Pierwsze dni w Peru: Mancora, Chachapoyas i Trujillo.

Wiadomo, nie od dziś że czasami jedna decyzja wpływa na dalszą podróż. Czasami zastanawiam się co by było gdyby….  Niby bez sensu o tym myśleć, ale co by było gdybyśmy nie poznali Klaudii. Na pewno ominęłoby nas północna część Peru, bo w naszych wstępnych planach były góry, a nie kolejny raz plaża. A tak mogliśmy zobaczyć jak wygląda ta część, do której nie wszyscy docierają.

Na tej nieszczęsnej granicy tuż po tym jak my z Adrianem po raz kolejny staliśmy się wesołymi posiadaczami peruwiańskich pieczątek w paszporcie podszedł do nas taksówkarz i zaproponował, że zawiezie nas tam gdzie chcemy. Sytuacja była taka, że musieliśmy dotrzeć do miejscowości Mancora. Jednak nie było opcji bezpośredniej, (choć taksówka zawsze gotowa by to zrobić) dlatego też musieliśmy dojechać do miasteczka Tumbes 30 kilometrów dalej, skąd były połączenia do naszego docelowego miejsca. Na granicy Peru istnieje takie coś jak oficjalny cennik, z którego wynikało, że taksówka będzie kosztować nas $10 amerykańskich. Owy taksówkarz (ewidentnie prywaciarz) w pierwszej opcji zaproponował również $10 jednak kiedy do akcji weszła Klaudia wraz ze swoim świetnym hiszpańskim oraz nieprzeciętnymi umiejętnościami negocjacyjnymi zszedł na $8. Nie byliśmy do końca przekonani, ale tak naprawdę do wyboru mieliśmy jego albo regularną taksówkę za 10 dolarów. Zdecydowaliśmy się na podróż z Emilio. Nie była to przeciętna podróż. Wręcz przeciwnie. Emilio zasuwał 140 km/h, cały czas na długich światłach (nie zważając uwagi na sygnały aut z na przeciwka). Jak zobaczyliśmy, że wykonuje ręka znak krzyża przed sobą i dalej przyspiesz to natychmiast powiedzieliśmy mu, że aż tak nam się nie spieszy. W pewnym momencie zboczył z trasy co nas trochę zaniepokoiło. Powiedział, że musi zatankować. W ogóle to cały czas próbował nam nakręcać makaron na uszy. Głównie chodziło mu o to żebyśmy skusili się na transport bezpośrednio do Mancory razem z nim. 130 kilometrów w szalonej taksówce? Nie dziękuję!

Wracając do tankowania. Faktycznie nie miał benzyny (zajebisty taksówkarz), ale zamiast na stacji paliw zatrzymał się na poboczu przez co nasz niepokój wzrósł. Rozglądamy się na boki a tam stoi babeczka, a obok niej kilkanaście galonowych plastikowych baniaczków. Podchodzi z jednym i uzupełnia braki. Tego jeszcze nie grali, mobilna stacja paliw w Peru – ewidentnie szmuglowana benzyna z Ekwadoru, gdzie kosztowała połowę tego co w Peru. Inna sprawa, że koleś kupił jeden galon (3,75L) i dalej dziadował na oparach.

Dalsza droga do Tumbes była jeszcze bardziej denerwująca. Geba mu się nie zamykała i nawet na słowa. że jesteśmy zmęczeni nie chciał przestać. Oczywiście Emilio chciał nas wysadzić na innym dworcu niż chcieliśmy co wprowadziło nerwowa atmosferę. Jaką ulgą było dotarcie do celu, a właściwie opuszczenie jego taksówki bo do celu nie dotarliśmy. Na dokładkę na miejscu okazało się ze Emilio ma inny kurs dolara i wydając z 10$ chciał sobie jeszcze na nas odbić.

Tumbes było dość wstrętne. Brudno wszędzie, tłoczno i wszędzie nachalni taksówkarze i kierowcy autobusów. My byliśmy już zmęczeni co na pewno miało wpływ na poszukiwania „normalnego” autobusu. Ostatecznie trochę bez pomyślunku wsiedliśmy do rozklekotanego vana, nasze plecaki wylądowały na dachu, a my na ostatnich siedzeniach. Kosz to 20$ na naszą trojkę. Oczywiście zanim ruszyliśmy minęło z 30 minut, bo bus musiał się zapełnić. Mnie szlag trafiał, że nie ruszamy. Mówili 10 minut, a tu już pół godziny pękało… ale przecież oni mają czas, a ty siedź.

W busie szybko zasnęliśmy, wiec droga jakoś minęła.

Mancora to małe miasteczko, które słynie głównie z bardzo dobrych warunków do surfowania i taki był nasz cel – spróbować!. Do naszego hostelu Pachamama dotarliśmy niemal o 23. Obiekt znajdował się tuż przy plaży, a nasz pokój był mały i z tektury ale prywatny.

Główna ulica w Mieście. Poza obszarem przy plaży, miasto nie jest w żaden sposób urokliwe.
Uliczka prowadząca do plaży i naszego hostelu zarazem.

Następnego dnia rano zjedliśmy hostelowe śniadanie i ruszyliśmy na plaże w celu zorientowania się w cenach lekcji surfingu. Firm wiele nie było, wiec szybko się zdecydowaliśmy. Półtora godzinna lekcja (trochę na plaży i reszta w wodzie) wyniosła nas 40 soli na osobę (1 sol = 1,1 złotego tak dla waszej wiadomości). Każdy dostał sprzęt, deskę i instruktora. Po lekcji mogliśmy zostać jeszcze na własną rękę.

Tuż po wbiciu się w pianki instruktorzy zrobili nam szybką rozgrzewkę, pokazali jak wstawać i po kilku próbach „na sucho” ruszyliśmy do oceanu. W pierwszej chwili woda wydawała się zimna, ale natychmiast o tym zapomniałam, bo przede mną była pierwsza fala, którą miałam łapać. Musicie wiedzieć, że instruktor płynął za mną, miał płetwy no i co tu dużo mówić, pomagał.

Jak już ta moja fala nadeszła, jak zaczęłam wiosłować tymi moimi łapkami i za chwile wstawać to już wiedziałam, że było warto spróbować. Niesamowite uczucie. Byłam tak skupiona ze patrzyłam tylko na początek deski, a uśmiech nie schodził z buzi. Kiedy fala się kończyła, zeskakiwałam do wody, a następnie kładłam się na deskę i zaczynałam wiosłować z powrotem do mojego instruktora. Masakra. Co trochę podpłynęłam to fala mnie zabierała na brzeg. Przynajmniej takie miałam wrażenie. Zabawne, bo już wtedy byłam pewna, że po godzinie machania rękami nie będę wstanie zostać z deską sama w wodzie. Kilka fal i byłam wykończona. Nawet nie wspomnę jak pomocny był mój instruktor w płetwach.  Zabawa była przednia. Adrianowi szło świetnie. Raz dwa i już stał na nogach. Mi się kilka razy nie udało, ale to dlatego że wstawałam za wolno. Nie zmienia to faktu że szło nam dobrze, a najważniejsze że mieliśmy z tego ubaw. Oczywiście wypiłam pół oceanu i dostałam „z fali” niezliczona ilość razy, ale kto by o tym pamiętał.

Myślę że jak na pierwszy raz i nawet nieźle nam szło. Fale były znacznie większe, ale tam gdzie już aparat nie sięgał.

Po godzinie myślałam już tylko o obiedzie, który za chwile wjedzie. A surfing to świetna sprawa. Mam nadzieję, że przyjdzie kiedyś czas, że nauczę się surfować.

Na obiad zjedliśmy ceviche z ryby na przystawkę, które było przepyszne, a na drugie danie była tortilla z langustą i sałatka z mango i jakimiś warzywami. Jak dla mnie petarda. Na dodatek obok obcinali  palmę i mogliśmy sobie zabrać po kokosie – najlepiej. Całość popiliśmy pisco sour typowym peruwiańskim drinkiem na plaży.

Dzień na słoneczniej plaży był jak najbardziej udany.

Wieczorem poszliśmy coś przekąsić i zobaczyć co się dzieje w mieście. Klaudia niestety się trochę rozchorowała, więc została.

Skusiliśmy się na papa rellena czyli ziemniaka, który był wcześniej ugotowany, rozgnieciony, ulepiony w kulkę, obtoczony w bułce i usmażony. Tradycyjne jedzenie uliczne za 1 sol. Czasami można w środku znaleźć kawałek kurczaka (nam się nie udało). Później zaszaleliśmy i kupiliśmy po kawałku pizzy. I tutaj wspomnę jakimi Peruwiańczycy są mistrzami marketingu. 1/4 pizzy kosztowała 6 soli, a kupując całą pizze czyli 4 kawałki trzeba by było zapłacić 25 soli. Schemat „im więcej kupisz tym więcej zapłacisz” tylko w Peru. Cóż, może dla miejscowych to logiczny układ?!

Następnego dnia rano ruszyliśmy do Chachapoyas.

Autobus był pełen głośnych ludzi, a na dodatek było tak gorąco, że ledwo wytrzymywaliśmy. A dla nich? Idealne środowisko. Plan zakładał, że dojedziemy do Piura (185km/30 Soli) i stamtąd kolejnym autobusem do celu. Niestety na przystanku okazało się, że autobusy do Chachapoyas odjeżdżają z Chiclayo, czyli miasta oddalonego o jeszcze ponad 200 kilometrów od Piura. Dopłaciliśmy 10 soli i bez większego wyboru pojechaliśmy dalej.  Droga była długa i pustynna. Miasteczka brudne i zaniedbane. Śmieci walające się wszędzie. Smutny widok.  Niby powinniśmy być już przyzwyczajeni do tego, ale w sumie ja jakoś nie mogę. Niektóre z tych miasteczek ucierpiały przez El Nino, który nawiedził Peru w styczniu tego roku (jeśli chcecie wiedzieć więcej o El Ninio to odsyłamy do Wikipedii).

Po dojechaniu do Chiclayo musieliśmy się przejść kawałek na inny dworzec i tam złapaliśmy nocny autobus, a właściwie bus do Chachapoyas. Na miejscu byliśmy z samego rana i idąc w ślady Klaudii  zatrzymaliśmy się w tym samym hostelu. Skromny, trochę było w nim  zimno i śmierdząco, ale był bardzo tani dlatego też nie było co wybrzydzać.

Oczywiście na rynku był remont i nie mogliśmy zobaczyć głównego placu w pełnej okazałości, ale nie zmieniło to faktu, że miasteczko było całkiem urocze. Co ciekawe spotkaliśmy Peruwiańczyka, który zagadał do nas słowami „czy Wy mówicie po Polsku” zadając to pytanie w języku polskim. O jakie było nasze zaskoczenie, wymieniliśmy kilka zdań i się rozeszliśmy. Okazało się że mieszkał w Polsce przez kilka lat.

W Chachapoyas mieliśmy do zrobienia dwie rzeczy. Kupić mi buty trekkingowe oraz pójść na wycieczkę pieszą na wodospady Gocta. Zaczęliśmy od tego drugiego. Oczywiście nie chcieliśmy zrobić tego z wycieczką, bo dobrze wiedzieliśmy, że możemy to zrobić sami, dlatego też szybciutko zorientowaliśmy się jak tam dojechać i na drugi dzień z rana pognaliśmy na autobus. Ten za 5 soli dowiózł nas do miejsca, z którego musieliśmy wziąć mototaxi. Po ostrych negocjacjach również on podrzucił nas za 5 soli na osobę do San Pablo. Niestety już wtedy troszkę padało. San Pablo kupiliśmy bilety wstępu za 10 soli i postanowiliśmy wypić herbatę w miejscowej knajpce, bo deszcz rozhulał się na całego.

Gdy tylko lekko się rozpogodziło ruszyliśmy. Wyposażeni w adidasy i kurtki wodoodporne (choć mój softshell z AWF-u już trochę stracił swoją „moc”) ruszyliśmy w las. Ścieżka usłana była błotem i co tu dużo mówić, końskim łajnem, bo tutaj można sobie konia wypożyczyć jak dupsko leniwe. Deszcz wcale nie przestawał padać, ale mimo wszystko staraliśmy się zachować dobry humor, nawet jak już  adidasy nam przemokły na dobre.

Droga w stronę wodospadu nie należała do najprzyjemniejszych. Dodam, że rewiry te, to już skrajne obszary Amazonii stąd ta bujna roślinność.
Most w trakcie remontu nie ułatwiał sprawy, musieliśmy obejść go bardzo błotnistym szlakiem,

Po niecałych 2 godzinach dotarliśmy do miejsca gdzie ścieżka prowadziła na drugą stronę rzeki. Stąd można było pójść jeszcze 2 km w górę, bliżej wodospadu, na kolejny punkt widokowy. Jednak nadrabianie 4 km w deszczu nie było nam na rękę, tym bardziej, że przed nami było jeszcze dobre 6km drogi powrotnej po drugiej stronie rzeki. Wodospad był ogromny, choć ciężko go było dojrzeć w tej lipnej pogodzie. Mgła czy chmury, w każdym razie coś go zasłaniało. Na szczęście cierpliwie (w tym deszczu) czekaliśmy i udało się. Cascada Gocta robił naprawdę spore wrażenie. Nawet przy tej pogodzie. Jest on całkiem wysoko w rankingu najwyższych wodospadów na świecie (nie podam wam dokładnie, bo różne źródła podają bardzo rozbieżne informacje).

Chmury co rusz zasłaniały i odsłaniały nam ten piękny widok.

Po wykonaniu serii zdjęć w stylu „na morka kurę” ruszyliśmy dalej, bo już nawet nasze majtki zaczynały być przemakać. Droga do miejscowości Cocachimba była długa i usłana błotem. W dodatku dość stroma przez co każdy z nas zaliczył spotkanie z podłożem przynajmniej raz 🙂 Aby przedostać się na drugą stronę rzeki musieliśmy zejść po stromym zboczu małymi serpentami ponad 300 metrów w pionie. Końca nie mogliśmy się doczekać.

Dorośliśmy na dół, od tego momentu jeszcze 5 km drogi powrotnej.

Ogólnie nie byliśmy za dobrze przygotowani, żadnych przekąsek i chyba wody też nie. I o ile pić nam się nie chciało to mi i Klaudii bardzo brakowało kalorii. Z każdym krokiem szłyśmy wolniej, a i głupawka nam się wdzierała do głowy. A droga końca nie miała. Zakręt za zakrętem. Jak napotkaliśmy na domek, w którym pan sprzedawał banany i sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy to oczy nam zabłysnęły.

Po długiej ciężkiej wędrówce dotarliśmy do miejsca, w którym załapaliśmy się na podwózkę za 3 sole do głównej drogi, a tam złapaliśmy stopa do samego Chachapoyas.

Na szczęście w drodze powrotnej trochę się przejaśniło i przestało padać.

Na drugi dzień Klaudia zaplanowała odwiedzić ruiny, na które ostatecznie nie zdążyła dojechać, a my wybraliśmy się w poszukiwaniu butów. Za 120 soli udało się kupić takie, które mam nadzieję wystarczą do końca naszej podróży. Moje ukochane adidasy umbro z Lidla za 70 pln musiały odejść do lamusa.

Aaaa i jeszcze bym zapomniała. Nasze  mokre adidasy daliśmy do suszenia, bo przecież ciekło z nich ciurkiem. I dostaliśmy je w nowej formie. Najwidoczniej panie nastawiły suszarkę na taką temperaturę, że moje i Adriana się skurczyły, dosłownie wstąpiły, a Klaudii przetopił się plastik. Cóż więcej trzeba mówić?!

Z Chahcapoyas ruszyliśmy do Trujillo. Plan zakładał, że Klaudia jedzie tam na dwa dni, na surfing i zwiedzić kolejne ruiny, a my zostajemy tam tylko dzień bez nocki i później razem spotykamy się znowu w Huaraz. Jednak plany planami.

Droga nocnym autobusem do Trujillo miał trwać 8 godzin. Ja, żeby się nie męczyć wzięłam tabletki na chorobę lokomocyjną zakupione w Panamie (te z końską dawką). Po jakimś czasie zaczęłam spokojne zasypiać i wówczas wydarzyło się coś dziwnego, co z wersji przytomnego Adriana wyglądało tak: W pewnym momencie autobus się zatrzymał i stał przez 2-3 minuty w międzyczasie próbując lekko cofać do tyłu. W tym samym czasie w oddali słychać było syreny policyjne i kilka głuchych huków, niczym strzały, ale każdy w autobusie spokojnie siedział i nie reagował. Nagle na górny pokład autobusu wpadł mężczyzna z obsługi i zaczęła krzyczeć coś po hiszpańsku. Nagle wszyscy zaczęli zasłaniać okna i chować głowy, wkradła się mała panika. W tym czasie ja się wybudziłam i lekko już ogłupiona panamskim specyfikiem oczywiście zaczęłam wyglądać przez okno. Zobaczyłam, że autobus się delikatnie cofa, a u jego boku jest jedna wielka ciemna przepaść, więc pomyślałam – kierowca nie wyrobił na zakręcie (w końcu jeżdżą jak oszołomy) i spadamy. „Sekundę” później, jak trochę się ocknęłam, powiedziałam Adrianowi, żeby schował komputer głęboko i udawał, że śpi, bo to na pewno jest napad z bronią (przecież tyle słyszy się o tych nocnych napadach na autobusy…) na co ten popatrzył na mnie jak na szaloną. Klaudia natomiast po chwili wyjęła zatyczki z uszu i niczego nie świadoma zaczęła pytać o co chodzi? Ale sami nie umieliśmy jej odpowiedzieć na to pytanie. Nie minęło kolejne 2-3 minuty i już jechaliśmy dalej. Klaudia spoglądając za okno zauważyła po swojej stronie człowieka z bronią, jednak nie dało się po nim rozpoznać czy to policjant, czy napastnik, czy może jeszcze ktoś inny. Co się wydarzyło na drodze? Tego już się chyba nigdy nie dowiemy. Ja natomiast boje się brać panamskie tabletki.

O Trujillo, do którego zajechaliśmy nad ranem rozpisywać się nie będę. Mieścina brzydka, plaża też, oczywiście, po raz kolejny główny plac w remoncie. A my niestety musieliśmy zostać tam na noc bo okazało się, że w żadnym autobusie do Huaraz nie ma 2 wolnych miejsc tego wieczoru. Tym sposobem przyłączyliśmy się do planu z Klaudii, ku jej uciesze. Coś tam połaziliśmy, coś zjedliśmy. Pojechaliśmy na plaże, która podobnie jak ta w Mancora słynie z rewelacyjnych warunków do surfowania, ale tym razem było zimno, więc z surfingu nici. W drodze do hostelu zahaczyliśmy o ruiny i muzeum Chan Chan. Wstęp 10 soli.  Drugiego dnia ja i Klaudia wybraliśmy się na kolejne ruiny Temple of the Sun and Temple of the Moon pod Trujillo (10 soli). Adrian doszedł do wniosku, że kolejne ruiny jakie chce zobaczyć to będzie Machu Picchu, a do tego miał trochę rzeczy do zrobienia, więc postanowił poczekać na nas w Hostelu. Ostatecznie byliśmy trochę źli że tu utknęliśmy i tracimy swoją aklimatyzację z Chachapoyas, bo kolejnym celem znów były góry  i to wysokie. A z drugiej strony zawsze to nowe miejsce zaliczone i to takie mało turystyczne, czyli tak jak lubimy, dlatego staraliśmy się brać co można.

Kościół przy głównym placu w centrum Trujillo.
Plaża w Huancarute, oddalonego od Trujillo o 15 km. Ponoć jedna z lepszych miejscówek do surfowania…
Nam średnio przypadła do gustu. a i ceny były niemal dwukrotnie wyższe niż w Mancora.
Korytarze w ruinach miasta Chan Chan.
Główna część ruin.
Trwająca nadal odkrywka archeologiczne w okolicach muezzin i ruin. Wygląda na to, że tu piramidy też były popularne.
Droga powrotna z ruin Chan Chan. Taki pustynny klimat jak tu panuje niemal na całym wybrzeżu Peru.

Wieczorem po owocowej kolacji udaliśmy się na dworzec i ruszyliśmy do, jak się później okazało, jednego z moich ulubionych miejsc w Peru – Huaraz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *