Matanzas naszymi oczami – Kuba dzień drugi

Po długiej, bardzo długiej i dobrze przespanej nocy przyszedł czas na odkrywanie naszej Kuby. Mamy w głowie, że pięknych plaż nie ujrzymy, jak również nie zjedziemy jej wzdłuż i wszerz, ale bierzemy co jest. Jest to początek naszej podróży i nie możemy poświęcić za dużo czasu, a tym bardziej pieniędzy na dogłębne eksplorowane jednak nie ma co się martwić, tylko brać co jest…

Zeszliśmy na śniadanie czyli do kuchni naszych hostów. Na stole leżały banany, magno i cos czego nigdy jeszcze nie jedliśmy… owoc o dziwacznym smaku i zapachu, oprócz tego na stole mieliśmy jeszcze grzanki i masło, a Adi mleko i kakao.  Wszystko za 5 CUC na parę. Liczyłam na jakieś jajka, bo czytałam że na Kubie są one wszechobecne, no ale może innym razem. Myślę, że wyniknęło to z niedogadania. I tak najedliśmy się w opór. Mango było pyszne, a banany jeszcze lepsze. A to coś o dziwacznym smaku okazało się marakują. Nie przypadła mi do gustu. Adrian miał podobne odczucia, choć stwierdził, że na pewno da jej jeszcze szanse.

Po obfitym śniadanku ruszyliśmy w drogę. Nie chcę się źle wyrazić i nie wiem jak napisać, abyście wiedzieli o co mi chodzi… Matanzas śmierdzi. Śmierdzi okrutnie ale głównie spalinami! Jadą auta, motorki (tak zdecydowanie motorki, bo do motorów im było daleko), ciężarówki, a za nimi wlecze się czarny ogon spalin. Do niektórych miejsc dochodzą jeszcze inne zapachy, jednak te są powiedzmy naturalne! Przy tej temperaturze i wilgotności, te spaliny lepią się do Ciała. Miałam wrażenie że wypełniają przestrzeń w moich płucach. Adrian czuł  je nawet w naszej łazience i kuchni (o co nie trudno bo przecież okna nie miały szyb). Smród spalin na ulicy potęguje zabudowa Matanzas, uliczki są wąskie i posiadają super wąskie chodniki, a domy stoją jeden za drugim. Praktycznie nie ma tu terenów zielonych przez co miasto jest betonowe i mimo niskiej zabudowy wydaje się że powietrze stoi w miejscu i nie ma żadnego przewiewu. Bardzo łatwo można było to zaobserwować, na bardziej ruchliwych ulicach było praktycznie non stop siwo, a po przejechaniu kopcącego samochodu chmura dymu unosiła się przez długi czas zanim się rozmyła.

Przekrój dwóch typowych dla Matanzas ulic.
Widok z na miasto z lekkiej górki

Idąc ulicami Matanzas nie mogłam się nadziwić jak to wszystko wygląda. Przede wszystkim na ulicach mnóstwo ludzi. Rozmawiających ze sobą, siedzących na schodkach przed swoimi domami. Reszta siedząca przed TV, przy otwartych okiennicach i drzwiach swoich mieszkań, prawdopodobnie czekająca na wieczór? kolejny dzień? Sama nie wiem. Na ulicach było głośno, a w centrum dość tłocznie. Co rusz można było zobaczyć małe przydomowe sklepiki, o baaardzo skromnym asortymencie. A to były to jakieś detergenty, a to jakieś owoce, czy trochę ciuszków – wybór był mocno ograniczony.. Na ulicach panowie i panie stali z np. bateriami, pilotami do TV, taśmami klejącymi czy jakimiś częściami mechanicznymi. Adrianowi przypominało to taki przydomowy mikro pchli targ. Niektórzy ludzie mieli wystawione dosłownie kilka-kilkanaście przedmiotów i czekali, aż znajdzie się nabywca. Prawdziwą perełką był rzeźnik, który stał w drzwiach swojego domu, a przed progiem na wąskim chodniku stał taboret, na którym leżała surowa świnia. Oczywiście jakaś jej część, myślę że mogło to być z 15-20 kilo (jeszcze raz zaznaczę – surowego) mięsa, na kupie. Tam było z 35 stopni! Największe sklepy jakie udało nam się znaleźć, powierzchniowo mogły być minimalnie większe niż przeciętna polska Żabka, ale ich asortyment był bardzo ubogi i mało zróżnicowany (zazwyczaj jedna – dwie marki danego produktu) – na szczęście najważniejsze było: woda i papier toaletowy na sztuki.

Po drodze mijaliśmy kilka miejsc, które wyglądały jak nasze Poznańskie Pijalnie wódki i piwa, całe w kafelkach, tyle że bez wyposażenia i dość przyniszczone. Właściwie wszystkie budynki są tutaj zniszczone, z taką różnicą, że jedne mniej a inne bardziej. Ciężko było znaleźć budynki które były odnowione i odmalowane, może poza okolicami centrum gdzie trafiały się jakieś budynki państwowe czy „lepsze” hotele. Przechodząc obok niektórych domów byłam prawie pewna, że już nikt tam nie mieszka, ale zaraz okazywało się, że jednak się mylę. Pomimo tego ludzie wydają się być tu szczęśliwi i uśmiechnięci. Może to tylko pozory, a może właśnie tak jest?!

Zaśmiecona zatoczka w Matanzas, część zatoki Meksykańskiej
Fiat 126p, jeden z wielu spotkanych na Kubie. ponoć w czasach świetności eksport na Kubę był znaczny.

Ciekawą sprawą jest dostęp do Internetu. Przyznać muszę, że uwierzyć nie mogłam, że musieliśmy stać w kolejce po kartkę z loginem i hasłem aby móc podłączyć się do sieci WIFI na wykupiony okres czasu. Mnóstwo ludzi, każdy zadowolony, że może sobie posiedzieć na necie. Wygląda to następująco. Trzeba było pójść do czegoś co przypominało kafejkę internetową, trochę ubogi sklep z telefonami i akcesoriami (posiadali modele które u nas były popularne dawno temu). Miejsce to świadczyło również usługi telefoniczne, wideokonferencje i umożliwiało wysłanie faxu. Po odczekaniu w kolejce, pani (oczywiście nie mówiąca po angielsku w ogóle) sprzedała nam kartę zdrapkę za 1,5 CUC na które były dane dostępowe. I tak stawaliśmy się szczęśliwymi posiadaczami internetu przez całą godzinę 😉 Przy okazji babeczka wydała nam resztę z 5 CUC w CUP’ach oczywiście zgadzała się cyfra na banknocie a nie jego faktyczna wartość. Jednak tak łatwo nie daliśmy się i wróciłam z prośbą o wymianę. Mieliśmy tyle spraw do ogarnięcia… chcieliśmy zabukować sobie Case w Havanie przez AirBnB, jednak coś szło nie tak i nie można było zarezerwować. Czyżby jakaś cenzura? A może po prostu pech i strona szwankowała? Straciliśmy na to tyle czasu (nie ukrywajmy, net nie działam z prędkością światła – wyobraźcie sobie, że takich punktów z dostępem do sieci WiFI jest w mieście zaledwie kilka, więc są dość oblegane, a co za tym idzie prędkość i możliwości sieci do której byliśmy podłączeni dzieliły się na wszystkich obecnych tam użytkowników). Ostatecznie musieliśmy raz jeszcze ustawić się w kolejce, aby dokupić kolejną godzinę. Daliśmy znać rodzince, że jest ok, odpowiedzieliśmy na wiadomości z workaway i couchsurfing’u i… po internecie. Jak my tego nie docenialiśmy że w Polsce Internet jest wszechobecny. Tutaj nie ma szans znalezienia otwartej darmowej sieci WiFi, jak się później okazało w Havanie też nie. Cóż, na Kubie już chyba ze światem zewnętrznym się nie połączymy, bo nawet nasze telefony – z niewiadomych względów – nie chciały działać, mimo iż roaming był aktywny.

Po uroczych dwóch godzinach spędzonych na krawężniku z telefonem w ręce, poszliśmy na piwko. Woda skończyła nam się już chwile wcześniej, więc byliśmy tak spragnieni, że myśleliśmy, że  buteleczkę 0,33l opróżnimy jednym tchem. Usiedliśmy sobie na ławeczce i cieszyliśmy oczy wodą i życiem codziennym, a uszy nieprzeciętnym hałasem.

Zasłużone piwko po długim spacerze, z widokiem na budynek straży pożarnej. Piwo Presidente importowane z Holandii.
Widok z mostu w stronę miasta.

W drodze do domu poznaliśmy lokalnego przewodnika, który mówił po angielsku. Opowiedział nam co nieco o Matanzas, transporcie i lokalnych atrakcjach. Na koniec w zamian za podarowane nam informacje prosił o wsparcie, niestety nasz portfel czekał na nas w Casie, wiec poratowaliśmy go paczką gum Orbit – o które z resztą sam poprosił (zapytam czy mamy jakąś gumę i dostał paczkę) i na które bardzo się ucieszył. Wracając do Casy wstąpiliśmy na dworzec dopytać o autobus do Hawany w kolejnym dniu. Pan na dworcu wpisał nas na listę na wybraną przez nas godzinę autobusu i kazał przyjść kolejnego dnia chwilę wcześniej aby zapłacić za bilet. W drodze powrotnej zakupiliśmy na kolacje trzy wielkie i pyszne mango za około 3 złote – okazało się że wystarczyło one również na śniadanie 😀 – Marzenie Adrian się spełnia, nie je nic oprócz pysznych owoców.

Przed nami podróż do Hawany. Ciekawe jak to będzie. Wiemy już, że autobusy lokalne kursują tutaj jak chcą, raz przyjadą, a raz, sytuacja trochę lepiej wygląda z tymi dalekobieżnymi, ale mimo wszystko jesteśmy gotowi na wszystko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *