Do odwiedzenia La Paz nie byliśmy jakoś szczególnie zachęcani przez innych backpakersów. Ba, wręcz słyszeliśmy, że nie ma co jechać, bo jest brudno i w ogóle jakoś nieprzyjemnie. Jednak w podróżowaniu chodzi między innymi o to, żeby wyrabiać sobie swoje zdanie i albo podtrzymywać to co się usłyszało albo obalać mity. Ja muszę przyznać, że nie wyobrażałam sobie ominąć tego miasta. Jakiś czas temu obejrzałam Kobietę na krańcu świata, odcinek kręcony właśnie w La Paz. Widząc drugi plan czyli to co  za prowadzącą i bohaterką wiedziałam, że muszę osobiście zobaczyć to miejsce.

Opuszczając Copacabanę Adrian zarezerwował hostel w La Paz i rozklekotanym autobusem ruszyliśmy ku nowemu. Znowu. Już prawie zapomniałam jak podróżuje się za dnia. Owszem, widoczki ale poza tym korki i choroba lokomocyjna. Eh jak ja to lubię.

La Paz od samego początku zrobiło na mnie wrażenie. Nie wiem dlaczego. Chyba lubię te górskie klimaty. Miasto przywitało nas jakąś manifestacją. Nie powiem, bo lekki niepokój poczułam. Byli ludzie, petardy, banery, palące się opony, zablokowana kilku pasmowa ulica i ogólne poruszenie. Jednak kierowca sprawnie i bezkolizyjnie skręcił z najbardziej skrajnego lewego pasa w prawo i ruszyliśmy do centrum niewielkim objazdem. Tak na marginesie – nigdy nie przyzwyczaję się do ich stylu jazdy. Po drodze mijaliśmy jeszcze grupę policjantów siedzących na krawężnikach i wyglądających na całkiem znudzonych. Chyba jednak strach był zbędny.

Od miejsca, w którym wysadził nas autobus było ok 2 km do naszego hostelu. Jak zawsze postanowiliśmy się przespacerować. Pogoda była idealna. Słonko, ale nie za gorąco, w sam raz na spacer z plecakami. Dodatkowo trasa z górki. Lepiej być nie mogło biorąc pod uwagę położenie La Paz.

Pierwsze co przykuwało wzrok Adriana to sieć energetyczna, która w wielu miejscach wygląda jak na zdjęciu powyżej.

Droga nie wiedząc dlaczego dłużyła się. Mimo tego, że nasza głowa kręciła się to na lewo to na prawo. Mijaliśmy ulice pełne handlarzy. Na początku głównie z owocami i warzywami. Banany były na każdym kroku. Wyglądały tak apetycznie, że szybko znalazły się w naszych brzuchach. Jak widzę te ilości to zawsze zastanawiam się kto to kupuje. Czy handlarze dają radę utrzymać się z tego? Czy zawsze sprzedadzą wszystkie te banany? Tak maszerując i rozmyślając dotarliśmy do naszego hostelu. Jak zawsze dostaliśmy pokój z lipnym oknem… tym razem było z „widokiem” na jakiś betonowy szyb, więc właściwie mogłoby go nie być wcale.

Planowaliśmy zostać w La Paz na jedną noc (półtorej dnia). Chcieliśmy następnego wieczora wyruszyć do Sucre. Dlatego też od razu ruszyliśmy na małe zwiedzanie. Gdzieś. Bez większego planu, ale czasami taki jest najlepszy. Włączyliśmy mapę na telefonie i skierowaliśmy się w stronę centrum, które było całkiem blisko.

Miasto już ewidentnie czekało na święta. Wszystko było pięknie przybrane, a w powietrzu wyczuwalna była atmosfera przygotowań. Między ulicami znajdował się bardzo ładny deptak, który również był ubrany w kolorowe światełka. Niestety ewidentnie dekoracje czekały na grudzień, bo mimo późnej pory naszego spaceru, na zapalenie światełek się nie doczekaliśmy.

Jak tylko słońce zaszło zrobiło się chłodno. Ale czego się spodziewać na prawie 3700 m n.p.m.? Mimo późnej godziny miasto cały czas wyglądało na zatłoczone. Mnóstwo ludzi, korki. Gdzie nie gdzie mogliśmy już zauważyć oświetlone zbocza gór, zupełnie jak w ukochanym przez mnie Medellin. Teren jest trochę inaczej ukształtowany, więc nie było tego widać tak bardzo jak w Medellin, ale domyślam się, że z innego miejsca wrażenia mogą być podobne.

Deptak przy Avenida 16 de Julio.

Jak na wieczór przystało skierowaliśmy się do hostelu, tym bardziej, że ja się troszkę gorzej poczułam. Ostatecznie skończyło się na tym, że zadzwoniłam do mojego ubezpieczyciela i poprosiłam o wizytę u lekarza. Muszę przyznać, że jestem z mojego ubezpieczenia (Euro 26) bardzo zadowolona. Następnego dnia wcześnie rano, oddzwoniono do mnie z prośbą o podanie dokładnego miejsca pobytu i tym samym zorganizowano mi wizytę w najbliższej placówce, 2 km od naszego hostelu. Oczywiście w ramach zwiedzania do kliniku udaliśmy się spacerem.

Ulica w centrum La Paz.

Plaza Murillo – główny plac w centrum La Paz.

Klinika okazała się być nowiutkim budynkiem z personelem mówiącym po angielsku (w Boliwii nie jest to takie oczywiste). Przyjął mnie młody lekarz, który zrobił dokładny wywiad (dodam, że nadal byłam na antybiotykach). W między czasie powiedział, że w Arequipie prawdopodobnie złapałam salmonellę i że w Peru to standard. Cóż, teraz już się nie dowiem.  Wszystko troszkę trwało, ale skończyło się dobrze, a ubezpieczalnia zapłaciła za wizytę.

Zaistniała sytuacja zmieniła trochę nasze kolejne kroki. Zaleceniem lekarza było między innymi odpoczywać. Dlatego też w La Paz postanowiliśmy zostać dzień dłużej. Tym bardziej że na wizytę straciliśmy 3 godziny, więc dodatkowy dzień zdecydowanie był nam potrzebny.

Kolejnym przystankiem była knajpka, gdzie wypiliśmy kawę i zjedliśmy małe śniadanie w postaci empanadasów. Tutaj chciałabym tylko wtrącić, że w Boliwii jedliśmy najlepsze empanadasy, a do tej pory jedliśmy ich naprawdę dużo. Nadzienie było obłędne – soczyste, miks warzyw i smaczne mięsko. Właściwie w każdym kraju, w którym one występują, są one robione w inny sposób, ten w Boliwii najbardziej przypadł nam do gustu.

Chodząc po mieście trafiliśmy na jakąś paradę uliczną, muzyka, tańce i kolorowe stroje.

Dalszy plan na La Paz był jasny. Zobaczyć je z góry. Udaliśmy się na przejażdżkę gondolkami, które podoknie jak te w Medellin uzupełniają komunikację miejską. Najpierw ustawiliśmy się do linii żółtej prowadzącej w górę miasta, a następnie zielonej prowadzącej w dół. Bilet kosztował 3 boliwiany czyli około 1,50 zł w jedną stronę. Niestety nie da się jeździć „w kółko”. Zawsze na skrajnej stacji trzeba wysiąść, kupić kolejny bilet i wsiąść z powrotem. Trochę szkoda, choć nie tylko dlatego, że trzeba kupić bilet, ale dlatego, że czasami kolejki są dość długie i trzeba w nich stać kolejny raz.

Widoki z gondolek są fantastyczne. Dopiero wtedy widać ogrom tego miasta i jego aglomeracji. Ja osobiście byłam zdumiona jak bardzo to miasto wbudowane jest w skały. Niektóre budynki wydawały się być dosłownie prowizoryczne. Kilka cegieł na zboczu a tam gdzie zabrakło podłoża – podłożona belka jako filar i już. Domek stoi. Były momenty, że moje oczy nie sięgały tak daleko jak sięgały zabudowania. Trochę mnie ten ogrom przytłoczył, a jak przypominam sobie to wszystko teraz, pisząc posta to nadal mam małe dreszcze. W La Paz mieszka ok 800 tys ludzi (stan na 2012 rok) a razem z aglomeracjami prawie 3 mln. Niby nie tak dużo porównując do Limy, w której liczba ta osiąga 10 mln, ale w Limie tego tak nie widać. Było tłoczno, ale w moim odczuciu nie tak bardzo. To moje subiektywne odczucie oczywiście.

La Paz – prawie z lotu ptaka 🙂

Widok na centrum miasta.

Po dzikich wojażach gondolkami poszliśmy na market czarownic. Jest to ciekawe miejsce, zwłaszcza jeśli chce się napełnić plecak upominkami dla najbliższych. Poza standardowymi upominkami, można kupić tam naprawdę dziwaczne (jak dla nas) rzeczy. Począwszy od wielu erotycznych figurek, olejków czy afrodyzjaków skończywszy na wysuszonych małych, nieżywych lamach, które można zakupić i „podaraować” Pachamamie, w ofierze. Dodam, ze lamy były czasami bez futerka, a czasami z bielutkim mięciutkim futerkiem. Pierwszy moment okropny. Jednak opatrzenie się robi swoje. Oczywiście oprócz tego są też magnesy, kubki, torebki i wiele wyrobów z alpaki lub materiałów „alpakopodobnych”. Co tylko dusza zapragnie. Oczywiście nie zapomnijcie się targować. Widząc gringo cena zawsze jest wyższa, czasami nawet absurdalnie wysoka.

Spędziliśmy tam trochę czasu i wykończeni ruszyliśmy w stronę hostelu. Napełniliśmy jeszcze brzuszki hamburgerem z budki za 5 boliwianów (2,5 pln). Chciałabym powiedzieć, że te hamburgery są bardzo dobre. Mięsko odpowiednio cienkie (ja lubię) smażona cebulka, pomidorek i nawet pan dorzucił ekstra frytki do środka. Chyba ewidentnie chciał, żebym wiedziała jak poprawnie się to je ;). Osobiście jednak wolę wersję bez frytek w środku.

Ostatni dzień w La Paz to oczywiście poranne pakowanie się. Zostawiliśmy plecaki w recepcji i ruszyliśmy na gondolkę czerwoną, prowadzącą do El Alto, które należy do zespołu miejskiego La Paz. Miejscowość ta położona jest na wysokości 4150 m.n.p.m. i jest jednym z najwyżej położonych miast na świecie.

Stacja dolna kolejki czerwonej, La Paz 3689 m n.p.m.

Stacja górna kolejki czerwonej, El Alto 4095 m n.p.m.

Widok z El Alto na La Paz.

Jadąc czerwoną gondolką zobaczyliśmy najdziwniejszy cmentarz jak kiedykolwiek widzieliśmy. Jest on zbudowany w formie bloków. Niektóre z nich są tak wysokie że posiadają klatki schodowe, a jeśli jej nie ma to drabina idzie w ruch. W każdym bloku jest kilkadziesiąt „okienek” a w nich trumny. Z tego co udało nam się dojrzeć, bliscy dbają o „okienka”, przyozdabiając je kwiatami, świeczkami, a nawet naklejkami, zdjęciami czy figurkami.. Niektóre budynki są ozdobione również muralami. Całość robi naprawę duże wrażenie i żałujemy, że nie udaliśmy się w to miejsce na własnych nogach, bo z gondolki nie dało się wszystkiego dostrzec. Dlatego jeśli jesteście ciekawi to odsyłamy was do fajnej fotorelacji z tego cmentarza, jaką znaleźliśmy w sieci.

Cementerio General – cmentarne blokowisko.

A tu cmentarz, który leży pod liną pomarańczową, w niewielkiej odległości od tego ze zdjęcia wyżej. Cóż „inny świat”.

La Paz jest naprawdę wyjątkowe. Może i brudne, może i pozornie nie ma co tam oglądać czy zwiedzać, ale ja nie żałuje żadnej minuty tam spędzonej. Ludzie byli przyjaźni, widoki piękne, a i codzienność interesująca. Po części spełniło się moje małe marzenie, bo po „Kobiecie na krańcu świata” powiedziałam sobie, że chciałabym tam kiedyś pojechać, także jak już wiadomo – uważajcie czego sobie życzycie, bo może się spełnić!

Na koniec dnia wróciliśmy po plecaki i ruszyliśmy w stronę dworca, a następnie w stronę Sucre.

Po La Paz, naszym kolejnym celem było Sucre, czyli miasto, które na papierze jest stolicą Boliwi. Dlaczego na papierze? A no dlatego, że Sucre w Boliwijskiej Konstytucji widnieje jako stolica tego kraju, jednak siedziba rządu, parlamentu i prezydenta znajduje się w La Paz i to z tego miasta sprawuje się władzę. Dlatego to właśnie La Paz od ponad 100 lat pełni rolę stolicy.

Do Sucre wybraliśmy się nocnym autobusem, który miał do pokonania 550 km. Za bilety zapłaciliśmy 90 boliviano (45 zł) za łóżko, czyli siedzenie, które dało się rozłożyć do 160 stopni. Oczywiście, jak zwykle coś musiało być nie tak. Tym razem to Adrian miał pecha, jego siedzenie nie chciało się zablokować po rozłożeniu. Oczywiście Adrian się wkurzał i nic nie robił, ja natomiast nie chciałam tego tak zostawić. Nie po to płacimy więcej, żeby teraz się męczyć, Poszłam więc do babki u której kupowaliśmy bilet i przedstawiłam jej sytuację oraz wyraziłam nasze niezadowolenie. Reakcja babeczki bezcenna – spojrzała na fotel i stwierdziła: „tak, jest popsuty” – zupełnie jakby już o tym wiedziała i nie miała zamiaru nic z tym zrobić. Ręce opadają. Jednak ja nie dałam tak łatwo za wygraną, bo nie po to dokładaliśmy niemal drugie tyle do biletu żeby nie otrzymać komfortu, za który zapłaciliśmy, Ostatecznie znalazło się wolne miejsce na górnym pokładzie i Adrian mógł się przesiąść na sprawny fotel.

W Sucre chcieliśmy zatrzymać się na dłużej. Głównie przez mnie. Chciałam i potrzebowałam odpocząć. Założyliśmy, że spędzimy tam 3 dni i nocnym autobusem pojedziemy do Uyuni.

Adrian znalazł hostel, nie tak daleko od centrum i za w miarę rozsądne pieniądze. Rozgościliśmy się w pokoju, tym razem z oknem i poszliśmy rozeznać się w terenie. Dowiedzieliśmy się, że w niedzielę są wybory i że prawdopodobnie w ten dzień wszystko będzie zamknięte. Cóż, niedziele na leniwca. Również autobusy miały nie kursować, więc cieszyliśmy się, że nasz wyjazd wypadał w poniedziałek wieczór.

Ulice w centrum Sucre.

Sucre jest niewielkim kolonialnym miastem, ok 250 tys ludzi. Jak na stolicę przystało jest czyste i zadbane, a dzięki wielu białym budynkom jakie tam znajdziemy, miasto zyskało nazwę „białe miasto”. W centrum mieści się piękny rynek pełny ławek i drzew, który zawsze był wypełniony ludźmi. W okresie świątecznym został przepięknie przystrojony lampkami, choć nie ukrywam że bez aury zimowej jakoś zawsze tym ozdobom czegoś brakuje. Wymyślam? Może.

Podczas naszego pobytu w Sucre, plac główny został przygotowany na święta.

W Sucre mieliśmy zdecydowanie slow life. Nigdzie się nie spieszyliśmy, jak chcieliśmy to odpoczywaliśmy, a to na ławce w parku, a to w hostelu, czy nawet na kawie w kawiarni. Potrzebowaliśmy tego, a zwłaszcza ja po chorobie. Dlatego też skupiliśmy się na przyjemnościach, np. spróbowaniu czekolady, z której Sucre słynie. Zarówno tej w postaci stałej jak i płynnej. Na czekoladę pitną wybraliśmy się do słynnej pijalni Chocolates Para Ti. Jednak muszę przyznać, że czekolada nas nie oczarowała. Ot zwykłe kakao. Niestety tak samo było z czekoladą w kostkach, bardzo podobna do tych które znajdziemy w Polsce, smaczna ale nic nadzwyczajnego. Więc może dla Boliwijczyków są to wyjątkowe smaki, ale myślę, że my Europejczycy czy mamy tak duży wybór wśród czekolad, że Boliwia nie jest w stanie nas zaskoczyć.

Kilkukrotnie też odwiedziliśmy lokalny market, aby spróbować jakiś tutejszych dań czy zaopatrzyć się w owoce. Cóż zgodnie z Adrianem stwierdziliśmy, że ten w Sucre był najmniej atrakcyjny porównując do wszystkich poprzednich jakie odwiedzaliśmy. Może przez to, że jego część była w gruzach przez trwający tam remont? Nie wiem, ale było tak jakoś obskurnie. Nie to, żeby markety był piękne, czyściutkie i pachnące, ale temu po prostu brakowało „tego czegoś”.

Tribunal Supremo De Justicia De Bolivia – Sąd miejski.

Parque Simón Boliva, „kopia” wieży Eiffla – nie lada atrakcja dal dzieci.

W niedziele w związku z tym, że wszystko było pozamykane postanowiliśmy wybrać się na spacer po okolicy i na cmentarz, bo ponoć warto. Cóż, cmentarz okazał się być też zamknięty, ale wejście było naprawdę ładne. Tego dnia działały jedynie uliczne stoiska. Jak widać, rząd chciał „zmusić” wszystkich aby poszli głosować. Z tego co powiedziała właścicielka hostelu, ludzie mieli bojkotować te wybory, ale jak się skończyło to tego już nie wiemy.

Cementerio General w Sucre. Pech chciał, że dotarliśmy w tam dzień wyborów i cmentarz był zamknięty. Zresztą jak wszystko inne w mieście.

Jak widać, bujność sieci energetycznej w Sucre wcale nie odbiega od tej w La Paz.

Na koniec dodam, że w poniedziałek ruszyliśmy na autobus nocy do Uyuni i tak się złożyło, że gdy dotarliśmy na dworzec nie było już miejsc. W żadnym z trzech autobusów. Pierwszy raz nie mieliśmy wcześniej biletów i tu taka niespodzianka. Niewiele się zastanawiając kupiliśmy bilet na dzień następny wróciliśmy do hostelu.

Cały pobyt w Sucre był bardzo relaksujący. Mieliśmy piękną pogodę, fajny hostel z bardzo miłą właścicielką i żadnych „musimy”. Dzięki temu ja odpoczęłam i nabrałam sił na dalszą drogę.

Musze przyznać, że jesteśmy podekscytowani bo zmierzamy do Uyuni, z której wyruszamy w 3 dniową podróż po pustyni solnej. Czekaliśmy na tą wycieczkę już od dawna!