Nikaragua: Granada i podróż na wyspę Ometepe.

Po dotarciu do Granady, pierwsze co chcieliśmy zrobić, to znaleźć hostel gdzie moglibyśmy zostawić plecaki, a następnie ruszyć w miasto. Zarówno ja, jak i Adrian, robiliśmy dzień wcześniej mały research, więc wiedzieliśmy, że jak chcemy znaleźć tani hostel to powinniśmy skierować się w stronę centrum. Niestety nie mieliśmy wybranego konkretnego miejsca, więc na początku trochę błądziliśmy.

Ostatecznie po odwiedzeniu jednego hostelu, zadecydowaliśmy, że idziemy coś zjeść. W knajpce chcieliśmy skorzystać z WiFi, poszukać informacji i zadecydować, aby nie chodzić bez sensu z ciężkimi plecakami. Odwiedziliśmy miejsce gdzie serwowali pupusas (te w Salwadorze bardzo nam smakowały, więc ponownie się skusiliśmy). W oczekiwaniu na jedzenie Adrian znalazł na AirBNB hostel Surfing Donkey, miejsce, które ze zdjęć zaciekawiło nas najbardziej, a dodatkowo było jednym z najtańszych. Nowy, dość specyficzny hostel nad samym jeziorem Nikaragua. Naprawdę oryginalny! Po zjedzeniu pysznych pupusas ruszyliśmy do „Surfującego osła”.

Widok na basen i bar w Surfing Donkey.
Jedno z kilku miejsc do chillowania i odpoczynku.

Wzięliśmy oczywiście najtańszą opcję, czyli pokój współdzielony za 8$ za łóżko. Pokój okazał się być halą/tarasem, sami nie wiemy jak to nazwać. Było tam dużo łóżek z moskitierami oraz epicki widok na jezioro. Obojgu nam się podobał fakt, że w sumie będziemy spać na dworze. Do tego sporo hamaków i miejsca do chillowania. Zapowiadało się miło.

„Pokój” współdzielony, czyli duża otwarta przestrzeń, na której stało pond 20 łóżek i było kilka miejsc z hamakami i kanapami do odpoczynku. Każde łóżko miało moskitierę i zamykaną klatkę na dole. Po lewej stronie zdjęcia ruchome parawany, które osłaniały łóżka przed ostrym słońcem podczas wschodów słońca. Widok za parawanem był jak na zdjęciu poniżej.
Widok z tarasu na którym spaliśmy, właściwie możemy stwierdzić, że z naszego łóżka.

Rozpakowaliśmy się i ruszyliśmy w miasto. Chcieliśmy rozejrzeć się za jakąś wycieczką na następny dzień oraz pospacerować po okolicy. Miasteczko ewidentnie nie było w szczycie sezonu, ale myślę, że to chyba dobrze. Było po prostu przyjemniej. Zatrzymaliśmy się w jednym z wielu punktów oferujących wycieczki i po krótkiej rozmowie z przemiłą dziewczyną zdecydowaliśmy się na 2,5 godzinny rejs łódką po jeziorze Nikaragua, na którym po erupcjach sąsiadującego wulkanu powstało 360 małych wysepek. Jak się później okazało niektóre były zamieszkałe przez tubylców, inne przez bogatych ludzi, którzy kupili sobie wyspę i postawili na niej całkiem wypasioną posesję, a jeszcze inne przez małpy.

Granada bardzo przypadła nam do gustu. Miasteczko kolonialne i też taki styl wiódł prym – trochę przypominała nam miasto Antigua Guatemala, z którego ruszaliśmy na wulkan Acatenango w Gwatemali. Kolorowe ulice robiły pozytywne wrażenie. W centrum miasta podobnie jak w Antigule znajdował się park, gdzie kwitł handel przeróżnymi pamiątkami, a dookoła można było znaleźć sporo różnych restauracji. Od parku odchodził główny deptak turystyczny, który prowadził prawie do samego jeziora. Przy deptaku było mnóstwo sklepików, barów i restauracji ze stolikami na zewnątrz.

Granada – położona jest na północno-zachodnim wybrzeżu jeziora Nikaragua, u stóp wulkanu Mombacho. (…) Miasto, jedno z najstarszych w kraju, zostało założone w 1523r. przez hiszpańskiego konkwistadora Hernándeza de Córdoba. Przez pewien czas Granada pełniła funkcję stolicy na przemian z León. (…) stanowi ważny port nad jeziorem Nikaragua. (…) W mieście rozwinął się przemysł meblarski, chemiczny, odzieżowy i spożywczy.

Źródło: wikipedia.org

Turystyczny deptak ciągnący się od parku w centrum miasta, aż do jeziora Nikaragua. Przepełniony barami, restauracjami, hotelami i sklepikami.
Widok w stronę centrum miasta – z tego samego miejsca co zdjęcie powyżej.

Nocą to miasto nabierało dodatkowego uroku. Deptak był oświetlony, stoliki wystawione na zewnątrz zapełniały się turystami, a grająca muzyka zachęcała do zatrzymania się… nic tylko korzystać i zostawiać pieniądze w restauracjach i barach. My niestety musieliśmy obejść się smakiem, chociażby ze względu na to, iż był to nasz ostatni dzień na antybiotykach.

Fontanna i altana w małym skwerze parkowym w centrum miasta.
Sary kościół, na przestrzeni swojej historii kilkukrotnie spalony.

Wróciliśmy do naszego „pokoju” ok 21. Posiedzieliśmy chwile na hamakach, a następnie prysznic i do wyrka. Ja zasnęłam jak kamień, Adrian postanowił coś jeszcze podziałać na komputerze. O północy zaczął się mój mały koszmar … wrócili ludzie z imprezy, na imprezę do naszego hostelu. Myślałam, że oszaleje. Wydzierali gęby niemiłosiernie, muzyka też nie była najciszej, a do tego ludzie zaczęli przychodzić na nasz taras i raczej się nie przejmowali godziną i tym, że ktoś może już sobie spać. Chyba to mnie najbardziej zdenerwowało. Na dole była regularny pub, ale tutaj… chciałoby się rzec „idźcie sobie stąd, niedobrzy ludzie”, ale myślę sobie, nie będę się wulgarnie odzywać ;). Adrian spał jak zabity. Bardzo mu tego zazdrościłam, bo ja zasnęłam chyba ok 4 nad ranem.

Po przebudzeniu pomyślałam sobie tylko jedno … dzisiaj jest piątek, na bank nie pośpię. Do nocy szmat czasu dlatego też dziarskim krokiem zeszliśmy na śniadanko, które było w cenie i poszliśmy na spacer. Nasza wycieczka była zaplanowana na 14 dlatego też mogliśmy nacieszyć się Granadą za dnia. Na rynku udało mi się kupić nowe okularki. Ray-Ban’y za 5 dolców haha. Były za szóstaka, ale Adi się potargował i poszły na promce. Oby długo służyły. Udaliśmy się również na targ. Uwielbiam tutejsze targi. Oczy aż mnie bolą od tych kolorów i ilości które tam się znajdują. Nos nie pozostaje w tyle. I w dodatku można tam znaleźć wszystko. Od owocków po surowe mięso, ciuchy czy artykuły gospodarstwa domowego. Najbardziej lubię babeczki, które sobie coś gotują i sprzedają. I nikt nikogo nie wyzywa, że mu smrodzi czy dymi… Mega klimat.

Rynek, na którym można było znaleźć dosłownie wszystko. Na zdjęciu ulica z główną częścią, ale targowiska ciągnęły się jeszcze w uliczkach bocznych oraz w różnego rodzaju zabudowaniach w sąsiedztwie.

Na wycieczkę pojechaliśmy z ośmioosobową grupą ludzi. Nie było daleko. Łódka była mała, ale wygodna. Nasz przewodnik mówił po angielsku i w bardzo zabawny sposób wszystko opowiadał. Zabrał nas nawet na dwie wyspy, na których małpki podchodziły do łódki i można było je nakarmić. Tzn. nasze już były przejedzone chyba, bo jakoś bardzo ochoczo nie podchodziły, ale nie było mi przykro z tego powodu. Za dużo się nasłuchałam historii o uroczych małpkach, które ostatecznie kogoś pogryzły…

Na koniec naszej wycieczki, podjechaliśmy do baru położonego na jednej z wysp na drinka lub piwo – co kto chciał. Tam też udało nam się zaprzyjaźnić z zieloną, bardzo towarzyską papugą. Nawet mieliśmy okazje potrzymać ją na ramieniu. Przyjemne miejsce, bardzo chillowe.

Wycieczka bardzo nam się podoba, tylko cena 15$ za osobę była chyba odrobinę za wysoka, przyrównując ją do kosztów życia w Nikaragui. Z drugiej strony biorąc pod uwagę, transport do portu, paliwo w łódce, przewodnika… My byliśmy usatysfakcjonowani i spędziliśmy bardzo fajnie czas.

Bliźniaczą łodzią pływaliśmy między wysepkami.
Karmione przez nas małpy.
Papuga dzielnie pozowała, a ja miałam lekkiego stracha. że np. zaraz dziobnie mnie w ucho 😉
Powrót przy zachodzie słońca.

Wieczorem udaliśmy się do lokalnej knajpki na lokalne jedzenie … nie przy głównym deptaku, bo wiedzieliśmy, że będzie drożej. Wzięliśmy oczywiście to co „typowe” i nawet nie próbowaliśmy zgadywać co możemy otrzymać… wiedziałam, że będzie jakieś mięsko, ser, fasola no i tortilla, ale w jakiej postaci to już nie. Oto co otrzymaliśmy.

Chipsy z platana, ryż z czerwoną fasolą, surówka oraz mięso (ukryte w cieniu, po prawej stronie talerza).

Wracając do hotelu byłam ciekawa czy impreza już się rozkręca czy jeszcze nie… okazało się, że nie i tak już zostało całą noc. Ku mojej uciesze. Noc była fantastyczna, wiatr wiał, było chłodno, żadnego wentylatora, klimatyzatora. Bardzo się cieszę, że Ladies Night nie wypaliło. Padający deszcz na pewno w tym trochę pomógł.

Następnego dnia ruszyliśmy dalej. Kierując się na autobus jadący do miejscowości Rivas, skąd było już blisko do promu, który miał nas zabrać na wyspę Ometepe. O wyspie tej słyszeliśmy bardzo dużo od spotykanych po drodze ludzi, dlatego się na nią zdecydowaliśmy. No i czekał tam na nas kolejny wulkan do pokonania. Ponoć bardziej wymagający niż ostatnio, ale chcieliśmy spróbować.

Lokalizację skąd odjeżdżają autobusy znaleźliśmy bez problemu. Gdy byliśmy jakieś dwie uliczki od „przystanku” po raz kolejny podszedł do nas koleś, który chciał nam „pomóc” i zaprowadzić nas pod same drzwi autobusu. Przykleił się do nas chyba jeszcze bardziej, niż ten w Managui, ale po dotarciu do chicken busa był skromny i nie nachalny w proszeniu o jakieś drobne, wiec coś tam od nas dostał. Irytujący są Ci ludzie.

Gdy zajęliśmy miejsca okazało się że przed nami siedzą Polacy. To dopiero drudzy ludzie z Polski jakich spotkaliśmy od początku naszej wyprawy (pierwsi byli w Cancun). Co prawda Ci mieszkali od jakiegoś czasu w Szkocji, ale nadal to Polacy i miło było użyć naszego języka mówiąc do kogoś obcego. Zanim autobus ruszył minęło jeszcze dobre 40 minut (a Polacy mówili, że siedzieli w autobusie jeszcze jakieś 30 min przed nami) . W tym czasie chicken dopełnił się po brzegi, To co było ciekawe, to to że zazwyczaj w chicken busach są sami lokalsi, a tu zdecydowana większość to byli ludzie biali, z plecakami, jak my! Podróż oczywiście się przeciągała bo po drodze autobus coś szwankował, przez co mieliśmy dwa krótkie i nie planowane przystanki. Sama jazda trwała prawie 1,5 godziny, w tym czasie udało nam się dobrze nagadać z nowo poznanymi znajomymi i wymienić kilka słów z innymi ludźmi.

Po dojechaniu do Rivas, zaatakował nas tłum taksówkarzy. Jeszcze nie wysiedliśmy, a Ci już przez okna krzyczeli i oferowali podwózkę, to tu, to tam. Poza tym ludzie, którzy powrotnym kursem z Rivas chcieli jechać do Granady, zaczęli wchodzić do autobusu, kiedy jeszcze polowa osób nie zdążyła z niego wysiąść. Z naszymi plecakami nie dało się ruszyć. Na szczęście trochę na siłę udało się przebić przez nacierający tłum. Niestety na zewnątrz nadal nie dało się złapać oddechu, przez wciąż atakujących taksówkarzy. Polacy zniknęli nam z oczu gdzieś w tłumie, ale w sumie jechali w innym kierunku, więc szybko zakolegowaliśmy się z parką z Holandii, która również kierowała się na Ometepe. Będąc w grupie mogliśmy zaoszczędzić na taksówce do portu. Holendrzy dobrze mówili po Hiszpańsku, więc udało się też trochę potargować. Dwadzieścia minut później, w strugach deszczu staliśmy w porcie, w kolejce do kasy z biletami na prom (~$1.7/osoba). Pora deszczowa nas nie rozpieszcza. Na szczęście chwile później deszczu już nie było, a my byliśmy już na bramce, gdzie należało wpisać się na listę osób wchodzących na prom (imię, nazwisko, wiek i nr paszportu). Adi mówi, że numer paszportu wpisał zmyślony, bo jeszcze go nie pamięta, a nie chciało mu się ściągać plecaka i w nim grzebać. Okazało się, że nikt tego nie weryfikuje i prawdopodobnie jest to lista na wypadek, gdyby był jakiś wypadek…

Prom na wyspę Ometepe ruszył o 14.30. Nie jestem znawcą promów, ale wydaje mi się że nie należał on do największych. Na swoim pokładzie mógł zmieścić tylko kilka samochodów, myślę że maksymalnie 6, a do tego był 3-poziomowy pokład dla pasażerów. Po wejściu okazało się, że pierwsze dwa są już w pełni zajęte, więc musieliśmy udać się na samą górę, która była na wolnym powietrzu. Podróż miała trwać godzinę i gdyby nie to, że przed chwilą padało, przez co wszystko było mokre, a w powietrzu wisiała druga fala deszczu to byłoby całkiem przyjemnie.

Nie mogło być inaczej, po około 40 minutach na promie deszcz powrócił. Szybka akcja przepakowania plecaka podręcznego, gdzie był telefon i komputer do głównego, który miał pokrowiec przeciwdeszczowy i oczekiwanie, aż przestanie padać. Na szczęście oberwaliśmy tylko „krawędzią” chmury deszczowej więc całość trwała z 5-10 min. Niestety do tego wszystkiego dowiedzieliśmy się od poznanych kilka godzin wcześniej Holendrów, że na wyspie nie złapiemy już żadnego autobusu, bo jest sobota i ostatni kursował o 14. Dla nas była to fatalna wiadomość, ponieważ chcieliśmy się dostać na drugą część wyspy, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg – na szczęście z opcją bezpłatnej rezygnacji. Mogliśmy wziąć taksówkę, ale to by było dla nas małe przegięcie, bo chicken bus kosztował niecałe $1,5 na osobę, a taksówkarz liczył sobie $8-10, też na osobę.

Podpytaliśmy naszych nowych znajomych, jakie oni maja plany i czy może mają jakiś nocleg w mieście Moyogalpa, czyli tego, do którego przypływa prom. Okazało się że oni również chcieli jechać w głąb wyspy, ale z racji na brak busa planują zostać w Moyogalpa. Nie mieli jeszcze noclegu, ale na promie zgadali się z parką Belgów, którzy mieli zarezerwowany całkiem tani pokój bardzo blisko portu.  Razem Holendrami postanowiliśmy pójść w to samo miejsce i zapytać, czy mają więcej pokoi. Gdy tylko dopłynęliśmy do brzegu ruszyliśmy w stronę hostelu Ibisa. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że kolejny autobus na drugą część wyspy odjeżdża kolejnego dnia o 14.30 oraz że w Ibisa jest dla nas pokój 3-osobowy za $12 łącznie. Co ciekawe nasi nowi znajomi z Holandii i Belgii płacili za swoje 2-osobowe pokoje po $14, ale domyślamy się, że my mieliśmy taniej bo nasz pokój chyba był pokojem tzw. współdzielonym i było ryzyko, że gdyby się ktoś jeszcze pojawił w pojedynkę to mogli by go nam dołożyć. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Zakwaterowaliśmy się i zaczęliśmy planować wieczór oraz kolejne dni.

Wyspa Ometepe stworzona jest z dwóch wulkanów, dlatego jej kształt jest dość charakterystyczny. My dopłynęliśmy do miasteczka położonego całkowicie po lewej stronie, a docelowo chcieliśmy się przedostać na południe prawej części wyspy.
Na lądzie przywitał nas widok pierwszego z wulkanów, czyli Concepcion.

O wyspie Ometepe wiele słyszeliśmy, dlatego jesteśmy jej bardzo ciekawi. Mamy trochę planów z nią związanych i bardzo się cieszymy, że będziemy mogli spędzić tu 2-3 dni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *