Machu Picchu – „zaginione” i najlepiej zachowane miasto Inków.

Nie da się ukryć, że głównym celem dla którego przybyliśmy do Cusco było odwiedzenie zaginionego miasta Inków. Jednego z nowych cudów świata, majestatycznego miejsca wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Uwielbianego przez turystów i niestety niemal przez nich zadeptanego. Tak. Dobrze się domyślacie, chodzi o Machu Picchu…

Machu Picchu, którego temat ciągnął się za nami już od dawien dawna, niemal od początku naszej podróży, bo niejednokrotnie dochodziły do nas informacje, że aby się tam dostać bilety trzeba kupić znacznie wcześniej. Tym samym już w Ameryce Centralnej robiliśmy pierwsze rozpoznania tematu, co, jak, gdzie, za ile. Ostatecznie to wszystko na odległość wydawało nam się mocno skomplikowane, a termin przybicia do Peru tak odległy, że wówczas postanowiliśmy zdać się na pastwę losu, zaryzykować i załatwić temat na miejscu. Przy dobrej myśli utrzymywał nas fakt, że czas w jakim będziemy w Peru to będzie już niski sezon turystyczny.

W poprzednim wpisie wspominałem, że opcji wejścia na Machu jest wiele, a my rozważaliśmy dwie. Najtańsze. Czyli albo z agencją turystyczną, gdzie w okolice Machu dojeżdża się busem, do tego agencja zapewnia nocleg, bilet wejścia, wyżywienie i przewodnika. Albo na własną rękę, gdzie schemat wyglądał identycznie tylko wszystko musielibyśmy zarezerwować sami.

Z racji tego, że ta druga opcja z naszych wyliczeń wychodziła trochę bardziej ekonomicznie niż oferty jakie do tej pory otrzymaliśmy z różnych agencji, postanowiliśmy że zrobimy to sami. Jednak gdy udaliśmy się zarezerwować busa mężczyzna w agencji zaoferował nam pakiet usług w cenie, która była znacznie lepsza niż wszystkie wcześniejsze oferty. Po podsumowaniu wszystkiego, cena z agencji nie odbiegała od szacunkowych kosztów jakie przewidzieliśmy realizując Machu Picchu w wersji „zrób to sam”. Dlatego też postanowiliśmy pójść na wygodę i zarezerwować komplet. Cena jaką nam zaproponowano to 260 soli za osobę (~290zł) i faktycznie był to dobry deal, bo później spotkaliśmy dwie osoby, które robiły Machu Picchu we własnym zakresie i ich wydatki oscylowały w granicach 250-270 soli. Dodam, że mężczyzna ten twierdził, że on nie sprzedaje wycieczek dla innych (nie jest agencją pośredniczącą, która pobiera prowizje) tylko jest  operatorem, stąd takie ceny. Inna sprawa jest taka, że ceny mogą być niższe, gdy szukamy wycieczki wieczorem na kolejny poranek, niż na za kilka dni. Wówczas mamy do czynienia z nieoficjalnym „last minut”, gdzie dają dobre ceny, aby tylko zapełnić wolne miejsca w busie, który i tak jedzie z innymi ludźmi.

Cusco, okolice głównego terminalu autobusowego. Pamiętacie jak we wpisie o Limie mówiłem, że miasta w Peru (poza swoimi centrami) są brzydkie, z czerwonej cegły i zazwyczaj w „wiecznej budowie”. Tu jest doskonały przykład. Standardowy obraz Peru.

Ale wracając do naszej wyprawy. Machu Picchu jest położone ponad 220 kilometrów od Cusco, ale 220 kilometrów drogą przejedzą dla samochodów, bo w linii prostej jest to mniej więcej 77 kilometrów. Także łatwo sobie wyobrazić jak wygląda ta droga… Jest malownicza, ale o tym za chwilę.

Bus, aby dotrzeć do Hydroelectrica, czyli wspomniane wyżej 220 kilometrów, potrzebuje około 7 godzin z przerwą na śniadanie i lunch (w sumie 70 minut). Pozostałe 5-6 godzin jest w trasie. Aby dotrzeć do Hydroelectrica o rozsądnej godzinie zostaliśmy odebrani z hostelu o 7. Początek oczywiście był nudny i śpiący. Po trochę ponad 2 godzinach zatrzymaliśmy się na przerwę śniadaniową. My mieliśmy swoje śniadanie w hostelu, a to „po drodze” nie było wliczone w cenę, więc czas spędziliśmy rozprostowując nogi oraz na rozmowie z Polakami, którzy jechali z inną agencją i zatrzymali się w tym samym miejscu. Generalnie Peru to jest  kraj, w którym jak do tej pory spotkaliśmy najwięcej Polaków.

Po około 30 minutach kierowca zaczął kontynuować naszą podróż, a my mogliśmy wrócić do snu. Przynajmniej do czasu, aż nie zaczęły się serpentyny… czyli właściwie nie zdążyliśmy dobrze zasnąć. Droga była niesamowicie kręta, ale im wyżej wjeżdżaliśmy, tym widoki za oknem były piękniejsze. Kulminacyjna wysokość na jaką wjechaliśmy wynosiła około 4300 m n.p.m. Tutaj było trochę słabo, bo wjechaliśmy w chmury i poza ścianą góry po jednej stronie i „nieskończoną (zamgloną) przepaścią” po drugiej stronie, nie było nic widać. Do tego droga była całkowicie mokra, a co za tym idzie trochę śliska. Na szczęście trasa ta posiadała barierki energochłonne. Takie standardowe,  jak w Europie… ale tylko na zakrętach. Zapewne i tak nie wiele by pomogły, ale pozwalały zachować choć pierwiastek poczucia bezpieczeństwa. W międzyczasie sprawdziłem też czy aby na pewno mam zapięte pasy, które przy tych przepaściach jakie mijaliśmy, służyły tylko poprawie samopoczucia. Na szczęście tak szybko jak wjechaliśmy na górę, tak samo szybko zaczęliśmy z niej zjeżdżać. Choć wiadomo, ten etap jest najgorszy, bo kierowca wcale nie musi mieć ciężkiej nogi, aby bus nabierał prędkości…

Po raz kolejny się udało, ale… nie minęło 10 minut odkąd wyjechaliśmy z chmur i tych podnoszących adrenalinę zakrętów, jak rozległ się spory huk i kierowca zjechał na pobocze. Złapaliśmy gumę! Akcja wymiany trwała 30 minut, długie 30 minut, bo kierowca nie do końca wiedział gdzie są klucze czy lewarek.  Na szczęście wszystko było i jak już trochę przemarzliśmy, mogliśmy wrócić do środka. Ja miałem już trochę dość wrażeń, więc się zmusiłem i uderzyłem w dalszy sen. Ania podobnie.

W miejscu gdzie wymienialiśmy koło były przynajmniej ciekawe widoki.

Jednak nie długo później obudziło mnie telepanie. Skończyła się droga asfaltowa, minęliśmy miejscowość Santa Maria i zaczął się ostatni, najgorszy odcinek. Cóż, nic nowego tu nie napiszę. Droga nadal prowadziła po zboczu góry, była pełna zakrętów, a barierki ochronne skończyły się razem z asfaltem. Do tego kierowca, który chciał nadrobić stracone 30 minut (na wymianie koła), nie zwalniał na zakrętach tylko trąbił, aby zasygnalizować innym że jedzie. Całe szczęście, że ruch tam był niewielki i tylko raz mieliśmy sytuacje, że najechaliśmy na zakręcie na pojazd z naprzeciwka, co skończyło się tylko gwałtownym hamowaniem.

Po 23 kilometrach takiej zwariowanej jazdy dojechaliśmy do Santa Teresa, gdzie była przewidziana 40 minutowa przerwa na lunch. Posililiśmy się i trochę odpoczęliśmy. W międzyczasie kierowca i auto zniknęli. Po 20 minutach spóźnienia bus wrócił z załatanym kołem na osi. Jakże moje zdziwienie było duże, gdyż dziura jaka była w tej oponie, na środku bieżnika, jeszcze godzinę temu w mojej opinii nie wyglądała na taką, którą da się załatać. Oczywiście skutecznie załatać. Ale jak widać w Peru mają specjalistów, a widoczny guz na oponie, który pozostał po łataniu nie przeszkadzał w dalszym wożeniu turystów.

Niestety nie tylko kierowca się spóźnił, kolejne 20 minut musieliśmy czekać na trojkę Latynosów… Taki naród, w nosie mieli czas innych i poszli szukać sobie jakiś butów.

Pozostało ostatnie 11 kilometrów do celu tą szaloną drogą… ach jak ja się cieszyłem, że pogoda dopisuje, bo ponoć w trakcie deszczów trafiają się tu lawiny błotne i jeszcze wiele innych rzeczy, o których można naczytać się w internecie.

Do Hydroelectrica dojechaliśmy z 1,5 godzinnym opóźnieniem. Zegarek wskazywał 15:50 kiedy podszedł do nas człowiek pracujący dla agencji, z której usług korzystaliśmy i wyjaśnił nam dalsze kroki. Do Machu Picchu nie da się dojechać pojazdem kołowym. Najbliżej położone miejsce dostępne dla takich maszyn to właśnie Hydroelectrica, z której czekał nas niespełna 11 kilometrowy spacer do Aguas Calientes, czyli miejscowości położonej najbliżej zaginionego miasta Inków. Trasa prowadzi wzdłuż torów i jest prosta, płaska i przyjemna.

poza kilkoma zakrętami, całość trasy wyglądała mniej więcej tak.
Jest jeszcze przeprawa przez rzekę.

Po torach tych kursuje pociąg, który między innymi dowozi turystów do Aguas Calientes, czy pod wejście na Machu Picchu. Jednak przyjemność ta jest horrendalnie droga. Podroż z Cusco w dwie strony to bagatela 140 dolarów amerykańskich. Tylko za bilet nic więcej. No dobra, ponoć jakiś skromy serwis jest wliczony, typu napoje czy przekąski. Po szynach tych, kursuje też inny pociąg,  który w przeciwieństwie do tego pierwszego kosztuje „grosze”, ale PONOĆ zabiera tylko Peruwiańczyków.  Wyobrażacie sobie takie coś w Europie? Chyba nie muszę mówić jaka byłaby reakcja „niebiałych”.

Jedzie, huczy i dymi – tyle pożytku mieliśmy z niego…

Na szczęście nas to mało interesowało, bo spacer wzdłuż torów był bardzo przyjemny, nawet mimo tego, że narzuciliśmy sobie żwawe tempo. A to ze względu na późną godzinę, chcieliśmy dojść do Aguas przed zmrokiem, który zapadał chwile po 18. Tu mogę się wam jeszcze przyznać, że na samym początku pobytu w Cusco rozważaliśmy jeszcze inna opcje dostania się do Machu. Taką która wiązałaby się z 28-kilometrowym spacerem wzdłuż tych torów, ale ostatecznie odpuściliśmy. Choć myślę, że też byłoby ciekawie (tym bardziej, że droga ta byłaby urozmaicona o inne ruiny i miejscami prowadzi ona wzdłuż innego znanego szlaku Inków).

Do Aguas Calientes dotarliśmy po 2 godzinach i 10 minutach.  Z czego mieliśmy 5 minutową przerwę na zdjęcia przy wejściu na Machu Picchu, które znajduje się 2 km przed Aguas Calientes. W mieście mieliśmy stawić się na głównym placu i odnaleźć chłopaka, który powitał nas w Hydroelectrica. Mimo wielkiego tłumu udało nam się to całkiem szybko. Krystian, bo tak miał na imię, przedstawił nas swojemu koledze, który następnie zaprowadził nas do hotelu i wręczył bilety na Machu.

Aguas Calientes.
Przed wejściem na górę, gdzie znajduje się miasto Machu Picchu, widnieje taki oto napis powitalny.

Chwila odpoczynku i już byliśmy z powrotem na nogach, bo o 19.30 zaplanowana była kolacja dla uczestników, gdzie również mieliśmy poznać plan na kolejny dzień. Po kolacji ruszyliśmy jeszcze połazić po Aguas, ale szybko skończyło się na drinku pisco sour w barze, bo niestety zaczęło padać. Gdy szklanka się opróżniła, a deszcz trochę ustał, wróciliśmy do hotelu, ponieważ pobudka przewidziana była przed 4. Co do samego Aguas Calientes to muszę przyznać, że bylem bardzo zaskoczony. Mimo, iż leży ono z dala od cywilizacji, to miasteczko to jest bardzo zadbane i czyste. Całość wyglądała jak bogaty kurort w rejonie górskim, położony w dolinie nad potokiem. Z drugiej strony nie ma się co dziwić, Machu Picchu to dla Peru „kura znosząca złote jajka” (sam bilet na ruiny to wydatek rzędu 170 zł na osobę). A specyficzne położenie zaginionego miasta, pozwala zarabiać restauracjom i hotelom w jedynym miasteczku w okolicy, czyli Aguas Calientes, które na pierwszy rzut oka wygląda jakby w 90% składało się właśnie tylko z tych hoteli i restauracji. Trochę żałowałem, że mieliśmy tam tak mało czasu, choć z drugiej strony poza podziwianiem tego wyróżniającego się na tle innych miasta i siedzeniem w barach oraz restauracjach, to nie ma tam co robić. A przepraszam są jeszcze ciepłe źródła, od których wzięła się nazwa miasta (Aguas Calientes czyli gorące wody). Na bazie tych źródeł powstał kompleks basenowy, w którym można się zrelaksować.

Wg zaleceń przewodnika, aby być o czasie na górze Machu Picchu, czyli o 6 rano, powinniśmy ruszyć o 4.20 z miasteczka. Oczywiście ciężko było się zwlec z wygodnego łóżka, dlatego my ruszyliśmy po 4.40, ale nie przejmowaliśmy się tym, bo dobrze wiedzieliśmy, że my wejście na górę zrobimy szybciej niż przeciętny turysta. Jakoś tak zawsze szybko chodzimy…

Najpierw 15 minut wróciliśmy się tą samą drogą, którą przyszliśmy dzień wcześniej, do mostu, gdzie mogliśmy przekroczyć rwącą rzekę, a za nią czekało na nas już tylko +/- 1500 kamiennych stopni o rożnej długości. Pełni werwy weszliśmy na samą górę w 45 minut, nie dając się nikomu wyprzedzić i wyprzedzając wielu. Na górze zastaliśmy już długą kolejkę ciągnącą się od bramy wejściowej na chyba aż 30 metrów. Ale nie był to jeden sznurek ludzi… Niczym do Lidla na wyprzedaż i wcale nie żartuje, bo jak tylko obsługa zaczęła wpuszczać ludzi do miasteczka, to pierwsze osoby wystartowały ile sił w nogach przed siebie. Mogę się tylko domyślać, ale pewnie chodziło im o to by zrobić zdjęcie Machu bez innych turystów.

Kolejka o 5,50 przed głównym wejściem do miasteczka Inków. Przypominam – niski sezon.

U nas sytuacja potoczyła się trochę wolniej. 6:10 byliśmy już za bramkami, ale nasz przewodnik poza nasza grupą sprzedał jeszcze prywatnie kilka miejsc i musieliśmy poczekać na te osoby około 20-25 minut. Jak wszyscy dotarli rozpoczęliśmy 2 godzinną wycieczkę z przewodnikiem. Nie będę się rozpisywał na temat Machu Picchu, bo nie chcę powielać wikipedii, ale gorąco zachęcam Was do jej odwiedzenia i poczytania, bo naprawdę jest to ciekawe miejsce z ciekawą historią. Oczywiście jak to z historią bywa, w różnych źródłach można znaleźć czasami rozbieżne informacje, ale nie zmienia to faktu, że miasto Inków było wyjątkowe.

Miasto od środka. wszystko wyglądało bardzo „idealnie”.
Tak precyzyjne budownictwo i przygotowanie materiałów, bez narzędzi jakimi dysponujemy obecnie wydaje się niemal niemożliwe.

Dodam tylko coś czego na Wikipedii nie znalazłem, czyli powód jego „zaginięcia”. Jest on stosunkowo logiczny i zrozumiały. Inkowie opuścili miasto i udali się do Cusco, które było w tamtym czasie ich imperium, aby bronić go przed nacierającymi Hiszpanami. Natomiast drogi prowadzące do Machu zniszczyli celowo, aby w przypadku przegranej z Hiszpanami, wrogowie nie odnaleźli miasta i go nie zniszczyli. Plan wypalił i miasto odnaleziono dopiero kilkaset lat później.

Skalne tarasy rolne. Znajdowały się w wielu miejscach i budowane były od dołu w górę.
Fragment budynków, które służyły jako szkoła..
Jest takie powiedzenie wśród turystów, że „najlepsze w Machu Picchu jest położenie Machu Picchu” To prawda, położenie miasta jest niesamowite, ale samo miasto też nie pozwala oderwać od siebie wzroku.

Przed 9 przewodnik nas opuścił i mieliśmy około 3 godziny dla siebie. Obeszliśmy ruiny jeszcze raz, zrobiliśmy trochę zdjęć, a resztę czasu poświeciliśmy kontemplowaniu, to na trawce z widokiem, to na kamieniu w mieście. Podsumowując muszę przyznać, że Inkowie wiedzieli co robili i przy budowie wykazali się nie lada wiedzą! Mieli tam system nawadniania, system drenażu, skalne tarasy rolne, które były w stanie wykarmić całą okoliczną ludność. A nawet niektóre rzeczy były zbudowane w taki sposób, że podejrzewa się iż Machu Picchu było swego rodzaju obserwatorium astronomicznym.

W miasteczku pracuje mnóstwo ludzi dbających o porządek, właściwe zachowanie się turystów, czy poruszanie się w odpowiednią stronę, bo większość tras wycieczkowych jest jednokierunkowa. Na zdjęciu renowacja tarasu rolnego, kamienie skrupulatnie opisane, aby wszystko znalazło się na swoim miejscu.
Oczywiście nie zabrakło zdjęć z tak zwanego „klasycznego ujęcia” lub inaczej „Postcards view”.

Około 11.40 ruszyliśmy w drogę powrotną. Po pierwsze dlatego, że o 12 kończyła się nasza tura (są dwie tury biletowe w ciągu dnia), a po drugie o 15 musieliśmy być w Hydroelectrica. Także przed nami było 1500 schodów w dół i około 9-cio kilometrowy spacer wzdłuż torów. Pogoda dopisywała, więc szło się bardzo przyjemnie, trochę sami trochę z kimś. Wpadliśmy w rytm i o 14 byliśmy na miejscu, dzięki czemu przed odjazdem udało nam się jeszcze zjeść obiad, syty obiad za 11zl 😉

Bus przyjechał niemal punktualnie. Ten sam kierowca, to samo auto, a w środku kolejna grupa, a w śród nich Klaudia i Łukasz. Oni robili Machu na własną rękę, ale skorzystali z transportu z tej samej firmy. Im zwiedzanie Machu Picchu przypadło dzień po nas, bo tak mieli kupione bilety już jakiś czas wcześniej przez internet. Zamieniliśmy kilka zdań i zdaliśmy szybką relację, po czym kierowca wezwał nas do odjazdu.

Na szczęście byliśmy zmęczeni tym dwudniowym chodzeniem i krótką nocą, więc tą nieszczęsną drogę udało się przespać. Przynajmniej do momentu kiedy znów trzeba było zmienić koło. Przecież wiedziałem, że to się nie nadaje do jazdy! Pech chciał, że sytuacja ta przytrafiła się na 4100 m n.p.m. i to gdy już zapadał zmrok, więc na zewnątrz było diabelnie zimno. Chwała kierowcy busa, który jechał za nami i się zatrzymał aby pomóc. Dzięki temu cała akcja trwała około 10 minut.

Do Cusco dojechaliśmy przed 20 i właściwie jedyne na co mieliśmy ochotę to piwo i sen, ale ostatecznie na to pierwsze okazało się być trochę za zimno.

Kolejny dzień nie przyniósł nic specjalnego. Odpoczęliśmy i ruszyliśmy w miasto, aby ostatnie godziny wykorzystać na kupienie biletu na nocny autobus do Arequipa, zrobienie małych zakupów i odkrycie jeszcze nieodkrytych przez nas uliczek. Wieczorem udaliśmy się na dworzec, aby rano dotrzeć do Arequipa.

2 komentarze

  1. Hej! dzięki za dobre słowo 🙂 Jeśli chodzi o agencję to nazywała się Zoe (…) ale nie pamiętamy jaka była druga część nazwy (nie ma jej na google maps). Na pewno ich lokalizacja znajdowała się w budynku na rogu tych ulic
    https://www.google.pl/maps/@-13.5177867,-71.978844,21z – w głębi korytarza, jakby w środku budynku. Jeśli chciałbyś więcej szczegółów, to napisz proszę na naszym facebookowym profilu https://www.facebook.com/podrozniczymiszmasz/ postaramy się pomóc! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *