Pierwszy przystanek w Boliwii – Copacabana i jezioro Titicaca.

Po tygodniu spędzonym w Arequipie nadszedł czas, aby  opuścić Peru. Spędziliśmy w tym kraju ponad miesiąc i muszę przyznać, że do tej pory jest to najbardziej wyeksplorowany przez nas kraj, zaraz po rodzimej Polsce. Teraz nadszedł czas na Boliwię, w opinii niektórych siedlisko chorób i zarazy, według innych piękny, niedrogi i przyjazny kraj. Jak jest na prawdę? Będziemy mieli okazje sprawdzić przez najbliższe 12 dni.

Aby wydostać się z Peru po raz kolejny, złapaliśmy nocny autobus. Najpierw do Puno, a później do naszego pierwszego przystanku w Boliwii, czyli Copacabany. Tak wygodnym autobusem jak z Arequipa do Puno jeszcze nigdy nie mieliśmy okazji jechać. Mimo, iż wybraliśmy jedna z najtańszych opcji, czyli około 22zł za 280 kilometrów, otrzymaliśmy bilet na dwupiętrowy autokar z trzema rzędami super szerokich foteli z podnóżkami, które rozkładały się niemal do poziomu. Mnóstwo miejsca, wygodna pozycja do spania i żadnych nieoczekiwanych przygód. Gdy dojechaliśmy na miejsce około 5 rano, wcale nie mieliśmy ochoty opuszczać tych komfortowych siedzeń… kto by pomyślał.

Pierwszy autobus do Copacabany odjeżdżał o 6.00, ale ze względu na znacznie lepsze warunki cenowe zdecydowaliśmy się na kolejny o 7. Czas na dworcu minął szybko, a druga część podróży odbyła się regularnym autobusem, klasy polskiego PKS. Na szczęście były to tylko 4 godziny, w czym około 50 minut spędzonych poza autobusem na granicy, gdzie wszyscy robili odprawę lub rozmieniali walutę. Z granicy do Copacabany było już tylko 8 kilometrów. Zanim jednak dojechaliśmy do ostatniego dla nas przystanku, na granicy miasta do autobusu wsiadł starszy mężczyzna i nie wiele wyjaśniając oznajmił, że zbiera od każdego po 2 sole albo 4 boliviany, czyli troszkę ponad 2 złote. W zamian wydawał jakieś bileciki, a do tego był ubrany w uniform, dlatego domyślam się, że mogło to być coś w rodzaju podatku miejskiego. Jedyne co było dziwne to to, że opłaty zbierał od wszystkich, a nie wszyscy zostawali w Copacabana. Część osób jechała bezpośrednio do La Paz.

Na granicy Peru-Boliwia, kwitł handel uliczny. Mogliśmy dzięki temu wydać nasze ostatnie drobne.

Autokar wysadził nas niemal w samym centrum miasteczka. Nie mieliśmy jeszcze wybranego żadnego miejsca na nocleg, więc rozglądając się na około zlokalizowaliśmy najbliższy hostel i po przejściu 3 metrów byliśmy już w środku. Cena, 15zł za osobę w pokoju 3 osobowym, okazała się na tyle kusząca, że szybko się zdecydowaliśmy. Jak się później okazało przez 2 noce nikogo nam do pokoju nie dołożyli, także mieliśmy w pewnym sensie pokój prywatny.

Copacabana to małe miasteczko położone nad jeziorem Titicaca, trzecim pod względem wielkości jeziorem w Ameryce Południowej, które równocześnie jest najwyżej położonym (wysokość lustra 3812m n.p.m.) jeziorem żeglownym dla dużych statków i zarazem największym jeziorem wysokogórskim na ziemi (ma 190 km długości i 80 km w najszerszym miejscu). Z drugiej strony dookoła miasta rozciągają się mniejsze i większe wzniesienia. I jak tylko je zobaczyłem to już wiedziałem, gdzie mnie nogi poniosą. Miasteczko jest dosyć turystyczne, a najpopularniejsze tutaj są atrakcje wodne i wycieczka na wyspę Isla del Sol. Jednak my po głębszym rozpoznaniu tematu na wyspę się nie zdecydowaliśmy. Mimo tego, że wycieczki były relatywnie tanie, wydawały nam się trochę bez sensu, bo na 5 godzin wycieczki, 4 spędza się na wolnej łodzi, która 16-kilometrową drogę w jedną stronę, pokonuje w 2 godziny. Alternatywą jest popłynięcie tam na noc, ale główną atrakcją wyspy jest cieszenie się naturą i gwieździstym niebem, a takich doświadczeń na tej wyprawie i ogólnie w swoim życiu mieliśmy już dużo, dlatego zdecydowaliśmy się na inną aktywność.

Jedna z głównych (turystycznych) ulic Copacabany.

Po zameldowaniu się w hostelu i zostawieniu plecaków ruszyliśmy w poszukiwaniu kawy, równocześnie zwiedzając mijane uliczki i sklepy z pamiątkami. Ciekawym zwyczajem na jaki trafiliśmy to święcenie samochodów, które tutaj odbywa się codziennie, a pojazdy są przyozdabiane kwiatami. Ponoć w niedziele święceń jest najwięcej i odbywają się między 10 a 17. Cóż trafiliśmy idealnie, bo była niedziela, a zegarek wskazywał godzinę 14.

Kotwica postawiona nad samym jeziorem Titicaca.

Na głównym placu znaleźliśmy kawiarnie, która szybko przypadła nam do gustu. Mały lokal prowadzony przez parę starszych amerykanów, którzy do Copacabany przyjechali na półtora roku i tak już sobie tam żyją od 7 lat… Przez 4 dni w tygodniu prowadzą kawiarnie, a przez pozostałe 3 pracują nad różnymi projektami z ludnością lokalną.

Kawa za 5zł z nielimitowaną dolewką i do tego domowe wypieki w przystępnej cenie… Od razu przyznam się, że wracaliśmy tam przez kolejne 2 dni. Poza pyszną kawą otrzymaliśmy też sporo informacji nt. miasteczka i tego co warto zobaczyć. Zaplanowaliśmy dłuższy trekking na dzień kolejny, a w tym samym postanowiliśmy pokręcić się po turystycznym wybrzeżu i odwiedzić górę Cerro Calvario, która jest położona w bezpośrednim sąsiedztwie miasteczka.

Jest to wzniesienie związane z obrzędami religijnymi. Wchodząc na jej szczyt mijaliśmy betonowe krzyże, a dokładnie 14 krzyży oznaczających stacje drogi krzyżowej. Sama droga na górę dla wielu mogła być dosłowną „drogą krzyżową”, bo góra wznosiła się niemal 150 metrów nad taflę jeziora i około 115 nad miejsce, z którego zaczynała się oficjalna ścieżka. Tą różnicę wysokości trzeba było pokonać na odcinku 600 metrów, po części kamienną pochyłą ścieżką i po części kamiennymi schodami. Dodam jeszcze, że wszystko było dobrze wyślizgane, i że cały czas mowa o wysokości rzędu 4000 m n.p.m. Dlatego też, każdy przyjezdny z „nizin” odczuje ten wysiłek znacznie bardziej.

Na samej górze zastaliśmy kolejne krzyże z kapliczkami oraz miejsca, gdzie ludzie zapalali kolorowe woskowe świeczki, przez które w powietrzu unosił się zapach dymu. Okazuje się, że w tzw. Good Friday (Wileki Piątek) przybywają tu pielgrzymi z okolicy. Niektórzy pokonują nawet na piechotę trasę 160 km z La Paz. Wszystko po to, aby się pomodlić i złożyć dary dla Dziewicy w nadziei, że zostanie im to wynagrodzone w ciągu roku. Jest to ich pokuta. Poza tym po drodze na górę można spotkać szamana, który chętnie powróży z liści koki.

Krzyże na szczycie Cerro Calvario.
„Kapliczki” w których zapalano świeczki.

Na górze nie zabrakło też babeczek sprzedających różne rzeczy. Oczywiście od świeczek, przez napoje, piwo czy zabawki. Widok jaki rozciągał się na około był imponujący, więc wiele osób przychodziło tam tylko w celu zaspokojenia wrażeń wizualnych, pomijając te religijne obyczaje góry. Niestety miejsce to miało jeden duży minus… Było mocno zaśmiecone.

Widok z góry na Copacabanę.
Na górze spędziliśmy trochę czasu siedząc i podziwiając widok na jezioro.

Po zaspokojeniu oczu widokami, ruszyliśmy z powrotem do miasteczka. Spędziliśmy jeszcze trochę czasu nad jeziorem, a następnie wróciliśmy do hostelu, gdzie Ania przygotowała nam wyśmienite spaghetti. Na tej wysokości, jak tylko zajdzie słońce robi się zimno, dlatego przez resztę wieczoru już nigdzie nie chciało nam się ruszać.

Kolejny dzień również zaczęliśmy od kawy u Amerykanów i właściwie śniadania – Ania zjadła ciasto owsiane, a ja pokusiłem się na coś w rodzaju empandasa, ale o wiele większego niż zazwyczaj i z lokalnym serem w środku. Następnie ruszyliśmy na kilkunastokilometrowy spacer po okolicznych terenach. Na celowniku były pewne ruiny i najwyższa góra w okolicy. Ruszyliśmy drogą asfaltowa w stronę granicy z Peru. Po 3.5 kilometrach znaleźliśmy odpowiednią drogę gruntową, w którą należało skręcić, a po kolejnych kilkuset metrach ścieżkę w stronę ruin. Szlak był oznakowany, ale niestety w wieku miejscach pozostały same słupki bez znaków, więc troszkę też pobłądziliśmy. Jednak dzięki temu mieliśmy bardzo ciekawą końcówkę. Zamiast ścieżki i kamiennych schodów zrobiliśmy sobie małą wspinaczkę po skałach. Miejscami całkiem wymagającą i angażującą wszystkie kończyny. Tym sposobem doszliśmy do ruin od tyłu. Dobra nie wiem jak to określić, bo nie znam lepszego słowa niż „ruiny”, ale to był jakiś śmiech, a nie ruiny. Kilka kamyków ułożonych jeden na drugim i w ten sposób jakby wytyczone granice zabudowań. Ale w sumie niczego spektakularnego się nie spodziewaliśmy, bo inaczej już dawno byłoby to obiletowane i ktoś organizowałby tam wycieczki. A tak, poza nami zupełnie nikogo tam nie było, więc mogliśmy się cieszyć miejscem i świetnymi widokami. Zrobiliśmy sobie przerwę, aby coś przekąsić i nacieszyć oczy, a następnie ruszyliśmy dalej.

Jak widać na załączonym obrazku, trekking nam się podobał.

Od ruin do najwyższej góry dzieliła nas odległość około 4 kilometrów. Najpierw trochę w dół, a następnie tylko do góry. Szło się przyjemnie, ale gdzieś za połową drogi zauważyliśmy, że za naszymi plecami zbierają się ciemne chmury, a daleko na horyzoncie już widać deszcz. Widząc, że wiatr dość mocno kręci, założyłem, że damy radę obrócić w dwie strony i nie zmoknąć, ale dla pewności podkręciliśmy tempo. Chmury jednak nie dawały za wygraną i nacierały w naszą stronę. Nie sprawdzałem zegarka, więc nie jestem świadomy ile zajęła nam ta trasa, ale wydawało nam się, że droga upływa szybko i bardzo sprawnie nabieramy wysokości. Także mając jeszcze słońce nad głową dotarliśmy na najwyższy szczyt położony w bezpośrednim sąsiedztwie Copacabany. Aplikacja Maps.me wskazała wysokość 4194 m n.p.m. czyli znaleźliśmy się prawie 400 metrów ponad taflą pobliskiego jeziora Titicaca. Widok w zupełności nas usatysfakcjonował.

Droga na szczyt. Gruntowa i przejezdna, bo na szczycie stoi kilka anten GSM.
Widok na Copacabanę, niemal „z lotu ptaka”.

Na szczycie znajdowała się też masa nadajników i anten ogrodzona wysokim płotem. Obeszliśmy cały teren dookoła, zrobiliśmy trochę ujęć i ruszyliśmy w dół, bo ciemne chmury były już coraz bliżej, a wiatr przeciskający się między stalowymi konstrukcjami anten, wydawał dziwne odgłosy i wzbudzał w nas niepokój. Gdy tylko zaczęliśmy schodzić, wiatr przybrał na sile, proporcjonalne do tego zwiększyły się też nasze kroki i ich częstotliwość. Nie biegliśmy, ale tempo było spore i łapaliśmy każdy możliwy skrót, bo ze szczytu do centrum miasteczka mieliśmy 3.5 kilometra. Było co iść, szczególnie, że w nogach mieliśmy już pokonane ponad 10 kilometrów. Na szczęście szło się sprawnie, ale im bliżej celu byliśmy tym bardziej wiało, naokoło zaczęły rozlegać się grzmoty i bardzo się kurzyło. Nie tylko spod naszych nóg, ale wszędzie na około.

W takich miejscach zawsze mam ochotę zatrzymać się na dłuższą chwilę.
Usatysfakcjonowani.

Gdy wkroczyliśmy do miasta ulice były niemal opustoszałe, a wiejący wiatr tylko podrywał śmieci i kurz, które razem wirowały z kąta do kąta. Byliśmy głodni, więc udaliśmy się do lokalnej knajpy, aby tam się posilić i przeczekać to co nadejdzie. Za 15 złotych zamówiliśmy 2 obiady dwudaniowe, a w trakcie naszego posiłku na zewnątrz zaczął padać grad. Całość nie trwała długo i poza gradem nic więcej się nie wydarzyło. Zapowiadało się groźnie, ale widocznie przeszło gdzieś bokiem. Zadowoleni, że nie zmokniemy oraz z nasyconych brzuchów, wróciliśmy do hostelowego pokoju, gdzie spędziliśmy resztkę wieczoru.

Centrum Copacabany, ciemne chmury nadciągają na plac główny.

Kolejny dzień, jakżeby inaczej, zaczęliśmy od kawy u Amerykanów. Mimo iż okazało się, że tego dnia knajpka była zamknięta zastaliśmy ich na miejscu i byli na tyle mili, że przygotowali nam kawę i spędzili z nami około 20-30 minut na rozmowie. Ukontentowani napojem i towarzystwem ruszyliśmy złapać na ulicy jeszcze coś do jedzenia, a następnie po plecaki do hostelu, aby już z pełnym ekwipunkiem ruszyć na autobus do La Paz.

Nie rezerwowaliśmy nic wcześniej tylko wzięliśmy lokalny autobus, który w pierwszej połowie dnia odjeżdża mniej więcej co godzinę (20 bolivianos). Ja jak zwykle w autobusie zajmowałem się pisaniem, dlatego czas upływał mi szybko. Po drodze musieliśmy wziąć prom przez fragment jeziora Titicaca. Dlatego zgodnie z rekomendacją Amerykanów opuściliśmy autobus i przepłynęliśmy łodzią, a autobus popłynął równolegle z nami na niewielkiej barce. Muszę przyznać, że jak na jezioro fale były duże i gdy widziałem jak nasz autobus buja się na tej barce, to aż byłem pod wrażeniem naginania praw fizyki ;). Poza tym pływające autobusy i ciężarówki na małych barkach, to był bardzo interesujący widok.

Barki jakimi transportowano pojazdy, w tle jedna z nich w trakcie kursu.

La Paz przywitało nas manifestacją na ulicy. Grupa ludzi i płonący ogień na środku 3 pasmowej drogi wjazdowej skutecznie blokowała ruch, dlatego musieliśmy robić małe objazdy. Jednak bezpiecznie udało się dotrzeć do centrum.

Przed nami dwie stolice Boliwii, które ponoć są zupełnie różne. Już nie możemy się doczekać, kiedy będziemy mogli to zweryfikować i Wam opisać w kolejnym poście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *