Nasze pierwsze doświadczenia z workaway, czyli dwa tygodnie w Hndurasie.

Z hostem z workaway umówiliśmy się w hotelu Sandoval. Nie wiedzieliśmy jak on wygląda, aczkolwiek nie wiedząc dlaczego spodziewałam się krępego, niskiego człowieczka w wieku ok 50 lat. W sumie jego zdjęcia wcześniej nie widzieliśmy, bo w swoim profilu miał tylko kilka zdjęć domu. Korespondując z nim wymieniliśmy kilka informacji na temat tego jak dojechać, co możemy zobaczyć po drodze i w jaki sposób możemy sobie pomóc. Ale po tych kilku wiadomościach wiedzieliśmy, że na pewno jest bardzo miły.

Odebrał nas wysoki, przystojny mężczyzna w wieku ok 35 lat, który świetnie mówił po angielsku. Z jednej strony idealnie, a z drugiej niekoniecznie, ze względu na naszą naukę hiszpańskiego. Ale jaka to była ulga porozmawiać po angielsku po tej całej męczarni z Santa Rosa del Copan!

Może warto tu wspomnieć coś o naszym hiszpańskim na tym etapie podróży… Adi pięknie pyta „czy można płacić kartą” : ) Ja natomiast pytam o całą resztę, np. jak dojechać, skąd odjeżdża autobus, gdzie jest coś itp. Oczywiście czasami wplatam angielskie słowa tak, żeby moim zdaniem powstało jakieś zdanie, ale pewnie trochę żałośnie to wychodzi. Niemniej jednak póki co trafiamy do celu, więc może i jest nieskładnie ale przynajmniej treściwie. Bardzo mocno chciałabym już sensownie posługiwać się hiszpańskim, ale do tego jeszcze potrzebuje trochę czasu.

Ocotepeque to niewielkie miasto leżące blisko granicy Hondurasu i Salwadoru. Nie jest to miejscowość jakoś specjalnie turystyczna, ale jest na trasie między popularnymi atrakcjami sąsiadujących ze sobą krajów. Nasz host często nazywał je „miejscem gdzie spotykają się 3 granice”. Z racji tego turyści najczęściej zatrzymują się tu przejazdem, a jak miejscowość i spokój urzeknie ich bardziej, to zostają na dłużej.

Ocotepeque po wieczornym deszczu
Kościół katolicki w Ocotepeque, oświetlony w porze wieczorowej.

Wracając do hosta. Po spotkaniu w hotelu Sandoval, zabrał nas kilka ulic dalej do swojego domu, w którym mieliśmy spędzić kolejne dwa tygodnie. Zabawne jest to, że ani ja ani Adrian nie pamiętaliśmy później przejechanej z Manu drogi, chyba byliśmy dość przejęci albo podekscytowani. Na miejscu zastaliśmy uliczkę ze starymi budynkami połączonymi ze sobą jak polskie szeregówki. Trudno nam było ocenić wielkość budynku z zewnątrz. Z ulicy wyglądało to na małe skromne mieszkanie, z małymi drzwiami za kratą. jednak tuż po wejściu wiedzieliśmy, że miejsce jest bardzo przestronne i jak się okazało ciągnie się w nieskończoność. Po przekroczeniu progu naszym oczom ukazało się coś w stylu przedsionka, za nim przedpokój, a po prawej kuchnia i jadalnia, za przedpokojem pokój wypoczynkowy, a z niego wejścia do 3 przestronnych sypialni. Za pokojem wypoczynkowym, wyjście na zewnątrz na mały, betonowy i po części zadaszony plac, a z placu wejście do kolejnych dwóch sypialni i duże, metalowe drzwi na ogromny ogród. Na ogrodzie kolejna wolnostojąca sypialnia (nasza – docelowo na 4 osoby ale my byliśmy tam sami) i zadaszona wiata z hamakami oraz placem do zagospodarowania. Po drugiej stronie ogrodu ogromna altana i miejsce gdzie docelowo ma być bar, a na środku ogród z trawą, palmami, kwiatami, i drzewami m.in. mango i pomarańcza. Nie wymieniałam łazienek, bo po prostu 4 na 6 sypialni miały swoje własne łazienki, a dodatkowo była jeszcze jedna taka trochę prowizoryczna na ogrodzie, ale głównie z niej korzystaliśmy bo była najbliżej nas.

Ogród jakim dysponował Manu ma potencjał na miejsce do relaksu i odpoczynku.
Zdjęcie ze środka ogrodu  w stronę naszej sypialni.
Nasza sypialnia. Jak widać nie mieliśmy szyby (nic nowego w tych stronach), także często miewaliśmy gości w postaci jaszczurek, dżdżownic, karaluchów i innych owadów.

Do Manu dotarliśmy w niedzielę, więc na początek rozpakowaliśmy się (w pokoju nie było szafy, ani za wiele półek, wiec nasze rzeczy trafiły na sąsiednie łóżka), a następnie ruszyliśmy na miasto coś zjeść. Wieczorem udało się usiąść z Manu i pogadać przy piwku. Dowiedzieliśmy się jakie są jego plany na to miejsce oraz poznaliśmy trochę historii dotyczących jego i jego rodziny.

W poniedziałek obudziliśmy się całkiem wcześnie. Poszliśmy na śniadanie, które codziennie nam szykowałam z produktów zakupionych przez Manu. Codziennie były jajka podawane w różny sposób, z jedną przerwą kiedy to było spaghetti. Jajkom towarzyszył chleb tostowy, czasami dżem i jakiś ser. Ogólnie bez fantazji, ale najadaliśmy się.

Na samym początku nie wiedziałam co my tu będziemy robić przez te ugadane dwa tygodnie, wydawało się, że pracy jest niewiele, jednak bardzo szybko okazało się że byłam w błędzie. Pracę u Manu zaczęłam od wysprzątania lodówki. Naprawdę tego potrzebowała, a później zaczęłam sprzątać kuchnię, jadalnię, przedpokój, pokój i tak po kilku dniach wyszłam na ogród. Adrian zaczął od prac na ogrodzie i właściwie prawie przez całe 2 tygodnie tam pozostał.

Malowanie krawężników. Te w tyle już pomalowane, a te na przodzie w trakcie czyszczenia.

Pracowaliśmy po ok 5 do 6 godzin dziennie z przerwą na obiad, który zapewniał Manu. Wszystko właściwie zależało od tego jaka była pogoda oraz co robiliśmy, bo z uwagi na słońce czasami za długo się nie dało. Po pracy zazwyczaj spoceni czekaliśmy na wodę. Tak. W naszej mieścince nie było wody mniej więcej od 15:30 do 18 co czasami było upierdliwe. Właściwie jak teraz o tym myślę to w drugim tygodniu woda była jak chciała.

Chciałabym również dodać, że w związku na porę deszczową nie zawsze mieliśmy okazję wychodzić na spacer, czy ogólnie gdzieś na miasto. Były dni, że jak już zaczęło padać to padało i padało właściwie do nocy, a zazwyczaj padało od godzin wczesnego wieczoru czyli 16-17. Tak to był wczesny wieczór, bo w Ameryce środkowej o tej porze roku, o godzinie 19 jest już zupełnie ciemno. Na szczęście byliśmy tam na tyle długo, że udało nam się poznać i zobaczyć zakamarki tego uroczego miasteczka.

Z Manu złapaliśmy naprawdę fajny kontakt. Skończył turystykę, pracował w zawodzie i dlatego jego wiedza o kraju i okolicy była spora. Wieczorami opowiadaliśmy sobie o tym jak jest u nas, jak jest u nich. Z ciekawostek, w Hondurasie każdy syn dostaje pierwsze imię po tacie, a córka po mamie. I tak tata Manuel dał obu synom na imię Manuel i dopiero drugie imię jest inne 😉

Pamiątkowa fotka z Manu.

Oprócz tego typu ciekawostek Manu co rusz polecał nam jakieś lokalne miejsca do odwiedzenia. Tak też trafiliśmy do Baleadas Casa Lindo na tradycyjne honduraskie danie czyli, baleadas. Są to oczywiście tortille wypełnione nadzieniem. Podstawą wypełnienia jest zmiksowana fasola i biały ser … cała reszta do wyboru. My zdecydowaliśmy się na 3 baleadas. Jeden był z jajkiem i awokado, drugie z mięsem, cebulą i platanem, natomiast trzecie było z platanem i chorizo. Przepyszne jedzenie. Każdy baleadas kosztował ok 30/35 Limpuri (koło 5zł), a te trzy (1,5 na głowę) lewo w siebie wcisnęliśmy. A tak z innej beczki, właściciel tej knajpki był w Polsce i opowiadał, że bardzo mu się podobało! Miło posłuchać.

Baleadas może nie wyglądają na zdjęciu jakoś imponująco, ale w smaku nadrabiają to dwukrotnie.

W nasz pierwszy i jak się później okazało ostatni weekend postanowiliśmy zrobić sobie wycieczkę. Sobotę poświęciliśmy na pranie, bo trochę się uzbierało, a w niedzielę postanowiliśmy wspiąć się na pewien kamień, który leży na granicy El Salvador i Hondurasu.

Manu podrzucił nas spory kawałek w miejsce, z którego mieliśmy rozpocząć naszą wspinaczkę. Nieoznakowana droga, przez jak nam się wydawało prywatne pola nie należała do najprzyjemniejszych, ale dzielnie szliśmy na przód. Adi wpadł w jakieś błoto i właściwie na starcie przemoczył oba buty, a ja cały czas starałam się nie wdepnąć w krowie placki. W połowie drogi zobaczyliśmy pierwszy namalowany znak, w którą stronę pójść. Tak też zrobiliśmy. Niestety im dalej tym gorzej. Pola na których dotychczas żerowało bydło zamieniły się w strome porośnięte łąki, gdzie bydło już nie docierało, a następnie w dżunglę. Po wejściu do niej pozostało nam tylko przedzieranie się przez krzaki, wąskimi co rusz porośniętymi pajęczynami dróżkami, które odbierały nam całą przyjemność z wycieczki. Machanie patykiem przed nosem niczym Harry Potter swoją różdżką, nie zawsze pomagało. Przez co Adi, który prowadził, co rusz rzucał pod nosem bluzgami – oznaczało to, że nadział się na kolejną z pajęczynę. Nasz wkurzenie narastało z sekundy na sekundę, by po chwili osiągnąć apogeum… doszliśmy zgodnie do wniosku, że to nie ma sensu. Nawet nie byliśmy pewni czy TA ścieżka prowadzi w miejsce, do którego chcemy dotrzeć, bo oznakowanie już nie było. Co gorsza szczyt był blisko ale ścieżka przez dżunglę w ogóle nie prowadził pod górkę, tylko wzdłuż ściany zbocza jakby na drugą stronę góry. Długo się nie zastanawiając, olaliśmy temat i wróciliśmy do etapu gdzie dżungla się zaczynała. Tam, na mniej słynnym kamieniu odpaliliśmy piwko i przygotowany przeze mnie lunch, a przy tym cieszyliśmy oko pięknymi widokami. Oczywiście byliśmy trochę poirytowani, że nie dotarliśmy na szczyt, ale jak tylko przypominaliśmy sobie te wkurzające pajęczyny, to zaraz nam przechodziło. W drodze powrotnej zaprzyjaźniliśmy się jeszcze z krówkami i pomaszerowaliśmy do domu. Manu miał po nas przyjechać, ale w związku z tym, że bardzo szybko się uwinęliśmy ze wszystkim musieliśmy iść pieszo. Na szczęście po drodze zatrzymał się starszy pan i zaproponował, że nas kawałek podrzuci. Było wesoło, bo nadawał jak radio, a ja z tego rozumiałam co dziesiąte słowo. Resztę drogi przeszliśmy sobie na pieszo – jakieś 3 kilometry.

W trakcie wspomnianego wyżej lunchu.
W drodze powrotnej zaprzyjaźnialiśmy się z krówkami.

Wieczorkiem poszliśmy na kolację w postaci kurczaka i zakończyliśmy nasz bardzo wesoły dzień. Wzięliśmy jedna porcję na 2 osoby za 116 Limpurii i w zupełności ta ilość smażonego wystarczyła. Oczywiście tortilla i napój w cenie. A tak swoją droga to kurczaki są bardzo popularnym daniem. Jest mnóstwo miejsc, które je oferują i to w bardzo niskich cenach. Na szczęście nie musieliśmy za wiele razy się nimi żywić… tłuste są jak diabli.

Kolejne dni pracy upłynęły pod znakiem malowania i grabienia. Ogród wymagał pielęgnacji i doszło nawet do tego, że kwiatki przesadzałam, rozsadzałam i ogólnie ogarniałam. Adrian malował miejsce, w którym docelowo ma być bar, a ja malowałam krawężniki (zdjęcie trochę wyżej). Brzmi zabawnie, wiem ale uwierzcie mi że były takie brzydkie, że moje malowanie zrobiło temat.

Odnawianie donic, których była naprawdę dużo.
Adrian przy malowaniu przyszłego baru – efekt był bardzo udany.

W ostatnim tygodniu poznaliśmy innych wolontariuszy workaway, którzy byli w mieście i uczyli dzieci angielskiego w szkole językowej. Było ich czworo i każdy z innego kraju: Kanada, Szkocja, USA i Francja. Udało nam się nawet jednego dnia wyjść wspólnie na małą wycieczkę nad rzekę (zdjęcie na samej górze postu), a wieczorem spotkać się u nich, posiedzieć, pogadać i wypić małe piwko.

Adi zamyślony relaksuje się i jak sam twierdził, masuje stopy rwącą rzeką

Nawet nie obejrzeliśmy się kiedy zaczął zbliżać się czas naszego odjazdu. Wydaje nam się, że nawet Manu się do nas trochę przyzwyczaił.

Mieliśmy bardzo udany czas w Ocotepeque. Pyszne posiłki, prawie cały czas wodę i WiFi. Nasz pokój i łazienka były dość specyficzne, ale przecież tak jest wszędzie. To są normalne warunki ludzi tu mieszkających. Karaluchy, jaszczurki, jakieś inne robactwo było na porządku dziennym, w naszym pokoju i nie tylko. Adrian to nawet zaczął mieć niezły ubaw co wieczór polując na kolejne karaluchy. Niektórym zwierzętom jak np. jaszczurom, czy dżdżownicą nawet nadaliśmy im imiona, aby zwiększyć poziom tolerancji. Mnie oczywiście co chwila coś gryzło, a to w nocy, a to za dnia. Na szczęście Manu zdradził mi sekret. Na swędzące miejsce najlepsza jest… limonka. Kto by pomyślał, że będzie dla mnie ukojeniem.

Adrian walczy z kokosem, a nasz ulubieniec Yax pilnie mu towarzyszy.

W ostatnie dwa dni, Manu zabrał nas na śniadanie do hotelu swojego taty, więc mogliśmy spróbować typowego śniadania, które absolutnie nie było dla nas zaskoczeniem – jajecznica, fasola ze śmietaną, tortilla, biały ser i kawa (na szczęście dobra).

Po 12 dniach od przyjazdu do Ocotepeque ruszyliśmy w dalszą drogę. W tym czasie zrobiliśmy co było w naszej mocy, żeby pomóc Manu, równocześnie trochę odpoczęliśmy od ciągłej podróży i zaplanowaliśmy kolejne dni w trasie. Teraz nadszedł czas na El Salvador. Czasu mamy niewiele, więc jakby nie patrzeć trzeba się uwijać, bo za kolejne 10-12 dni mamy być u kolejnego hosta. Tym razem w Panamie, na wyspie Bocas del Toro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *