Kuba wyspa jak wulkan gorąca… dzień pierwszy.

Nigdy nie zastanawialiśmy nad słowami tej piosenki, ale już tylko po przekroczeniu drzwi na lotnisku w Varadero stwierdziliśmy, że tak, to musi być to – 100% wilgotności, plus żar z nieba sprawiły, że spociliśmy się w 30 sekund. Dlatego też szybko pognaliśmy zmienić odzienie na wydawałoby się bardziej przewiewne…

Wcześniej odprawa przebiegła całkiem sprawnie. Oczywiście celnik nie pytała nikogo o nic tylko nas musiała zagaić. Właściwie nie wiadomo o co? Adriana o zawód, przy czym i tak nie zrozumiała odpowiedzi, a mnie o to czy jesteśmy małżeństwem. Następnie trzeba było przejść kontrolę osobista. Kolejną. Troszkę się martwiłam o nasze małe wódeczki, które wzięliśmy jako souveniry, ale na szczęście nie o to chodziło… niestety musieliśmy zostawić jabłka, których nie zjedliśmy w samolocie (dobrze, że pyszne bułki wylądowały w brzuchu). Kompletnie o tym zapomniałam, że owoców i warzyw zazwyczaj nie wolno wwozić do innych krajów, z reszta tak jak mięsa, przypraw, nasion itp.  Ubiegając pytanie – tak mieliśmy własne jedzonko, bo posiłek nie był wliczony w cenę całkiem taniego biletu lotniczego. Można było wykupić w samolocie, ale umówmy się… 30 euro za samolotowe jedzenie? Nie, dziękuję.

Po odprawie paszportowej i osobistej oraz odebraniu bagażu przyszedł czas na przepakowanie naszych rzeczy. Wylatując z Niemiec, aby trochę zaoszczędzić na bagażu udało nam się spiąć oba plecaki ze sobą i owinąć je folią stretch. W sumie ta wielka paczka ważyła 23 kilo, więc mogliśmy ją nadać jako jeden bagaż rejestrowany, za który zapłaciliśmy sto kilkanaście złotych – tego również nie mieliśmy w podstawowej cenie, ale za to bilet był super tani, więc i tak się opłacało. Rzeczy które ze względu na wagę nie zmieściły nam się do głównego bagażu, zabraliśmy w podręcznym. Mieliśmy dwa małe plecaczki i koleją paczkę owiniętą folią stretch, w której była karimata namiot i trochę cięższych rzeczy, a całość włożona do dużej reklamówki aby się wygodniej nosiło. Adrian mówił, że mu trochę wstyd i że zalatuję „cebulą”, że wsiada do samolotu z reklamówką, a nie jak wszyscy z regularną walizką. Faktycznie wyglądało to zabawnie. Modliliśmy się również, żeby na kontroli bagażu celnik nie zechciał tego otwierać, bo po rozcięciu stretchu było by to nie do złożenia. Na szczęście wszystko poszło sprawnie, jedynie nasz główny bagaż kazano nam nadać w innym miejscu niż robiliśmy check in, ze względy na kształt i brak rączki do naklejenia etykiety musieliśmy zawieść je do punktu nadawania bagażów ponad-gabarytowych – do tej pory nie wiedzieliśmy,  że coś takiego jest na lotniskach,

Ostatnie zdjęcie w Europie z naszym bagażem podręcznym i jeszcze nie zapakowanymi plecakami.
A tak wyglądały plecaki w transporcie lotniczym.

Po wyjściu z lotniska błyskawicznie zapragnęliśmy zrzucić nasze bluzy i długie spodnie bo zalała nas fala ognia… Ja pobiegłam do pobliskiej toalety, a Adrian przebrał się praktycznie obok drzwi na lotniska. Kolejnym krokiem było zorientowanie się jak dostać się do oddalonego o niecałe 25 km od lotniska miasta Matanzas, pierwszego zaplanowanego punktu na naszej trasie. Okazało się, że na odpowiedź na to pytanie nie musieliśmy długo czekać. Przed lotniskiem podeszła do nas kobieta i zapytała dokąd jedziemy, po czym  natychmiast pojawił się Pan taksówkarz z ofertą 25 CUC za tą trasę. To jest miejsce, w którym warto wspomnieć, że na Kubie operują dwoma walutami, CUC dla turystów oraz CUP dla Kubańczyków. Przy czym CUC jest 1:1 z dolarem amerykańskim, natomiast CUP waluta dla tubylców to około 26:1 z dolarem US. CUC ma budynki na banknocie, a CUP twarze. Zapamiętać – dalej dowiecie się dlaczego!

Wracając do taksówki. Pan zaoferował 25 CUC czyli ponad 90 zł co wydało mi się drogo. Troszkę go spławiłam, bo i tak musieliśmy jeszcze euro rozmienić. Po całej akcji przebierania w drodze do lotniskowego kantoru (20 metrów dalej), podszedł do nas kolejny taksówkarz, który trochę mówił po angielsku i zaoferował 30 CUC. Po rozmienieniu kasy, podszedł jeszcze jeden taksówkarz i zaoferował również 30 CUC. I tu uwaga! Stwierdziłam, że pierwszy raz w życiu coś ponegocjuje. Na początek informacja, że jesteśmy z Polski, a nie z Rosji czy USA – bo ponoć ich łoją na kasę jak tylko się da ;). Dalej, że 25 CUC będzie rozsądniejszą ceną oraz, że nie posiadamy za dużo gotówki… po małych negocjacjach i paru uśmiechach  jeden z taksówkarzy zgodził się na 25 CUC za kurs pod adres. Warto dodać, przez reorganizację naszych bagaży, rozwijanie ze stretchu i przepakowywanie byliśmy już prawie ostatnimi ludźmi na lotnisku, dlatego cena poszła w górę. Muszę przyznać, że i tak nam się udało ponieważ chłop zadzwonił do naszej Casy i dowiedział się jaki jest numer mieszkania (Adres który otrzymaliśmy z AirBNB – tak działa na Kubie – był niepełny), więc poszło sprawnie. Na odchodne dostał mały prezent w postaci- mini flaszki 😉 Ucieszył się. Myślę że sytuacja okazała się tą z serii win-win, ponieważ nawet nie chcę myśleć ile zajęłoby nam szukanie naszej Casy, wiedząc już teraz jak wygląda to miasto oraz, że jej właściciele w ogóle nie mówią po angielsku, a nie wspominając już o telefonach, które zapewne wówczas byłyby niezbędne, a okazało się, że nasze na Kubie nie działały w ogóle.

Standardowa ulica w Matanzas, niedaleko naszej Casy i dworca.

Nasza Casa była zarezerwowana na jedną noc. Jednak byliśmy tak zmęczeni, że już założyliśmy że zostaniemy w Matanzas dzień dłużej, żeby połazić i pozwiedzać trochę to miasto. Jak już wspomniałam nasi właściciele nie mówili ani trochę po angielsku, więc było bardzo wesoło. Ja próbująca powiedzieć coś po hiszpańsku oni mówiący niby po hiszpańsku – tak szybko że słowa wyłapać nie mogłam… szok. Spociłam się jeszcze bardziej. Jednak był i on… mój kieszonkowy słowniczek. Zaczęłam nerwowo szukać i zaraz złapaliśmy nić porozumienia. Właściciel od razu pokazał nam dworzec, sklepik z podstawowymi artykułami domowymi oraz sklepik z owocami. Kupiliśmy wodę i poszliśmy do naszej Casy. Casa jak casa – zarezerwowaliśmy jedną z najtańszych, więc nie spodziewaliśmy się właściwie niczego. Najważniejsze że była klimatyzacja – której w tamtym momencie dosłownie pragnęliśmy, bo na zewnątrz było niesamowicie ciepło, duszno i wilgotno!. W kuchni i łazience jej nie było, więc mieliśmy darmową saunę ;). Ale porównując do warunków w jakich mieszkali nasi właściciele, my mieliśmy je naprawdę przyzwoite. Co ciekawe w naszym mieszkaniu nie było szyb tylko grube metalowe żaluzje niczym kraty. Łatwo sobie więc wyobrazić jak mocno upał z zewnątrz wdzierał się do środka – chwałą temu kto wymyślił klimatyzację! Generalnie w Casie było czysto, schludnie i wygodnie, wiec byliśmy zadowoleni. Wieczorem zamówiliśmy u właścicieli śniadanie na rano i stwierdziliśmy że tego dnia już nigdzie się nie ruszamy. Wymęczeni słońcem, wrażeniami dnia pierwszego oraz zmianą czasu, wzięliśmy prysznic i prawe od razu zasnęliśmy.

Nasz widok z okna w łazience, zamiast szyby mocne stalowe żaluzje.
Nasza pierwsza sypiania w na Kubie,
salon…
… i kuchnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *