Meksyk: Cancun – Playa del Carmen – Tulum

Po pożegnaniu Kuby, nastał czas na kilka dni w Meksyku. Lot do Cancun był całkiem udany. Króciutki, ale minął bardzo przyjemnie. Tym razem nie musieliśmy martwić się o nasze plecaki, bo w cenie naszych biletów mogliśmy nadać bagaże o wadze, aż 25 kilogramów każdy! Dodatkowo Interjet uraczył nas darmowym piwkiem na pokładzie – to lubimy!

Po wylądowaniu czekała nas jeszcze odprawa paszportowa i losowa kontrola bagażu. Trzymałam kciuki, aby nie padło na żaden z naszych plecaków, bo to zawsze tylko strata czasu. Generalnie wygląda to tak, że osoba przechodzi, przyciska guziczek i albo pojawia się zielone światełko, które oznacza że można iść dalej, albo czerwone, po którym celnik nakazuje ustawić się w kolejce do osobistego sprawdzenia bagażu głównego. Jednak chwile wcześniej wydarzyło się coś co wpłynęło na nasze dalsze plany… Po ustawieniu się w kolejce do kontroli, zagadała do mnie pewna babeczka, że mamy takie same plecaki (Decathlon łączy ludzi). I w ten oto sposób poznaliśmy Brigittę. Niemka, w zielonych dredach i z pięknym tatuażem na plecach. Bardzo szybko zgadaliśmy się, że może uda nam się wspólnie złapać taksówkę i podzielić kosztami… jednak zanim to nastąpiło Adrianowi pojawiło się czerwone światełko na kontroli. Trochę zeszło, ale ogólnie bez problemów. My chcieliśmy jechać do centrum bo tam byliśmy umówieni z naszym hostem z Couchsurfingu, a Brigitta szukała opcji noclegu bo jej host, również z Couchsurfingu, w ostatniej chwili musiał jej odmówić. Dzięki temu zbiegowi okoliczności spędziliśmy razem sporo czasu, a to rozmawiając, a to jedząc coś McDonald’s (oczywiście ze względu na darmowy internet), a to piwkując w parku, a to przemieszczając się po Cancun. Ostatecznie Brigitta doszła do wniosku, że jeszcze tego dnia pojedzie do Tulum, na południe, a my skierowaliśmy się do centrum handlowego oczekując na hosta.

Razem z Brigittą spędziliśmy w Cancun połowę dnia, to był dobry początek Meksyku!

Angel à la Tony Stark (cóż nie da się ukryć, bardzo podobny) odebrał nas po 20 i zabrał do domu, a następnie na kolacje do lokalnej knajpki. Bardzo ubolewał nad tym, że na drugi dzień pracuje, ale od razu wytłumaczył gdzie możemy skoczyć na plaże i odpocząć. Mieszkanie okazało się być całkiem brudne, ale przecież nam wystarczyła kanapa do spania i prysznic… reszta bez znaczenia 😉 Na drugi dzień podjechaliśmy na wspólne śniadanko, a następnie obraliśmy kierunek na plażę o rajskich kolorach. Jak tylko ogarnęliśmy lokalne autobusy wylądowaliśmy w miejscu docelowym. Rozłożyliśmy się w cieniu i relaksowaliśmy pełna parą …do tego stopnia, że nie przyuważyliśmy drobnych oznak poparzenia. Ja cały wieczór cierpiałam, Adriana lekki ból pleców chwycił na noc. Nie zmienia to faktu, że Tony musiał na imprezkę pójść sam, bo żadne z nas nie miało na to najmniejszej ochoty. Zresztą, mieliśmy mnóstwo rzeczy do ogarnięcia. W międzyczasie doszliśmy do wniosku, że nie pojedziemy na ruiny w Chichen Itza tylko właśnie do Tulum, do Briggity. Właściwie ze względu na to, że były one nam bardziej po drodze.

Turystyczna część Cancun to przede wszystkim piaszczyste plaże, lazurowa woda i ogromne hotele. Nam jeden dzień w takim miejscu w zupełności wystarczył.

Na drugi dzień, Tony zabrał nas na Playa del Carmen, gdzie przez jakiś czas mieszkał, przez co chciał nam pokazać trochę swojwj przeszłości. Tam dość długo pospacerowaliśmy, następnie pożegnaliśmy się z Tonym i poszliśmy na dworzec złapać autobus do Tulum. W tym miejscu chciałabym powiedzieć, że jeśli ktoś lubi klimat imprezek, plaży i tłumów to Cancun i Playa del Carmen są dobrym miejscem. Miejsce tak turystyczne, że bardziej się nie da, przez co nam do gustu przypadło tak sobie – oczywiście jest tam pięknie, ale dla nas to takie miejsce „na chwile”.

Playa dle Carmen niewiele ustępuje Cancun, ba! powiedziałbym że niektórym może nawet bardziej przypaść do gustu.

W Tulum odebrała nas Brigitta. Zaprowadziła do hostelu, w którym ona się zatrzymała i tam też zostaliśmy. Minęły wieki od kiedy bywałam w takich miejscach, ale od razu przypomniałam sobie ten klimat ludzi, opowieści i chillu jaki panuje w takich miejscach… The Weary Traveler Hostel, to miejsce bardzo przyjemne, mimo różnych opinii w sieci. Mieliśmy wszystko to czego potrzebowaliśmy. Przepyszne śniadania wliczone w cenę, drinki Carpirinia w czasie happy hour za darmo, kuchnie wyposażoną w różnego rodzaju sprzęty do pełnej dyspozycji i fajnych ludzi wokoło – a wszystko to za 45zł na osobę/noc, oczywiście w dużym (12-osobowym) współdzielonym pokoju. Sama mieścina jest bardzo klimatyczna. Mnóstwo restauracji, muzyki na żywo, ludzi na ulicach… zupełnie inaczej niż w Cancun, które w wielkim stopniu przypominało nam typowe miasto w USA. Jesteśmy skłonni zaryzykować stwierdzenia, że „Cancun to nie Meksyk”. A w Tulum to taka raczej strefa chillu, a nie lansu. Spędziliśmy tam fantastyczne popołudnie i wieczór w wyborowym towarzystwie, spacerując do dość późnej godziny.

Kolejny dzień zaczęliśmy całkiem wcześnie, ponieważ chcieliśmy pojechać obejrzeć ruiny Majów w Tulum, które są trzecim najczęściej odwiedzanym miejscem w Meksyku. Tulum jest też jednym z najlepiej zachowanych historycznych skarbów Majów – według lokalnego przewodnika. Nazwa Tulum wg. jukatańskich Majów znaczy płot, ściana, fort i tak też wygląda stare miasto Tulum, które jest otoczone wysokim murem. Ponoć część budynków powstała już w 300 r n.e., jednak znaczna większość budowli powstała w 1200-1500r.n.e.

wizualizacje tego, jak miasteczko wyglądało w czasach, kiedy było zamieszkiwane przez Majów.

Wszystko było by piękniejsze, gdyby nie tłumy ludzi. Niestety miejsce to odwiedziliśmy w niedzielę, w dzień, w którym obywatele Meksyku mogli wejść za darmo, po prostu „na dowód”. Nie wiemy czy jest tak co niedzielę, czy akurat my tak trafiliśmy, ale przez to przeciskanie się w upale, przez tłumy ludzi odebrało nam trochę przyjemności. Co nie zmienia faktu, że warto było pojechać i wydać 70 peso (około 15zł).

Mniej więcej tak tłocznie było na całym obszarze majów, a tam gdzie był cień to już w ogóle.

Ruiny w Tulum to faktycznie prawdziwe ruiny, ale to co szczególnie wyróżnia to miejsce to jego położenie. Starożytne miasto jest usytuowane zaraz przy plaży na niewielkich klifach, widok na ocean i błękitną wodę sprawia, że wyobraźnia zaczyna pracować i człowiek stara się zwizualizować jak to wszystko wyglądało w czasach swojej świetności? Jak bardzo pięknie musiało tu być, kiedy ludzie tu normalnie żyli. Teren samych ruin jest dość rozległy i można troszkę pospacerować. To na pewno nie ostatnie ruiny na naszej drodze, wiec będziemy mieć jeszcze porównanie jak to wygląda w innych miejscach.

Teren ruin po części położony jest na niewielkim kliwie, z którego można było bezpośrednio zejść na piękną plaże.

W drodze powrotnej złapaliśmy stopa do miasta i pojechaliśmy do hostelu, razem z Brigitta, która czekała na nas na plaży niedaleko ruin. Po drodze nabyliśmy po piwku, a w hostelu przygotowaliśmy sobie wspólną kolację. Wieczorem oczywiście nie obyło się bez posiedzenie przy wielkim wspólnym hostelowym stole i kilku Carpirinio, które było naprawdę pyszne i orzeźwiające. Niestety to był ostatni wspólny wieczór z Briggitą, ale wierzymy, że nasze drogi jeszcze się gdzieś skrzyżują na tej wyprawie.

popołudniowy chill na hamaczkach…
…oraz wieczorne posiedzenie przy wspólnym stole (akurat na zdjęciu większość się rozeszła:)

Kolejny dzień miał być zupełnie inny, ponieważ mieliśmy łapać pierwszego dłuższego stopa i dotrzeć tak daleko jak się da, a naszym kolejnym głównym celem okazał się być wulkan Acatenango w Gwatemali, o którym usłyszeliśmy od osób spotkanych w hostelu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *