Górskie miasto Huaraz i bajeczny trekking na Lagunę 69.

Aby przejechać Peru z północy na południe najkrótszą drogą trzeba pokonać niemal 2700km to jest niemal tyle samo co z miasta Cancun na półwyspie Jukatan w Meksyku do Darien Gap w Panamie, czyli dżungli, która odgradza Amerykę Centralną od Południowej. Nasza zaplanowana trasa przez Peru to ponad 4000 tysiące kilometrów. Jest to prawie tyle samo ile zrobiliśmy przez wszystkie kraje Ameryki centralnej…

Miasta w Peru, przynajmniej te duże, są oddalone od siebie o setki kilometrów, a do tego często dochodzą kręte drogi, które skutecznie wydłużają te odległości i zwalniają podróż. Dlatego przedostanie się z jednego miasta do drugiego najczęściej zajmuje kilka, a nawet kilkanaście godzin. Co można bardzo łatwo policzyć, ponieważ autobusy pokonują średnio 45-55 kilometrów w godzinę. 45 na krętych trasach w górach, a 55 jadąc prosto wzdłuż wybrzeża oceanu spokojnego. Na szczęście w Peru komunikacja jest trochę lepiej zorganizowana niż w Ameryce Środkowej. Przede wszystkim jest tutaj mnóstwo firm obsługujących te same połączenia, co jest równoznaczne z tym, że można wybrać w cenach i udogodnieniach jakie oferują przewoźnicy. Od zwykłych tanich i mniej wygodnych autobusów, aż po autokary klasy premium z bardzo wygodnymi fotelami, wyżywieniem i WiFi na pokładzie. Ale co najważniejsze, przynajmniej z naszego punktu widzenia to to, że te długie trasy najczęściej obsługiwane są nocą. Takie rozwiązanie ma wiele plusów i kilka minusów. Te pierwsze to np. oszczędności na noclegach, dotarcie do celu zazwyczaj o świcie, czy chociażby to, że śpiąc w autobusie jesteśmy nieświadomi jak niebezpieczną drogę pokonujemy, szczególnie jak jedziemy w górach z szalonym kierowcą. Minusy to oczywiście mniej wygodna noc i pomijanie nowych i niejednokrotnie pięknych krajobrazów. Oczywiście tych plusów i minusów może być więcej, wszystko zależy od predyspozycji danej osoby, ale tak czy inaczej nam ten sposób komunikacji odpowiada i zawsze jak się da to wybieramy nocny autobus. Tak też uczyniliśmy na naszym kolejnym odcinku, czyli z Trujillo do Huaraz.

Na Huaraz plan był prosty. Mieliśmy do dyspozycji 5 dni i chcieliśmy w tym czasie, dobrze wyeksploatować miasto oraz zrobić przynajmniej 3 wycieczki po okolicznych atrakcjach, a było w czym wybierać. Ostatecznie nasze pięć dni w Huaraz wyglądało następująco:

Dzień 1: Aklimatyzacja i zwiedzanie Huaraz

Dzień 2: trekking na lagunę 69

— W kolejnym poście —

Dzień 3: wycieczka na lodowiec Pastoruri

Dzień 4: Huaraz

Dzień 5: trekking na lagunę Churup

Dzien 1: Huaraz

Do miasta dojechaliśmy o 5.30 rano. Mimo, iż mieliśmy zarezerwowany najtańszy hostel za około 36zł/noc/pokój prywatny z łazienką, to dzień wcześniej dostaliśmy wiadomość od hotelu za pośrednictwem booking, że mamy darmowy transport z dworca do hotelu. Dlatego na dworcu czekała już na nas opłacona taksówka, która błyskawicznie dowiozła nas na miejsce. Pierwsze co postanowiliśmy zrobić to trochę dospać, tym bardziej że hotel nie miał problemu z tak wczesnym zameldowaniem.

Główny Plac Huaraz o świcie.

Dosypianie zajęło nam chyba ze 4 godziny, ale widocznie tego potrzebowaliśmy. Tym samy na miasto ruszyliśmy przed południem, w planach było zwiedzenie centrum miasta, miejscowych marketów oraz zorientowanie się w cenach wycieczek i zarezerwowanie czegoś.

Zaczęliśmy od zjedzenia późnego śniadanio-lunchu w piekarni i wypicia kawy.

Z wycieczkami poszło całkiem sprawnie, odwiedziliśmy 4-5 agencji po czym wróciliśmy do pierwszej bo najbardziej przypadła nam do gustu i mimo iż była najdroższa udało się trochę potargować, poblefować i tym samym wynegocjować cenę niższą niż w najtańszej agencji jaką odwiedziliśmy. Tu oczywiście bezcenne okazały się umiejętności językowe Klaudii oraz jej zacięty charakter. Zarezerwowaliśmy wycieczki tylko na lodowiec Pastoruri i jezioro 69, ponieważ dowiedzieliśmy się, że jezioro Churup można łatwo zrobić na własną rękę, czyli tak jak lubimy!

Wyszło po 30 soli (~34 zł) na osobę za wycieczkę.

Centrum Huaraz to oczywiście kwadratowy park, kościół i sklepy naokoło czyli, czyli jak chyba 99% latynoamerykańskich miast i miasteczek. Ale muszę przyznać że park i okolica centrum były wyjątkowo zadbane i czyste. Natomiast to co Huaraz wyróżniało to otaczające je góry, niektóre tak wysokie, że aż pokryte śniegiem. Ania, miłośniczka takiego klimatu była zachwycona.

Nieodłączna atrakcja Peru, czyli przebrane lamy, czekające na turystów chcących zrobić sobie z nimi zdjęcie!
Główna ulica w pobliżu, centralnego placu.

Ostatnie co musieliśmy ogarnąć tego dnia to zakupy na kolejny dzień bo wycieczka była całodniowa. Dlatego postanowiliśmy udać się na targ, a później do supermarketu. Targ okazał się być mniej przyjemny niż ten w Latacunga czy Cuenca, był bardziej zaniedbany, wybór był mniejszy a w powietrzu unosił się bardzo przeciętny zapach. Dlatego kupiliśmy co konieczne i ruszyliśmy w stronę supermarketu. Po drodze zobaczyliśmy sklepik z herbata i ziołami gdzie pani sprzedawała również liście koki. Postanowiliśmy trochę kupić, ponieważ są pomocne w zwalczaniu choroby wysokościowej, a przecież czekały na nas wysokie szczyty do zdobycia.

„Mieszkańcy Ameryki Południowej traktują liście koki jako bogate źródło składników odżywczych oraz substancję, która poprawia samopoczucie. Po kokę sięgają zwłaszcza mieszkańcy krajów andyjskich, którzy żyją w niesprzyjającym, wysokogórskich klimacie, gdzie jest mała ilość tlenu w powietrzu. Żucie liści koki lub picie mate de coca, czyli herbaty ze świeżych liści koki, rozrzedza krew, co jest niezbędne do życia w takich warunkach. (…)

Święta roślina Inków pomaga także turystom w górskich przygodach, gdyż łagodzi dolegliwości związane z chorobą wysokościową. Choroba wysokogórska to zespół objawów będący wynikiem braku adaptacji do warunków panujących na dużych wysokościach – powyżej 2500 m n.p.m. Wówczas zawartość tlenu w powietrzu, ze względu na rozrzedzenie atmosfery, obniża się. Pojawiają się ból głowy i silne zawroty, nudności i wymioty oraz brak apatytu, ogólne osłabienie organizmu i zaburzenia koordynacji ruchowej.”

Źródło: http://www.poradnikzdrowie.pl/

Gdy odeszliśmy od sklepiku i zatrzymaliśmy się przed krzyżówką, wydarzyło się coś czego wolelibyśmy uniknąć. Podszedł do nas pewien chłopak trzymający w ręku spory, okrągły przedmiot przypominający jakiś budzik czy radio. Dochodząc już coś do nas mówił. Klaudia westchnęła i wydusiła z siebie „kolejny”, przez co miała na myśli kolejnego lokalnego upierdliwego gościa, który pewnie chce nam coś sprzedać. W związku z tym, aby nie tracić czasu, zanim gość się jeszcze dobrze przy nas zatrzymał my się szybko odwróciliśmy i zaczęliśmy iść w swoją stronę. Ten niestety ruszył za nami. Idąc ostatni, zatrzymałem się i wystawiłem otwartą rękę do tyłu sygnalizując mu aby się zatrzymał. Był on na tyle blisko, że jego klata piersiowa wylądowała na mojej ręce. Popatrzyłem na jego twarz i na pierwszy rzut oka wydawał mi się, nazwijmy to „zachwiany”. Jednak pewności nie miałęm. Ciężko było odczytać jego intencje. Na mój znak zatrzymania, na jego twarzy pojawiła się agresja. Ruszyłem do przodu, on ruszył za mną w delikatnie bojowej postawie. Cały czas nic nie mówił. W tym czasie do akcji wkroczyła Ania, która donośnym „trankilo”, poprosiła o uspokojenie sytuacji. A zaraz po tym zasygnalizowała nam aby zwiewać. Klaudia szybkim krokiem odeszła na drugą stronę ulicy. W tym samym czasie koleś zaczął coś wyciągać z rękawa ręki, w której trzymał ten niezidentyfikowany przez nas przedmiot. Robił to powoli i cały czas agresywnie patrzył. Próbowałem sobie wyobrazić co można trzymać w rękawie i w tej sytuacji do głowy przychodził mi tylko nóż. A ucieczka przed napastnikiem z nożem nie wydawała mi się dobrym pomysłem, więc w pierwszej kolejności postanowiłem go obezwładnić gazem pieprzowym. Dostał strumieniem od klatki aż po czoło, co błyskawicznie i skutecznie uniemożliwiło mu dalsze działania. Zakrył twarz rękami jeszcze bardziej wcierając gaz w skórę i pozostał na miejscu, a my szybkim krokiem oddaliliśmy się w boczne uliczki mieszając się w gąszczu innych ludzi.

Jednogłośnie doszliśmy do wniosku, że koleś mógł być jakiś niezrównoważony i bardzo dobrze to rozegraliśmy. Pozostało się tylko pilnować przez kolejne dni kręcąc się po mieście, na szczęście cała akcja działa się dość daleko od centrum i jeszcze dalej od naszego hotelu. A poza tym w Huaraz jest pełno turystów, wiec nie wyróżnialiśmy się jakoś specjalnie. Po całym zamieszaniu udaliśmy się do hotelu odpocząć. Wieczorem wróciliśmy jeszcze raz do centrum, gdzie znaleźliśmy targ z pamiątkami i wyrobami z alpak. Udało się też zakupić czapki, bo była to jedna z brakujących rzeczy w naszym ciepłym ekwipunku.

Widok takiego mięsa na ulicy w okolicach targowiska to norma. Trochę gorszym widokiem były psy, które się tam kręciły i targały po ulicy np. całą nogę wieprza.

Dzień 2: Laguna 69

W biurze turystycznym zostaliśmy poinformowani, że bus podjedzie po nas pod nasz hostel, o 5 rano. Byliśmy gotowi na czas, bus nie. Na szczęście spóźnienie nie przekraczało 20 minut. Wsiedliśmy i ruszyliśmy w 85 kilometrową trasę, zatrzymując się jeszcze po drodze po kilku innych klientów. Po niecałych 2 godzinach tuż przed wjazdem do Parku Narodowego był jeszcze postój na śniadanie. My swoje mieliśmy w hotelu, dlatego za pół ceny herbaty (jednego sola), zamówiliśmy po szklance gorącej wody i zaparzyliśmy sobie kupione dzień wcześniej liście koki. Po 20 minutach wsiadaliśmy już do busa, aby pokonać ostatni godzinny odcinek trasy. Po drodze były jeszcze dwa krótkie postoje. Pierwszy na zakup biletów wstępu do parku narodowego, bo wycieczki nie wliczają tego w cenę (bilet jednodniowy 10 soli, bilet 21-dniowy 70 soli). Drugi postój był przy dużej lagunie, o oszałamiająco błękitnej barwie. Muszę przyznać, że pierwszy raz w życiu widziałem taki kolor wody. Była ona trochę mętna jak woda z mydłem, ale i tak wyglądało to niesamowicie. Postój był bardzo krótki. Pięć minut na fotki i usłyszeliśmy od przewodnika „vamos”, co w lekkiej interpretacji oznaczało „spadamy”. Niestety było to zdecydowanie za mało, tym bardziej, że za nami od razu podjechał kolejny bus, więc zrobił się spory tłok.

Herbata z liści koki na wypadek kłopotów związanych z wysokością.
Laguna Llanganuco – uwierzcie zero modyfikacji w zdjęcie, prosto z telefonu 🙂

Bus dojechał do parkingu na wysokości 3900 m n.p.m. około 9. Przewodnik wskazał kierunek i powiedział, że musimy wrócić do busa na godzinę 15. Już wtedy wiedzieliśmy, że ten przewodnik jest „słaby”, ale najgorsze niestety dopiero miało nadejść.

Ruszyliśmy. Na początku mijaliśmy piękny strumyk, płaską zieloną trasę i mistyczne góry z białymi szczytami na około. Bajka. Szliśmy i zastanawialiśmy się jak bardzo wysokość będzie wpływać na nasz organizm. Po drodze mijaliśmy mnóstwo krów, które stanowiły nie lada atrakcję dla większości turystów, którzy na ich widok przypominali stereotypowego chińczyka z aparatem. Nie powiem, bo było malowniczo i sam telefonu nie chowałem. Po jakiś 2 kilometrach, nachylenie szlaku zmieniło się z lekkiego na, hmm, powiedzmy, że dla mnie średnie, ale nie wszyscy podzielali moje zdanie. Klaudia w trakcie podejścia opadła z sił i troszkę pobladła. Ania dawała radę. Dmuchając na zimne postanowiliśmy wypchać naszą przestrzeń między zębami, a policzkami liśćmi koki i powoli je przeżuwać. W tym miejscu do pięknego górskiego krajobrazu dołączyły dwa wysokie wodospady.

Nic tylko się zatrzymać i podziwiać!
Krowy krowy wszędzie były krowy.

Szybko nabieraliśmy wysokości i gdzieś w połowie trekkingu byliśmy już na 4200 m n.p.m. Cały odcinek od busa do laguny miał mieć długość 6,7 kilometra. Po dojściu do wysokości 4400 m n.p.m. pojawiło się kolejne wypłaszczenie i pierwsza mała laguna na trasie, gdzie zrobiliśmy sobie przerwę na zdjęcia i coś słodkiego. Widok był bardzo relaksujący. W sąsiedztwie laguny rozpoczynał duży płaski obszar z rwącym strumykiem po środku cały otoczony wysokimi górami. Było to wymarzone miejsce na kemping, gdybyśmy tylko mieli ze sobą namiot…

Tu kolor wody nie wyrywał z butów, ale widoki na około owszem.
Ostatnia płaskie przejście za nami, a przed nami ostatnie podejście ~250 metrów różnicy wysokości w około kilometr.

Od laguny zostało nam dwa kilometry. Pierwszy kilometr z małym hakiem niemalże zupełnie po płaskim. A następnie niespełna kilometrowe podejście z przewyższeniem 250 metrów. Wyglądało wymagając. Strome zbocze ze szlakiem prowadzącym serpentynami do góry. Zegarek wskazywał już 11.30, a za plecami na niebie wyłaniała się spora chmura. Zależało mi, aby dość do laguny jeszcze przy słońcu, niestety gdy tylko zaczęło się podejście Klaudia ponownie opadła z sił. Ania zadecydowała, że powoli z nią dojdzie, a mi kazała przyśpieszyć, abym mógł zrobić zdjęcia zanim chmura przysłoni słońce. Włączyłem drugi bieg w nogach i ruszyłem do góry. Przy tym tempie szybko zacząłem się hiperwentylować. Mogę śmiało stwierdzić, że na wysokości 4500 nie ma już tyle tlenu co „na dole”. Musiałem więc robić przystanki co 100-200 metrów, które w sumie wykorzystywałem na zrobienie zdjęć. W końcu po jakiś 15 minutach pojawiła się ona:

Jak tylko zobaczyłem ten błękit, siły powróciły! Szczyt pnący się w tle przekraczał 6000 m n.p.m.
Kolor wody zależał od odległości i kąta z jakiego ją obserwowaliśmy, im bardziej z góry, tym błękit był bardziej rażący po oczach. Im niżej i bliżej tafli wody, tym kolor stawał się bardziej szarawy.

Oczy przetarłem ze zdumienia. Kontrast przeźroczystej błękitnej wody i otaczających ją szarych gór z białymi szczytami był niesamowity. Od razu zabrałem się za łapanie ciekawych ujęć.

Po 15 minutach dotarły dziewczyny, a ich zachwyt nie odbiegał od mojego. Oczywiście zaczęliśmy od wspólnych zdjęć, a następnie posiłek i chillout. Ostatecznie wiatr obrał taki kierunek, że niebo nie zachmurzyło się w ogóle, więc mogliśmy się cieszyć pięknym słońcem. Czas szybko minął i chwile przed 13 przewodnik kazał nam wracać, aby dotrzeć na 15 do busa. Nie byliśmy do końca nasyceni tym miejscem, no ale cóż, doga do zajęła nam 3 godziny, wiedzieliśmy że w dół będzie szybciej, ale faktycznie 2 godziny był to rozsądny czas aby spokojnie dotrzeć na parking. Zrobiliśmy ostatnie zdjęcia i ruszyliśmy w drogę powrotną.

Dziewczyny ewidentnie dobrze się bawiły,

Wracaliśmy tym samym szlakiem, więc wiedzieliśmy co nas czeka. Wiadomo, droga w dół nie była już tak wymagająca fizycznie, jedynie kolana obrywały od sporych stopni i nachylenia. Szliśmy i rozmawialiśmy, wszystko sprawnie i bez zbędnych przerw. Około 14.45 byliśmy już na miejscu, pozostali uczestnicy również byli niemal w komplecie. Odpoczęliśmy trochę na ławce pod drzewem i około 15 weszliśmy do busa, bo siedząc w miejscu zrobiło się nam zimno.

Wracając również nie mogliśmy się nasycić krajobrazem na około.
Pozostało jeszcze tylko zejść do rzeki na dole i iść wzdłuż niej w stronę parkingu.

W tym miejscu zakończyła się przyjemna część tego dnia. Opisując to w skrócie, czekaliśmy w tym busie do godziny 17 na naszego przewodnika i rodzinkę składającą się z dwojga dzieci w wieku 8 i 9 lat, niezbyt szczupłej kobiety i dwójki starszych ludzi, zapewne dziadków tych dzieci. Cała piątka jak i zarówno nasz przewodnik mieli to daleko w czterech literach, że w autobusie wszyscy na nich czekają i postanowili sobie wziąć tyle czasu ile im potrzeba. Siedząc w busie, z czasem dowiadywaliśmy się nowych wieści z frontu od pozostałych uczestników. Okazało się, że gdy przewodnik już wszystkich zebrał z laguny i szedł na końcu jakiś kilometr przed laguną spotkał tą rodzinkę, która cały czas szła w stronę laguny i zamiast ich zawrócić postanowił wrócić z nimi. Tak, większość Peruwiańczyków nie myśli logicznie, a czasami w ogóle nie myśli. Czekając w busie z każdą minutą irytacja w nas rosła, w międzyczasie odjechały wszystkie pozostałe busy, a my nadal czekaliśmy. No i szczytem bezczelności było to, że jak w końcu wrócili o tej 5, to weszli do busa usiedli na swoich miejscach i nawet nie powiedzieli słowa, zero skruchy. Przewodnik postąpił identycznie. Nie polecamy firmy Nieves Tours.

Najgorsze było to, że mogliśmy spędzić ten czas na pięknej lagunie, a tak przez tego niekompetentnego przewodnika siedzieliśmy w busie. Na szczęście ludzki mózg tak z działa, że z czasem wymazuje te negatywne emocje pozostawiają tylko te pozytywne. Więc na pewno będziemy z przyjemnością wracać myślami do tego dnia i miejsca.

Droga dojazdowa do Parku Narodowego Huascarán.

Do Huaraz wróciliśmy przed 8. Dlatego na szybko zjedliśmy coś na mieście i zrobiliśmy zakupy na kolejny dzień, bo w planach była wycieczka na lodowiec Pastoruri. Po drodze upewniliśmy się też w agencji turystycznej, czy kolejnego dnia na lodowiec jedziemy z inna firmą, bo na fali złości zdecydowanie nie chcieliśmy jechać z tą samą. Po tym wróciliśmy do hotelu regenerować siły.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *