Meksyk – Belize – Gwatemala: pierwszy „kemping” i piramidy Xunantunich w Belize.

Ostatni dzień w Tulum powitaliśmy całkiem wcześnie, a wszystko dlatego, że chcieliśmy odprowadzić Brigittę na jej autobus. Ale zanim to nastąpiło zaliczyliśmy jeszcze wspólne śniadanie i zaopatrzyliśmy się w tekturkę, która miała nam pomóc złapać nasz transport do  Belize.

Po pożegnaniu się z Btigittą na dworcu, ruszyliśmy ustawić się na wylocie z miasteczka i pełni energii wyjęliśmy kartkę z napisem „Chetumal”. Już po około 20 minutach zatrzymał się Pan, który zaproponował nam, że podwiezie nas jakieś 100 km, czyli mniej więcej połowę trasu. Długo się nie zastanawialiśmy, w końcu było to po drodze. Niestety nasz hiszpański nie pozwolił nam na miła pogawędkę, więc w milczeniu przebyliśmy całą drogę. Wygodnie, sprawnie i bez problemów. Wysiedliśmy w Felipe Carrillo Puerto i nie czekając ruszyliśmy przez miasteczko, aby dostać się na wylotówkę. Miejsce w okolicy stacji benzynowej, gdzie do jednej drogi głównej zjeżdżało się kilka uliczek miejskich, wydawało się być ideale. Bez żadnego drzewka, ale nie ma co wydziwiać. Tutaj postaliśmy już nieco dłużej, myślę że ok 30-40 minut. Problem był taki że to miasto miało obwodnice i ruch dalekobieżny zapewne jechał obwodnicą, a dla nas było to za daleko żeby tam dojść.

Ostatecznie zatrzymała nam się rodzinka małym pikapem. Załadowaliśmy nasze bagaże na pakę, na której były już dwie osoby, a sami weszliśmy na tyły w aucie. Skuleni, rozpoczęliśmy długą drogę. Nogi bardzo szybko zaczęły wysyłać sygnały o mało komfortowej pozycji, ale nie było opcji trzeba przetrzymać. Oprócz kierowcy z przodu była jeszcze kobieta z około 3 letnim dzieckiem oraz mały piesek. Dodam, że z tyłu nie było kanapy, tylko po prostu trochę wolnej przestrzeni gdzie dało radę upchać dwoje ludzi, oczywiście nie wspominając o pasach czy foteliku dla małego. Stan auta też pozostawiał wiele do życzenia, ale fakt że były w nim dzieci kazał nam myśleć, że nie może być aż tak źle. Oczywiście wolelibyśmy siedzieć na pace ale po pierwsze było tam dwoje nastolatków, nasze plecaki i wielka maszyna chyba do jakiegoś handlu ulicznego, a po drugie zapowiadało się, że po drodze może mocno lać, dlatego zapewne woleli być uprzejmi i zabrać nas do środka. Poza niewygodną pozycją podróż minęła powiedziałabym „ok”, zatrzymywaliśmy się kilka razy, a to przez deszcz – chcieliśmy ubrać nasze plecaki w wodoodporny pokrowiec, a później dwa albo trzy razy, bo oni po drodze coś kupowali.

Po niecałych dwóch godzinach kości się trochę zastały.

Przemili ludzie wysadzili nas jakieś 3 kilometry przed granicą…myśleliśmy, że damy radę na pieszo dotrzeć jednak upał dawał się we znaki bardzo. Nie czekając wystawiłam łapkę i od razu zatrzymał się młody mężczyzna, który nie dosyć, że poczekał na nas na granicy Meksyku, to w dodatku podrzucił nas pod granicę z Belize jakiś kilometr może 1,5 dalej. Na samej granicy okazało się, że musimy uiścić opłatę w postaci 500 peso od osoby za opuszczenie kraju. Przyznać muszę, że myśleliśmy, że ta opłata została pokryta przez linie lotnicze jednak nieeee. Pan się uparł. My również, tym bardziej, że mieliśmy jakieś 100 peso. Próbowaliśmy się dowiedzieć, gdzie jest bankomat – na próżno. Ostatecznie zostawiliśmy (ja zostawiłam, bo Adrian wyrzucił) bilecik z samolotu i miły pan powiedział, że NASTĘPNYM razem będziemy musieli zapłacić. Pognaliśmy szybko do czekającego na nas auta i ruszyliśmy na granicę Belize.

Na granicy z Belize od razy nam się poprawił humor… 🙂

Na granicy udało mi się wypytać (po angielsku) o możliwość podjechania autobusem do Belmopan, stolicy. Nie mieliśmy pomysłu na Bezlize, tzn. może i pomysł by był jednak gorzej z czasem. Dlatego też wiadomość o tym, że autobus jedzie przez prawie cały kraj była bardzo miła. Za 17$ amerykańskich za dwie osoby mogliśmy dostać się do stolicy. Usiedliśmy sobie na końcu i zaczęliśmy podróż bardzo niewygodnym autobusem szkolnym. Co kawałek ktoś dosiadał się do autobusu i dopiero po kilkunastu kilometrach pan kontroler zaczął zbierać pieniądze i dawać bilety. Na szczęście mówił po angielsku, co oczywiście sukcesywnie wykorzystywałam podpytując o to, czy o tamto. Na całą podróż mieliśmy przygotowane po jednej kanapce chleba tostowego z masłem i duuużo wody. Wiedzieliśmy, że to wystarczy. Musi.

Jadąc mieliśmy okazję podziwiać miasta i miasteczka, przydrożne stoiska ze wszystkim i ludzi. Domy raczej zaniedbane, ale twarze ludzi uśmiechnięte. W Belize City byliśmy już o zmroku i wszystko wydawało się być szare i brudne. Poza tym dowiedzieliśmy się, że jest średnio bezpieczne. Jak jest w rzeczywistości dowiemy się innym razem. W Meksyku mnóstwo ludzi polecało nam fantastyczne miejsca do nurkowania, snorklingu i innych wodnych atrakcji w Belize, jednak tym razem musieliśmy odpuścić. Podczas podróży zobaczyliśmy na mapce turystycznej, którą dostaliśmy na granicy, że nasz autobus jedzie, aż go granicy z Gwatemalą, więc zaczęliśmy zastanawiać się czy może nie było by warto jechać dalej. Pomyśleliśmy, że zawsze więcej trasy za nami i że może być taniej i bezpieczniej niż w stolicy. Po podjęciu decyzji pozostało nam tylko dowiedzieć się, czy w okolicy ostatniego przystanku znajdziemy jakiś hostel. Postanowiłam dopytać naszego bileciarza, który tutaj nazywany jest konduktorem… odpowiedział wartko, że hostele są. Podpytałam również czy to dobry pomysł i czy faktycznie będzie tam taniej i bezpieczniej niż w Belmopan, na odpowiedź usłyszeliśmy stanowcze tak! Więc postanowiłam pytać dalej. Pomyśleliśmy, że skoro zapłaciliśmy tyle za autobus, to może uda się znaleźć pole namiotowe. Dyskusja się rozwinęła… od słowa do słowa i kochany konduktor zaproponował nocleg u jego ojca na ogródku. Długo się nie zastanawialiśmy. Dodam, że nie skasował za odcinek od Belmopan do San Jose, więc byliśmy do przodu jakieś 6$ amerykańskich.

Z przystanku odebrał nas jego tata, który na szczęście mówił dobrze po angielsku – tutaj dowiedzieliśmy się też ze angielski to oficjalny język Belize. Zaprowadził do domu i tak oto poznaliśmy fantastyczną dziesięcioosobową rodzinę. Mieliśmy zatrzymać się tylko na noc i ruszyć wcześnie rano, ale jak większość dotychczasowej podróży, wszystko potoczyło się inaczej.

Po rozbiciu namiotu na ich zadaszonej werandzie usiedliśmy sobie wszyscy i zaczęliśmy rozmawiać o Polsce, o Belize, o życiu i obyczajach. Dowiedzieliśmy się na przykład, że w styczniu wydawali za mąż córkę i wesele było na 500 osób. Szaleństwo. Przy okazji rozmowy mogliśmy obejrzeć również zdjęcia z ów ślubu. Belize było kiedyś kolonią Brytyjska i stąd większość ludzi mówi w tym kraju po angielsku (uf) a oni sami nazywają swój kraj „little USA” – czyli małe USA. Cały wieczór spędziliśmy na wymianie informacji. Każdy był chętny do opowiadań i może dlatego nie zauważyliśmy że już jest późna godzina. Prysznic i do spania, w końcu kolejny dzień miał być również długi.

Wstaliśmy rano, bo chcieliśmy jeszcze podjechać na ruiny Majów nazwa, o których dowiedzieliśmy się dzień wcześniej i które były bardzo blisko nas, więc nie mogliśmy przegapić okazji. Jeden z synów zaproponował, że pójdzie z nami jako nasz przewodnik. Dlaczego nie?! Aby dostać się do ruin trzeba było pokonać rzekę małym promem i wspiąć się na górkę. Wejście kosztowało 5 $ amerykańskich od osoby. Zapłaciliśmy również za naszego przewodnika (2,5$ z racji tego, że jest obywatelem), w końcu poświęcał nam swój czas. Byliśmy pierwsi. Najlepiej. Całe miasteczko było pięknie zielone, majestatyczne, a widoki na szczytach piramid cudowne. Z najwyższej widzieliśmy i Belize i Gwatemalę.

Selfie ze szczytu najwyższej piramidy w Xunantunich, w tle Belize i Gwatemala.

Fakt tego, że mogliśmy wejść wszędzie ( w przeciwieństwie do tych w Tulum) sprawiało, że doświadczenie było jeszcze mocniejsze. Ruiny te nie są w całości odkryte. Archeolodzy nadal odkrywają kolejne miejsca, które dawno temu służyły Majom. A w przeciwieństwie do Tulum tutaj główną rolę odgrywały piramidy, a nie ruiny przypominające prymitywne budynki.

„Nazwa „Xunantunich” w języku majów oznacza „Kamienną kobietę” i jest kombinacją słów z języka mopan i yucatec. Oryginalna nazwa miejsca nie jest znana.

Przeprowadzone wykopaliska archeologiczne dowiodły, że stanowisko było zasiedlane już w okresie preklasycznym (1100-900 r. p.n.e.), ale nie jest pewne czy wówczas odgrywało ono znaczącą rolę. Ok. 600-670 r. rozszerzyło swój obszar i obejmowało kilka kilometrów kwadratowych. W ścisłym centrum znajdowały się place, groble, boiska do gry oraz piramidy. Większość budowli powstała między 670-750 r. n.e. a największą z nich była El Castillo. Wznosząca się na wysokość ok. 40 m struktura była jedną z najwyższych, pośród tych które znajdują się na terytorium obecnego Belize[1] (wielkością ustępowała jedynie świątyni w Caracol). Ok. 750 roku ośrodek został opuszczony z bliżej nieznanych przyczyn.”

Źródło: wIkipedia.org
Widok na największą piramidę w Xunantunich z sąsiedniej piramidy.
Największa piramida i  kamienne rzeźby na jej boku (znajdowały się po obu stronach).

Po powrocie do domu czekał na nas lunch. Nie chcieliśmy się już narzucać, w końcu i tak bardzo dużo dla nas zrobili jednak gospodyni była stanowcza. Kurczak, ryż z fasolą, duszone ziemniaczki, tortilla oraz warzywa smakowały świetnie i napełniły nas na długi czas. W podzięce gospodarzowi zostawiliśmy małą flaszeczkę żubrówki, a nasz przewodnik po ruinach dostał dwie mniejsze buteleczki niemieckiego alkoholu. W tym samym czasie jedna z córek podarowała nam prawdopodobnie własnoręcznie robione bransoletki – ich gościnność była niesamowita.

Ruszyliśmy chwilę po południu oczywiście stopem. Zeszło nam niestety długo, ponieważ na trasie do granicy (kilka kilometrów) jeździły same taksówki (trąbiące non stop). Udało się, na pace przemiły starszy pan dowiózł nas do samej granicy z Gwatemalą. Tam spotkała na kolejna nieplanowana opłata w postaci 20$ za osobę za opuszczenie kraju. Buuu, ale zapłacić trzeba było. Lżejsi o 40 $ zaczęliśmy się zastanawiać jak dotrzeć do miasteczka Antiqua Guatemala. Wiedzieliśmy, że jest autobus z granicy, do stolicy a to już bardzo blisko, ale dopiero za 6h więc doszliśmy do wniosku, że stopem pojedziemy do Flores i tam weźmiemy nocny autobus do Gwatemala City.

Pierwszy stop na pace – dosłownie marzyliśmy o tym w tamtej chwili.

We Flores, rozmieniliśmy pieniążki na ichniejszą walutę czyli Quetzales i postanowiliśmy napić się piwka i chwilkę odpocząć. W przydrożnym barze poznaliśmy miejscowego pana, do którego oczywiście zagadałam i tak oto dowiedzieliśmy się o hostelu do którego postanowiliśmy pojechać. Przy okazji postawił nam po browarku i po wypiciu ruszył w pośpiechu.

W miejscowości Flores znajduje się urokliwe jezioro, przy którym udało nam się spędzić chwilkę.

Podróż nocnym autobusem okazała się być męczarnią. Brudny, niewygodny, z przeciekającym dachem miał jechać 10 godzin a jechał chyba z 12. W środku nocy obudziłam się i zauważyłam, że mnóstwo ludzi siedzi/śpi na podłodze. Było nas tam zdecydowanie za dużo. Autobus zatrzymywał się co chwilę a kierowca pędził jak szalony, nawet w trakcie ulewy którą mijaliśmy po drodze.

W Gwatemala City udało nam się zamówić Ubera. Mijsce skąd odjeżdżały chicken busy było na drugim końcu miasta, a bilet miejski kosztował by nas 30 Quetzales na osobę. Za Ubera, którym jechaliśmy godzinę zapłaciliśmy 70 Quetzales … prosto, wygodnie i bezpiecznie.

Uprzejmy kierowca wysadził nas dokładnie na przystanku i właściwie od razu przepakowaliśmy się do autobusu, kolorowego szkolnego autobusu, tzn. Chicken busa. 10 Wuetzales na osobę za podróż  z szalonym, kierowcą. Naprawdę, jeszcze się się tak nie bałam choć wszyscy w środku wydawali się być spokojni i zrelaksowani. Podróż do Antiqua jest dość kręta, w końcu to teren górski, a ja z moją chorobą lokomocyjną zachwycona nie byłam… jednak, strach wziął górę i kompletnie zapomniałam, że powinno mi być niedobrze 😉 Ucieszyłam się, że dotarliśmy na miejsce cali i zdrowi.

Małe podsumowanie.

W Belize można płacić zarówno dolarami amerykańskim jak i belizyjskimi, kurs to 1:2.  Na granicy Bezlize można wziąć autobus, który bezpośrednio zawiezie was do stolicy Belmopan jak i do granicy z Gwatemalą czyli do Benque Viejo del Carmen. Całkowity koszt to 12 dolarów amerykańskich na osobę. Prawie na każdym przystanku, uliczni handlarze wchodzą do autobusu lub podchodzą do okien i sprzedają rozmaitości, od dań z kurczakiem przez chipsy, ciastka, napoje czy owoce. Bez obaw, że umrzecie z głodu podczas długiej 7 godzinnej podróży. Ruin w Bezlize jest kilka, my odwiedziliśmy Xunantunich obok San Jose Succotz. Ceny wydawały nam się przeciętne, nie jest najdrożej ale w Ameryce Środkowej, można znaleźć tańsze kraje.

Na granicy z Gwatemalą (w sumie prawie na wszystkich granicach w Ameryce centralnej) stoją osoby, które proponują wymianę pieniędzy. Prawie korzystnie 😉 Z miejscowości  Melchor de Mencos (granica Belize/Gwatemala) odjeżdżają autobusy do Gwatemala City, w cenach wahających się od 150 do 250 Quetzales – zależy od godziny i standardu autobusu. Autobus nie wjeżdża do centrum stolicy, tylko zatrzymuje się na północy miasta na stacji Centro Comercial Metronorte (duża galeria handlowa i dworzec autobusowy). Na autobus miejski można zakupić kartę w budce za 30 Quetzales i pojechać do Zona 1, tam się przesiąść i dojechać na ulicę Calzada Rosevelt skąd odjeżdżają Chicken busy w różnych kierunkach.  My zamówiliśmy Ubera – było nie dużo drożej, a znacznie wygodniej i bezpieczniej. Gwatemala City jest mocno zakorkowana, pełna zakrętów, górek i ludzi na ulicach.

Jeden komentarz

  1. Pingback: Gwatemala - Honduras: Droga i ruiny Majów w Copán Ruinas. - PODRÓŻNICZY MISZMASZ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *