Kostaryka: z Granicy do Puerto Viejo przez San Jose

Na granicy z Panamą po raz kolejny musieliśmy się zdenerwować. Gdy autobus dojechał na przystanek przed samą granicą, drzwi autobusu od zewnątrz otoczyli będący tam ludzie. Wymachiwali jakimiś kartkami. Jedni nawoływali do siebie, a inni zachęcali do wymiany pieniędzy. Gdy tylko wyszliśmy z autobusu, otoczyło nas 4 osoby i mimo woli odeszliśmy z nimi na bok. Nienawidzę tego! Są do tego stopnia nachalni, że aż można czuć się niepewnie. Jedna kobieta w kółko pytała czy chcemy rozmienić pieniądze, mężczyzna się tylko przyglądał, a pozostała dwójka machała jakimiś kartkami i nalegała abyśmy dali im nasze paszporty.

Osaczyli nas strasznie. Okazało się że kartki, które trzymali w rękach to formularz imigracyjny wjazdu na Kostarykę. Standardowy papierek jaki wiele państw wymaga, aby wypełnić i złożyć podczas wjazdu do tego kraju. Mi się to bardzo nie podobało, bo zawsze ten formularz uzupełnia się samemu przed podejściem do celnika. Zapytaliśmy dlaczego mamy to uzupełniać tutaj, a nie w budynki Imigration. W odpowiedzi dostaliśmy po raz kolejny prośbę o nasz paszport oraz informacje, że tak po prostu jest. Dodatkowo jedna kobieta, aby się uwiarygodnić zaczęła legitymować się jakimś dowodem czy legitymacją, że niby jest z imigration. Osaczona Ania poddała się i dała jej paszport, a ona od razu zaczęła przepisywać dane na formularz. Ja chciałem iść dalej ale skoro Ania oddała już paszport to stwierdziłem, że dobra załatwmy to tu i dałem paszport facetowi. W międzyczasie rozmieniłem 40 dolarów oraz pozostałe drobne z Nikaragui na walutę Kostaryki. Muszę przyznać, że Ci ludzie chodzący przy granicy z wielkimi plikami pieniędzy w ręce i oferujący wymianę, nie mają złodziejskich kursów wymiany jak można by było się tego spodziewać.

Kobieta i facet po uzupełnieniu formularza oddali nam paszporty i w zamian za uzupełnienie zaczęli wołać od nas kasę. Wołali „diez colon” co dosłownie znaczyło dziesięć colon – ale coś mi nie pasowało, bo 10 colon to równowartość 6 groszy. Szybko okazało się, że chodzi im o 1000 colon czyli niecałe 2 dolary za osobę! Ciśnienie mi się podniosło, bo ja ich pomocy przy uzupełnianiu durnej kartki nie potrzebowałem, wiec usłyszeli ode mnie „nie ma mowy!” oczywiście po angielsku. A zaraz po tym z ich strony pojawiły się argumenty, że na granicy jest dużo drożej i że musimy to zrobić tutaj itp. byli na tyle nachalni, że w odpowiedzi usłyszeli ode mnie stanowcze „spi*****ajcie” tym razem po polsku 😛 równocześnie oznajmiłem Ani, że idziemy. Oczywiście poprosiłem też faceta o oddanie kartki z moimi danymi, ale koleś nie chciał jej dać, bo pewnie myślał, że ją zabiorę za darmo, a ja chciałem ja po prostu zniszczyć. Nie miałem ochoty zostawiać im moich danych osobowych, ale on tego nie rozumiał. Do akcji wkroczył jakiś inny chłopak w podobnym mi wieku, coś sapał i sam nie wiem do końca czego chciał. Trochę go olałem i sprawnym ruchem ręki wyrwałem kartkę z moimi danymi od gośćca, który ją uzupełnił. Następnie szybko i ostentacyjnie ją zniszczyłem. Po całej sytuacji ruszyliśmy najpierw do budynku imigration Nikaragui, a później Kostaryki.

Opuszczenie Nikaragui wiązało się z uiszczeniem opłaty w postaci podatku turystycznego ($1/osoba) oraz opłaty wyjazdowej ($2/osoba). Po załatwieniu formalności ruszyliśmy do budynku imigration Kostaryki. Gdy podeszliśmy do okienka, pani celnik zapytała nas o formularz wjazdowy, ten sam który przed chwilą podarłem. Powiedzieliśmy, że nie mamy po czym zupełnie za darmo otrzymaliśmy dwie karteczki do uzupełnienia. W międzyczasie podszedł do nas jakiś mężczyzna, który również uzupełniał ten formularz i powiedział, że musimy mieć dowód wyjazdu z Kostaryki, w postaci jakiegoś biletu, inaczej nas nie wpuszczą. Dodał, że można taki bilet kupić w budynku obok za $25 i że on próbował bez, ale się nie udało. Stwierdziliśmy, że nie ma co być nadgorliwym, próbujemy bez i zobaczymy co się wydarzy przy odprawie.

Przekraczamy granicę Kostaryki.

Pani celnik, po sprawdzeniu naszych paszportów i deklaracji, zapytała gdzie jedziemy, powiedzieliśmy że docelowo do Panamy, a przez Kostarykę tylko przejeżdżamy 1-2 dni. Bez problemu dostaliśmy wizy tranzytowe i ruszaliśmy szukać dalszego transportu

Po opuszczeniu budynku imigration spotkaliśmy trzech chłopaków. Dwóch z Anglii i jednego Francuza. Francuz przebył podobna podroż jak my i również zmierzał w stronę Boca del Toro w Panamie. Był bardzo poirytowany, bo został zmuszony do zakupienia podobnego biletu, o którym mówił wcześniej spotkany przez nas facet, z tą różnicą że on zapłacił 15 USD. Dowiadując się o tym że nam się udało bez i że pokonujemy kraj niemal identycznie jak on, wrócił do celniczki z nadzieja, że się pomyliła i odzyska $15. Nadzieja matką… Postanowił się nie poddawać i za drugim razem zabrał ze sobą Anie i jej paszport. Efekt był taki sam. Celnik twierdziła, że teraz jest już za późno i że od początku nie mówił że wykonuje transit. Francuz twierdził, że było inaczej i upierał się przy swoim, ale jak zdenerwowana celnik zaczęła mu grozić anulowaniem wstępu do Kostaryki i powrotem do Nikaragui, odpuścił.

Chłopaki powiedzieli, że czekają na bezpośredni autokar do stolicy Kostaryki, który ma być za 40 min. Szybko się zdecydowaliśmy na ten sam sposób podróży, ze względu na to, że deszcz nadchodził, a autobus pokonywał długą trasę, za rozsądne pieniądze (280 kilometrów za $8.5/osoba. Podróż trwała ponad 6 godzin i właściwie minęła bez żadnych niespodzianek, w końcu nie był to chicken bus tylko zwykły autobus dalekobieżny. Bardzo się cieszyliśmy, że wybraliśmy tą opcje a nie stopa, bo deszcz padał prawie całą drogę.

W stolicy Kostaryki razem z chłopakami z Anglii zamówiliśmy ubera i udaliśmy się do hostelu, który nam zarekomendowali. Francuz miał umówionego hosta na Couchsurfing’u, wiec się rozstaliśmy na dworcu, ale wymieniliśmy się namiarami i wstępnie umówiliśmy się, że kolejnego dnia możemy razem ruszyć w stronę Panamy.

Gdy dotarliśmy do hostelu było już po 22. Wyskoczyliśmy do sklepu po coś do zjedzenia i po małe piwko, a następnie  usiedliśmy w „hostelowej strefy odpoczynku” i rozmawialiśmy z naszymi nowo poznanymi towarzyszami, którzy kolejnego dnia wracali już do swojego kraju. W międzyczasie udałem się na chwile do naszego pokoju. Oczywiście wybraliśmy opcję najtańszą czyli pokój współdzielony, tym razem przypadł nam 6-osobowy. W pokoju poza nami była tylko jedna osoba, Belg mieszkający w Angli o imieniu James. Po wymianie kilku zdań okazało się, że James wynajął auto i kolejnego dnia miał zamiar jechać do miejscowości Puerto Viejo, która leży niedaleko granicy z Panamą i to na „naszej trasie”. James zaproponował, że może nas zabrać. Uradowany wróciłem do Ani oznajmić jej dobrą wiadomość. Razem z chłopakami z Anglii posiedzieliśmy gdzieś do północy i rozeszliśmy się do swoich pokoi.

Następnego dnia wstaliśmy skoro świt. Nie skorzystaliśmy z hostelowego śniadania po jakże promocyjnej cenie $5. Fakt, jesz ile chcesz ale 10 USD za śniadanie to nie jest najlepsza cena dla nas. Postanowiliśmy się przejść po okolicy i poszukać jakiegoś ciekawego miejsca, tym bardziej, że James musiał jeszcze popracować, więc mieliśmy czas do godziny 10. Bardzo szybko udało nam się znaleźć się małą knajpkę, w której mieliśmy śniadanie za $2 / osoba. Ryż z fasolą i śmietaną, kawałek smażonego sera, platana i jakiegoś mięska, jajecznica i kawałek chleba.  Idealnie. Najedzeni wróciliśmy do hostelu i czekając na James’a Ania pokusiła się jeszcze na kawę.

Nie widzieliśmy za wiele w stolicy Kostaryki, ale miasto to było bardzo duże i gościła w nim cywilizacja. Światła na każde krzyżówce, wieżowce, czystość! Pierwsze takie ucywilizowane miejsce od Cancun w Meksyku.

Ruszyliśmy chwilę po 10. James wynajął sobie Toyotę, która była zaparkowana przed hostelem. Zanim ruszyliśmy podszedł do jakiejś kobiety i coś jej dał. Zapytaliśmy o co chodzi i sprzedał nam informacje, że w San Jose bardzo często przy ulicznych parkingach kręcą się starsze panie (w sumie tylko panie widzieliśmy, ale może i mężczyźni też) i czy tego sobie życzysz czy nie, pilnują Twojego auta. Dlatego też jesteś zobligowany uiścić opłatę. Zakładam, że nie mają cennika ale James twierdził, że trzeba im zapłacić 1000 colon, czyli jakieś 6 zł. W przeciwnym razie karoseria naszego auta może zaliczyć mały „tuning” np. kluczami. O tak sobie dorabiają do emerytury.

Ruszyliśmy. Dzień wcześniej James uprzedził nas, że nie jest jakimś super szybkim kierowcą, ale że jeździ bezpiecznie i ostrożnie. Fajnie, chciałoby się rzec.

Droga miała potrwać jakieś 4 godziny choć wiedzieliśmy, że James chce się zatrzymać w połowie drogi na lunch w jakiejś poleconej przez jego znajomą knajpce. A dodatkowo planował krótkie postoje w fajnych miejscach. No ok, nie ma co narzekać tym bardziej, że oznajmił nam, że nie chce abyśmy dokładali się do paliwa. Dzień wcześniej mu to zaproponowaliśmy, ale z warunkiem, że możemy się dołożyć nie więcej niż koszt biletu autobusowego. Powiedział, że kiedyś podróżował z plecakiem i wie jak to jest być „na budżecie”. Dzięki James! Tutaj dodam jeszcze, że chcieliśmy Francuza poznanego na granicy zabrać ze sobą, ale nie odpowiadał na nasze wiadomości.

Pierwsze krajobrazy, kilkanaście kilometrów za granicami stolicy.

hmmm jakby tu opisać drogę, tak żebyście zrozumieli to co się wydarzyło. Do Puerto Viejo było 220 km, a James na całej trasie trzy razy wrzucił czwarty bieg! Pytam się, jak można przejechać tyle kilometrów na trzecim biegu? Jak? Siedząca z tyłu Ania widząc jak obrotomierz wskazuje czasami 6 tysięcy, a licznik przy tym trochę ponad 100 km/h (na trzecim biegu o to nie trudno) ściskała mnie tylko za ramię, a ja próbowałem powstrzymać śmiech. W ogóle technika jazdy James była interesująca. Zaczynał wyprzedać auta (zmieniał pas) będąc  jakieś ze 100 m za nimi, po czym na ich wysokości dochodził do wniosku, że jednak nie się  nie zmieści (cały czas na „3”), bo już coś nadjechało z przeciwka. Czasami przyspieszał do 120 km/h i chyba sobie uświadamiał że jedzie za szybko, więc ni stąd ni zowąd zaczynał hamować tak do 80 km/h (ciągle na tej nieszczęsnej „3”). Zęby zaciskaliśmy, żeby nie komentować. Zacząłem się bać jak Ania to wytrzymuje. Jak się później okazało od tego szarpania nie najlepiej. Ulgą dla niej była przerwa na lunch. Przydrożna knajpka o wdzięcznej nazwie El Fogon de Lola okazała się mieć spory wybór w powiedzmy niskich cenach. Zdecydowaliśmy się na słodką zupę z kukurydzy oraz danie, którego nazwy nie pamiętamy, ale wybór był idealny. Dodatkowo danie było ogromne, więc spokojnie wystarczyło na nas dwoje.

Słodka zupa z kukurydzy oraz standardowo tortilla.
Danie główne! wygląda pysznie prawda?
Cała trasa z San Jose do Puerto Viejo była bardzo urokliwa i cieszyliśmy się, że możemy ją podziwiać z chłodnego samochodu, a nie z zatłoczonego autobusu. Na zdjęciu mijaliśmy plantacje platanów, widok taki towarzyszył nam kilkanaście kilometrów.

Ruszyliśmy dalej. Czasowo już byliśmy w plecy, ale w sumie jakoś bardzo nam się nie spieszyło. Mieliśmy nadzieję, że najtańszy hostel, który wynalazła Ania będzie miał wolne miejsca. Nie rezerwowaliśmy go wcześniej, bo nie było opcji bezpłatnej rezygnacji, a nauczeni historią z Ometepe stwierdziliśmy, że nie warto. Druga część podróży niewiele różniła się od pierwszej… ciągle na trzecim biegu, przyspieszając i hamując bez uzasadnienia oraz szarpiąc. W Okolicach godziny siedemnastej dostaliśmy do urokliwego miasteczka. James miał zarezerwowany pokój w Selinie, czyli w hostelu tej samej sieci co w San Jose, a my chcieliśmy znaleźć Blue Butterfly. Nie mogąc odnaleźć miejsca docelowego zatrzymaliśmy się, żeby Ania mogła spytać o drogę i tuż po opuszczeniu szyby w naszych nosach pojawił się zapach marihuany, zapach który właściwie unosił się w całym miasteczku i towarzyszył nam do końca pobytu. Takie to miasteczko pełne rastamanów, gandzi, reggae muzyki i ogólnego chillu.  Ruszyliśmy do naszego osobliwego hostelu. Dostaliśmy prywatny pokój za $18. Był  to „kurnik” bez okien, z łóżkiem, wiatrakiem oraz kawałkiem miejsca na plecaki. Jednym słowem jeszcze gorsza klitka niż ta na Ometepe, ale za prywatny pokój wychodziło nawet taniej niż za współdzielony, gdzie łóżko kosztowało $10 na osobę. Zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy przejść się po miasteczku. O ile miasteczko przypadło nam do gustu, o tyle ceny zwalały z nóg. Już wtedy wiedzieliśmy, że za długo nie zabawimy, ale wiedzieliśmy też, że nie mamy siły żeby ruszać na drugi dzień.

Całemu miastu towarzyszyła kolorystyka rasta. I ponoś większość mieszkańców to Jamajczycy.
Z jednej strony drogi, cały ciąg sklepów i sklepików (głównie z pamiątkami) a z drugiej piękne wybrzeże.

Kupiliśmy sobie liczi oraz arbuza i piwo i ruszyliśmy na spotkanie z Francuzem, który dotarł tu autobusem, a nie odpowiadał na nasze wiadomości na what’s up, bo podał nam zły numer. Dopiero później na fejsie się zgadaliśmy. Stwierdził że znowu ma pecha, bo najpierw na granicy kazali mu zapłacić $15 za jakiś durny bilet, a teraz uciekła mu darmowa przejażdżka i tym samym stracił $10 na autobus. U niego w hostelu zjedliśmy naszą owocową kolację, wypiliśmy piwko i poszliśmy na plaże, a później spotkać się jeszcze z Jamsem (Ania zostawiła w jego aucie okulary).

Właściwie Francuz zasługuje na mały akapit w tym wpisie. Okazało się, że pochodzi z rodziny terrorystycznej, przynajmniej tak o sobie mówił. Jego tata lekarz, siedział w więzieniu (podobnie jak kilkoro innych wujków) za zabicie dwóch policjantów, choć jak się dowiedzieliśmy to była wina owych policjantów, bo „po co przeciwstawiali się mojemu ojcu” – taki tok myślenia! Poza tym nigdy nie chce mieć żony tylko chciałby robić dzieci wielu różnym kobietom, które będą tego od niego chciały, czyli tak jak to było w przypadku jego ojca… Jednym słowem dziwny gość, z dziwnymi poglądami, ale przy tym wykształcony. Studiuje chirurgie plastyczną, poliglota – zna pięć języków. Ania słuchała co mówi i nadziwić się nie mogła. Ewidentnie próbowała zrozumieć jego motywy i poglądy, ale chyba szok był większy. U mnie nie było inaczej.

Kupujemy coś na ząb.

Wykończeni podróżą skierowaliśmy się do hostelu jednocześnie żegnając Francuza. Zasnęliśmy szybko.

W pokoju bez okien ciężko zorientować się czy jest rano czy noc i dlatego też wstaliśmy dość późno. Ania od rana była nerwowa, jakaś taka zrzędliwa, bez energii. Przebąkiwała coś, że źle się czuje, ale trzeba było wyjść na jakieś śniadanie.

Dzień wcześniej z uwagi na ceny postanowiliśmy, że zrobimy sobie zakupy w sklepie i zjemy śniadanko na plaży. Kupiliśmy bagietkę (czerstwą), średnią puszkę ryby w warzywach, 2 plasterki żółtego sera i litrowy jogurt – w sumie 24 złote. Cóż, rybka była pyszna jogurt też, ale śniadanie mistrzów to to nie było. Choć na plaży na pewno smakowało lepiej. Później poszliśmy na dość długi spacer wzdłuż pięknego wybrzeża karaibskiego. Słońce świeciło, morze było spokojne, niebo bezchmurne… to był naprawdę przyjemny spacer.

Plaża w Puerto Viejo miała specyficzny ciemny piasek (w sumie podobnie jak w El Cuco w Salwadorze), który nie każdemu może się podobać, ale poza plaża wybrzeże było piękne.
Ulice były bardzo kolorowe, podobał nam się panujący tam klimat,

Będąc z powrotem w miasteczku Ania chciała już wracać do hostelu. Nie najlepiej się czuła, co w sumie można było wywnioskować po tym, że zasnęła jak kamień na kilka godzin. Ja w tym czasie korzystałem z dobroci internetu.

Wieczorem Ania wstała całkiem wypoczęta i w zdecydowanie lepszym humorze. Najwyraźniej leki i drzemka podziałały. Wieczór spędziliśmy w miasteczku chillując i spacerując.

Kolejnego dnia ruszyliśmy śniadanie zjedliśmy w pokoju z zakupionych dzień wcześniej artykułów i z samego rana ruszyliśmy na autobus do miejscowości SIxaola, gdzie było przejście graniczne do Panamy. Na miejscu Ania była dość zdenerwowana bo naczytała się w internecie. że celnicy robią problemy jeśli nie ma biletu powrotnego z Panamy. My oczywiście nie mieliśmy, bo wstępny plan był taki, że z Panamy do Kolumbii przedostaniemy się drogą morską. Na szczęście z pomocą przyszedł internet i dzień wcześniej Ania znalazła informacje, że można u jakiegoś przewoźnika zrobić rezerwacje na lot i jest ona ważna przez 24 godziny. jeśli w tym czasie nie zostanie opłacona zostaje anulowana. Rezerwacja wygląda jak bilet lotniczy, wiec postanowiliśmy coś zarezerwować:.

Opuszczenie Kostaryki wiązało się z poniesieni opłaty $7 / osoba, płatność miała być w maszynie w budynku imigration. Jak się okazało maszyna nie działała wiec musieliśmy wyjść i cofnąć się do pobliskiego sklepu gdzie można było również zapłacić, ale już $8 bo kasjer musiał na tym zarobić. Jak się później dowiedzieliśmy maszyna ta prawdopodobnie nigdy nie działa… kasjer musi mieś chyba jakieś wtyki!

Po wniesieniu opłaty standardowa kontrola paszportowa i marszem przez most na stronę Kostaryki, tam w pierwszym budynku  wniesienie opłaty $4 / osoba, a w następnym budynku rozmowa z celnikiem. Obeszło się bez problemów ale celnik pytał na ile przyjeżdzamu i kiedy wracamy oraz zapytał o bilet. Pokazaliśmy naszą rezerwację i dostaliśmy pieczątkę wjazdową do Panamy!

Kolejne zdjęcie pamiątkowe z granicy.

Na przejściu granicznym poznaliśmy trzech chłopaków z Australii i 2 dziewczyny z Europy. Wszyscy zmierzali na Bocas, więc stwierdziliśmy, że będziemy trzymać się razem. Gdy wszyscy zakończyliśmy formalności na granicy, ruszyliśmy szukać autobusu. Wiedzieliśmy że do miejsca skąd opływają promy trzeba wziąć 2 autobusy (przesiadka w połowie drogi), a łączny koszt to około 2,5$. Dosłownie kilkadziesiąt sekund później poszedł do nas taksówkarz który miał busa i powiedział że weżnie naszą całą siódemkę za $3 za osobę. Deal idealny poł dolca drożej, a połączenie bezpośrednie i beż tracenia czasu.

Godzinna droga, dzięki ciekawym rozmową z nowo poznanymi ludźmi minęła bardzo szybko. Kierowca podwiózł nas pod samą przystań skąd odjeżdżają wodne taksówki na wyspę. Za $6 za osobę kupiliśmy bilet i po kilkunastu minutach czekania oraz trzydziestu płynięcia łódką byliśmy już na Bocas.

Przystań wyglądała trochę jakby miała się rozpaść, ale było ich tam kilka i wszystkie były w podobnej kondycji.

Na początek zrobiliśmy mały spacer po mieście, a następnie wzięliśmy taksówkę, ponieważ nasi hości mieszkali jakieś 6 km od centrum miasta. Po dotarciu na miejsce, byliśmy oczarowani tym co  zobaczyliśmy. Cieszyliśmy się, że będziemy mogli tu sądzić więcej czasu, ponieważ liczymy na trochę odpoczynku, ciekawe zajęcia oraz dogłębne wyeksplorowanie wyspy.

Nasz nowy tymczasowy „dom” przywitaliśmy powitalną Panamą 😉

2 komentarze

  1. Czytam namiętnie każdy wpis kochani i przeżywam każde wasze wzloty i upadki…. Trzymam kciuki za każdy nowy dzien Waszej wyprawy. Po powrocie koniecznie musicie zorganizować jakiś pokaz slajdów + opowieści z podróży. Tymczasem powodzenia w Panamie i lekkiej pracy życzę 😃😃😃.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *