolicy w poszukiwaniu otwartego jeszcze sklepu, a następnie wróciliśmy zrobić plan na kolejne dni.

Nad ranem ruszyliśmy zwiedzać okolice. Dzielnica w której spaliśmy okazała się tą z tych lepszych. Trochę wieżowców i biurowców, mnóstwo kawiarni, pubów i restauracji, zadbane parki i czyste ulice. W hostelu twierdzili również, że rewir ten to przede wszystkim „najlepsze życie nocne w Ameryce Południowej”. Tego nie przetestowaliśmy, bo okazało się, że większość atrakcji, która nas interesowała znajduje się po drugiej stronie miasta. Jednak trzy godziny, które spędziliśmy tam do południa w zupełnością dały nam obraz tej dzielnicy. W tym czasie udało nam się przejść kilka głównych ulic, odwiedzić spory park, wypić kawę w popularnej i stylowej kawiarni oraz… zrobić pranie 😀

Dzielnica Poblado w której spędziliśmy pierwsze kilkanaście godzin w Medellinie.
Typowa ulica w tej części miasta.

Po południu wymeldowaliśmy się z hostelu i znaleźliśmy kolejny, do którego chwile później się przenieśliśmy. Tym razem był to pokój prywatny w hotelu, a za dwie noce zapłaciliśmy w sumie 12zł… ale tylko przez to, że zaprosiłem Anie na booking.com do założenia konta i dostaliśmy zwrot 120zł (gdyby ktoś był zainteresowany zniżką 60 zł to się polecam;). Okolica, w której się znaleźliśmy również była dość turystyczna dużo sklepów, restauracji i pubów oraz blisko do metra. Najpierw ruszyliśmy na obiad, a następnie za cel obraliśmy miejsce zwane Pueblito Paisa. Jest to mini miasteczko na niewielkim wzniesieniu w centrum Medellin. Miejsce to wyróżnia się architekturą i klimatem, a poza tym z tego wzniesienia można podziwiać ładne widoki na otaczający je z każdej strony Medellin. Aby tam dotrzeć z hostelu trzeba było pokonać około 2 kilometry, więc wybraliśmy się na spacer. Jednak tuż przed osiągnięciem celu, rozpoczęła się ogromna ulewa. Nagle się ściemniło, pioruny zaczęły strzelać z każdej strony, a woda lała się strumieniami. Schroniliśmy się w małym sklepiko-barze, czekaliśmy i patrzyliśmy na nasz cel, który był już w zasięgu wzroku. Czekaliśmy i dla umilenia czasu spijaliśmy małe piwko, czas uciekał, a pogoda nie dawała za wygraną. Gdzieś po 40 minutach deszcz osłabł do lekkiej mżawki, potraktowaliśmy to jako dobre okno pogodowe, aby wrócić do hotelu, tym bardziej, że prognoza pogody nie przewidywała końca opadów tego dnia. Tak też było, więc wieczór spędziliśmy w naszym hotelowym pokoju.

Medellin w rewirach turystycznych był bardzo kolorowy i „pozytywny”.
Musimy przyznać, że Medellin to nasza ulubiona, z odwiedzonych na tej wyprawie metropolii. W tym mieście można było znaleźć niemal wszystko i bardzo łatwo nam się po nim poruszało.

Kolejnego dnia dzień zapowiadał się bardzo intensywnie. Od rana ruszyliśmy na wycieczkę gondolką na jedną z otaczających miasto gór. Naszym głównym celem było podziwianie panoramy miasta i ta nas nie zawiodła. Medellin w dzień i z wysokości prezentował się równie interesująco jak w nocy. Tym bardziej, że wyciąg który wybraliśmy znajdował się mocno na północy miasta. Rejony te zdawały się dużo biedniejsze. Domy o nieregularnych kształtach i surowym wyglądzie, były przyklejone jeden do drugiego. Często budynki były niedokończone lub po prostu wyglądały jakby niedługo miały zakończyć swój żywot. Do tego wąskie uliczki i mnóstwo średniej jakości graffiti. Z góry widok był jeszcze smutniejszy. Dachy z eternitu lub szarej blachy, często połatane innymi fragmentami pokrycia. Nie wiem czy określenie slumsy nie jest tu zbyt obraźliwe dla mieszkańców tych rewirów, ale kontrastując ten obraz z tym co znajduje się w centrum miasta, to myślę, że śmiało mogę użyć tego słowa. Między wielkimi połaciami tych drobnych zabudowań pojawiały się różnego rodzaju wieżowce, jakby losowo usytuowane, bez większego ładu i składu. Byliśmy zachwyceni widokiem.

Widok z gondoli na zabudowania w wyższych partiach gór otaczających Medellin. Widok na miasto jest na zdjęciu na samej górze postu.
Gęste zabudowania północnej części miasta.
Biedniejsze, ale nie najbiedniejsze rewiry miasta.

Gondolka do górnej stacji przejechała około 2km po drodze mijając dwa przystanki pośrednie. Na górnej stacji można było przesiąść się do kolejnego wyciągu, który prowadził jeszcze wyżej do Parku Arvi. Postanowiliśmy kupić kolejny bilet za około 7zł na osobę i sprawdzić jak miasto wygląda z jeszcze większej wysokości (to była ta linia, która nie wliczała się w cenę biletu całej sieci metra). Tym razem podróż gondolą trwała kilkanaście minut, pokonując około 5km. Przez pierwszą połowę trasy wyciąg prowadził na sam górę wzniesienia, a następnie ciągnął się po jego płaskim grzbiecie. Niestety po kilku minutach od startu wjechaliśmy w chmury, więc niewiele udało się zaobserwować. Jak sprawdziłem GPS okazało się, że jesteśmy niemal na 2500m n.p.m.

Planowo chcieliśmy tylko wjechać i zjechać, ale pogoda na stacji końcowej okazała się dużo ładniejsza niż na dole. Postanowiliśmy więc sprawdzić czym jest ten park Arvi, bo kilka miejscowych osób nam go polecało. Poszliśmy na mały spacer. Wybraliśmy w sumie chyba najkrótszą wersję trekkingu i zajęła nam ona około godziny. Cieszyliśmy się, bo nic wyjątkowego tam nas nie spotkało, a mieliśmy sporo planów na ten dzień. Park Arvi jest o tyle wyjątkowy, że jest położony bardzo wysoko więc jest tam inny klimat i występuje inna roślinność, a do tego czyste górskie powietrze. Wszystkie te trzy aspekty łącznie stanowią ciekawe urozmaicenie i atrakcje dla mieszkańców tego ogromnego miasta jakim jest Medellin. Trasa którą my obraliśmy, tak szczerze mówiąc, trochę przypominała nam wycieczkę po polskim lesie. Na górze nie ma też jakiś spektakularnych widoków (przynajmniej my na takie nie natrafiliśmy), bo teren, mimo sporej wysokości, jest stosunkowo płaski. Ostatnie co mogę dodać to chyba to, że miałem wrażenie, iż jest to swego rodzaju naturalne sanatorium dla osób starszych, bo przyjeżdżała tam cała masa wycieczek ze starszymi ludźmi. Oczywiście nie żałujemy, mimo iż nie było to nic nadzwyczajnego, bo po pierwsze miło była dla odmiany wjechać na taką wysokość gondolką nie mając na około masy śniegu i minusowych temperatur (ci co nas znają wiedzą, że co roku staramy się być w Alpach pojeździć na nartach i desce). Po drugie, taki rodzaj przyrody po prawie trzech miesiącach oglądania tylko lasów tropikalny i plantacji platanów był miłą odskocznią.

Ania ucieszona spacerem po „polskim lesie” 😉

Z Parku Arvi wróciliśmy gondolkami i metrem w okolice centrum Medellinu. Kolejnym miejscem, które obraliśmy za cel był ogród botaniczny. Wejście do ogrodu było darmowe. Park miał kształt zbliżony do kwadratu, a w środku znajdowała się alejka o kształcie okręgu i długości około jednego kilometra oraz kilka ścieżek w środku tego okręgu. Przejście całości zajęło nam około godziny. Poza ciekawą roślinnością mogliśmy podziwiać wielkie kolorowe iguany, żółwie w stawie oraz motyle w specjalnej zagrodzie. Do tego mnóstwo różnych gatunków palm, bambusów i innych drzew. Naprawdę przyjemne miejsce i popularne w śród miejscowych. To co nam się podobało to np. piknikujący tam na kocykach ludzie. Niektórzy siedzieli, odpoczywali i podziwiali naturę, inni konsumowali zamówioną i dostarczoną tam pizzę, a jeszcze inni po prostu gawędzili. Super klimatycznie. Jak w Central Parku w Nowym Jorku, albo w Poznaniu pod Starym ;P.

Iguana spacerująca po parku.

Z ogrodu wybraliśmy się do położonego po drugiej stronie Parku Explora. Był to budynek, w którym za pomocą różnych przyrządów, maszyn, czy filmików można było doświadczyć i zrozumieć działania różnych zjawisk, np. z zakresu elektryczności, dźwięku, optyki, działania sił i grawitacji, czyli ogólnie pojętej fizyki. Nie obyło się również bez doświadczeń z zakresu biologii człowieka oraz działania naszego umysłu. Znajdowała się tam nawet spora część związana z akwarystyką oraz trochę mniejsza związana z płazami. Bilet kosztował niecałe 30 zł na osobę i było warto je wydać, bo spędziliśmy tam 4 godziny i bardzo fajnie się bawiliśmy. Właściwie, aby dobrze obejść całość i popróbować wszystkiego potrzeba by całego dnia. My niestety już byliśmy potwornie zmęczeni, a dodatkowo przytłaczała nas ilość dzieci jaka tam w tym dniu przybyła ze szkół. Biegali krzyczeli i wariowali, aż szło oszaleć momentami. Jak się później dowiedzieliśmy w tym czasie dzieciaki mieli ferie, więc to zapewne sprawka jakiś półkolonii itp.

To zdjęcie to nie photoshop…
…wystarczy specjalnie przygotowany rysunek i zdjęcie wykonane z odpowiedniej perspektywy, aby oszukać nasz mózg. Po lewej widać jak to wyglądało w rzeczywistości z bliska, a po prawej ujęcie z odpowiedniego miejsca. To samo tyczy się zdjęcia wyżej.

Z Parku Explora wracaliśmy do hotelu piechotą przy okazji zwiedzając miasto. Trafiliśmy w pewnym momencie na ulicę, która biegła pod linią metra usytuowanego wysoko nad ziemia. Było to miejsce gdzie handel uliczny kwitł pełną parą. Kilometrami ciągnęły się sklepy i uliczni sprzedawcy, a w ich ofercie można było znaleźć dosłownie wszystko. Po drodze nakupiliśmy całą masę owoców, których nigdy wcześniej nie jedliśmy i wieczorem na kolację urządziliśmy sobie test owoców tropikalnych.

Bardzo nam się spodobał ten rejon i wiedzieliśmy, że jak będzie czas to musimy tu jeszcze wrócić.
Kochamy owoce, nasza lista tych spróbowanych cały czas rośnie.
Uliczny handel owocami, to bardzo popularna forma zarobku w Ameryce środkowej i południowej.

Kolejnego dnia od rana zmieniliśmy hotel na taki, który będzie usytuowany bliżej dworca. Po zostawieniu tam rzeczy chcieliśmy wyjechać poza miasto do miasteczka Guatepe, ale dość długo nam zeszło ze wszystkim i na dworcu okazało się, że najbliższy autobus jest w południe. Postanowiliśmy więc przełożyć ten wyjazd na kolejny dzień na bardzo wczesne godziny poranne, a tego dnia ponownie eksplorować Medellin. Właściwe cały dzień spędziliśmy włócząc się po mieście i odkrywając kolejne ulice. Ciekawostką dla nas była pewna zależność w niektórych dzielnicach miasta. Idąc ulicą „A” można było znaleźć na niej tylko i wyłącznie sklepy związane z motorami. Dosłownie dało się tam znaleźć wszystko do spalinowego jednośladu, a sklepy były usytuowane jeden za drugim. Po jakimś kilometrze kończył się, nazwijmy to, sektor motorowy i zaczynał rowerowy, natomiast na ulicy równoległej „B” były same owoce i warzywa. Nie mówię, że tak było w całym mieście ale takich tematycznych ulic było sporo. Widzieliśmy jeszcze ulicę związaną ze sprzętem AGD, ulice z drzwiami, oknami i różnego rodzaju barierkami, czy ulice z warsztatami samochodowymi. Było to dość oryginalne. Przez pól dnia zaliczyliśmy kilka parków spróbowaliśmy tradycyjnych potraw i wróciliśmy też na tą główną ulicę pod metrem. Bardzo nam się podobała.

Handel pod metrem kwitł pełną parą. Na początku trafiliśmy na coś w rodzaju pchlego targu, dalej były zwyczajne stoiska uliczne z czapkami, ciuchami czy słodyczami, a jeszcze dalej sklepy. Całość ciągnęła się co najmniej 1,5 kilometra.
Jeden z wielu kościołów w mieście.
Park z przerośniętymi figurami zwierząt i ludzi. Pies i koń moi faworyci.

Na wieczór wróciliśmy do naszego nowego hotelu, który nie był dobrym wyborem. Nasz pokój miał chyba 4 metry kwadratowe, więc poza łóżkiem ledwo mieściły się tam nasze plecaki… i to w pozycji stojącej! Uwierzcie, nie przesadzam! Tak małego pokoju jeszcze nie widziałem. Wynajem tego powinien być zabroniony nawet dla jednej osoby. Szło się klaustrofobii nabawić. Dodatkowo w łazience nie było brodzika, a podłoga była tak słabo wypoziomowana, że podczas brania prysznica woda prawie wlewała się nam do pokoju. Dramat. No ale na szczęście to była tylko jedna noc i udało się przetrwać.

Rano zostawiliśmy nasze plecaki na dworcu i ruszyliśmy do Guatepe. Medellin bardzo nam się podobał, nie wiemy czy to przez jego różnorodność, atrakcje czy może po prostu przez to, że od dawna nie byliśmy w tak dużym mieście i cywilizacji. Teraz ruszamy podbijać małe, kolorowe miejscowości i czujemy, że też będzie wyjątkowo!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *