Podróż przez Panamę do Portobelo i Puerto Lindo.

Bocas opuściliśmy w czwartek – było to zamierzone, bo czekało na nas ponad 700 kilometrów drogi do portu w Portobelo, gdzie chcieliśmy złapać jachtostop do Kolumbii. Wiedząc jak idzie z przemieszczaniem się w Ameryce Środkowej, zakładaliśmy, że trasa ta może nam zająć 2 dni. Co ma czwartek z tym wspólnego? A no to, że planowaliśmy jechać stopem, a gdyby była tragedia z łapaniem, to wzięlibyśmy autobus. Nauczeni doświadczeniem z Nikaragui, na tygodniu spodziewaliśmy się większego ruchu na drodze i częstszych kursów autobusów niż w weekend. Padło więc na czwartek.

Z naszego Nomadowego domku ruszyliśmy o 9.30 taksówką do miasta. Później chwila oczekiwania na łódkę, która po 30 minutach dowiozła nas na stały ląd i na końcu kilometr z buta w stronę drogi wylotowej z miasteczka. Chcieliśmy dojść do miejsca skąd odjeżdżają autobusy do Panama City, aby zorientować się ile pozostało wolnych miejsc w autobusie, który miał odjeżdżać za 6 godzin. Tak się idealnie składało, że w tym samym miejscu spotykała się droga wylotowa z miasta i główna droga prowadzącą od granicy z Kostaryką. Lepszego miejsca do łapania stopa w okolicy nie było! Plan był taki że łapiemy tam do skutku, a jak nic się nie uda, to bierzemy autobus o 17. Autobus miał kosztować aż $34, ale poza stopem innej alternatywy nie było. A biorąc ten o 17 (były dwa, pierwszy odjechał o 9 rano) zaoszczędzilibyśmy na noclegu, bo do Panamy było 600 kilometrów, które ten autobus pokonywał w 12 godzin.

Porty taksówek wodnych na Bocas del Toro.

Idąc w stronę wyżej wspomnianego przystanku autobusowego rozglądaliśmy się za kartonem do łapania stopa. Udało nam się go znaleźć przy sklepie w połowie drogi. Karton do ręki i maszerujemy dalej. Dwie minuty później, 300 metrów przed przystankiem zatrzymał się obok nas samochód, a w nim dwójka młodych białych ludzi. Zapytali po angielsku, czy potrzebujemy podwózki. Odpowiadając pytaniem na pytanie, zapytaliśmy dokąd jadą. Oczywiście, odpowiedź nic nam nie mówiła, więc zapytałem jak daleko to stąd i czy jest to po drodze do Panama City? Kierowca odpowiedział, że będzie to około 3 godziny jazdy w naszą stronę. Banan na twarzy i pakujemy się do auta.

Była to parka z Niemiec, Olek i Zosia – przyjmijmy dla uproszczenia. Przylecieli do Panamy na 3 tygodnie i zwiedzają różne rejony tego państwa. Tak jak my wracali z Bocas, gdzie spędzili kilka dni. Bardzo sympatyczni. Poza małym incydentem na początku, gdzie zatrzymała nas policja i Olek dostał $50 mandatu za przekroczenie prędkości, droga mijała bardzo sprawnie i sympatycznie. Generalnie na Olku mandat nie zrobił żadnego wrażenia. Całość zatrzymania trwała może 5-7 minut, przy tym Ania mogła trochę pomóc przy tłumaczeniu hiszpańskiego ;). W trakcie jazdy sprawdziłem na mapie miejsce do którego zmierzają i okazało się, że podrzucą nas 210 kilometrów, czyli więcej niż 1/3 drogi do Panama City. Najs!

Przez większość drogi towarzyszył nam teren górzysty, więc Ani zaczęła udzielać się choroba lokomocyjna. Bardzo źle się czuła i połowę drogi spędziła z zamkniętymi oczami, leżąc. Musze przyznać, że mimo wszystko bardzo dzielnie dawała radę. W połowie drogi przebijaliśmy się przez najwyższe partie gór i w pewnym momencie wjechaliśmy w ciężkie, nisko zawieszone chmury. Widoczność spadła do 20 metrów i do tego zaczęło padać. Na szczęście ten stan nie utrzymał się długo. Jedynie deszcz pojawiał się i znikał co jakiś czas. Górzyste krajobrazy za oknem, urozmaicały podróż, przejeżdżaliśmy nawet przez sporą tamę, na górskim jeziorze.

Po trzech godzinach jazdy zbliżaliśmy się do miejsca, w którym mieliśmy wysiąść. Gdy sprawdziłem mapę okazało się, że już jesteśmy już z 10 kilometrów za miejscem gdzie Olek i Zosia powinni zjechać, a my wysiąść. Pomyślałem, że widocznie źle zrozumiałem nazwę miejscowości i jest to trochę dalej. Jechaliśmy nadal w stronę Panama City, więc się ucieszyłem i olałem temat. Każdy kolejny kilometr w stronę Panama City był nam na rękę, tym bardziej że miejsce, gdzie był tamten zjazd było przeciętne do łapania kolejnego stopa.

Dwie godziny później i 150 kilometrów dalej, gdy po raz kolejny zapytaliśmy, gdzie jadą i gdzie możemy wyskoczyć Olek i Zosia zorientowali się, że przejechali swój zjazd o 150 kilometrów! O zgrozo dobrze zrozumiałem nazwę i to był owy zjazd.

Przypomniała mi się tu pewna historia sprzed wielu lat, którą czytałem w gazecie. Pisali o tym jak GPS potrafi być zgubny i że trzeba myśleć jak się go używa. Jednym z kilku przykładów w tym artykule była kobieta z Niemiec, która wyjechała po swoją przyjaciółkę, na lotnisko poza miastem. Trasa robiła po GPSie, bo miała kilkadziesiąt kilometrów do celu i jak to z lotniskami bywa, był dość skomplikowany dojazd. Ponoć dopiero w Chorwacji zorientowała się, że coś poszło jej nie tak 😀

Śmiać mi się chciało okrutnie. Olka mogę usprawiedliwić tym, że on w przeciwieństwie do kobiety wyżej, GPSu nie używał, mimo iż miał internet w telefonie. Widziałem, że rzucał okiem kilka razy na mapę ale ubzdurało mu się, że musi dojechać do Santiago de Veraguas i tam odbić na południe. A fakt był taki, że na to południe musiał odbić 150 kilometrów przed Santiago. My się cieszyliśmy wiadomo dlaczego.

Olek z Zosią stwierdzili, że nie wracają, mimo iż mają tam zarezerwowany pokój. Postanowili zatrzymać się w Santiago w McDonald’s coś zjeść i pomyśleć nad innym miejscem, gdzie będą mogli odpocząć przed powrotem (zostało im 4 dni do samolotu). Pomysł z McD nam się spodobał, bo wiadomo, tam zawsze jest internet, a chcieliśmy sprawdzić jak wyglądają noclegi w Santiago. Tragicznie! Na bookingu były tylko 3 hotele w mieście, z czego pierwszy 4-gwiazdkowy za $90, a przy pozostałych dwóch widniała informacja, że miejsca są wyprzedane. Na AirBNB jedna oferta za $100. Dramat! Zadecydowaliśmy że trzeba jechać dalej. Była 16.30, wiec mieliśmy jeszcze trochę czasu aby coś ogarnąć. Sprawdziłem jak wygląda sytuacja w Panamie i tam już było sporo miejsc dla dwóch osób za około $22. Stwierdziliśmy że koniecznie musimy się tam dostać. Pomysł był tak że stajemy na stopa, max godzina i jak nic nie będzie to łapiemy autobus. Olek powiedział, że wybrali miejsce i kilka kilometrów za Santiago skręcają na południe i jadą na jakaś plaże. Dla nas miejsce za miastem, gdzie mieli zjechać z głównej drogi było idealne do łapania stopa. Cały ruch z miasta w stronę Panamy by nas mijał, więc ruszyliśmy z nimi. Sześć kilometrów dalej opuściliśmy samochód, pożegnaliśmy się i zabraliśmy się za łapanie kolejnej podwózki.

Ania dzielnie łapała stopa. ruch był duży (mimo iż tego nie widać na zdjęciu) ale niestety bez skutku.

Niestety, przez 50 minut nikt się nie zatrzymał. Dobra wiadomością było natomiast to, że autobusy do oddalonej o 240 km Panamy kursowały dość często i chętnie się zatrzymywały w miejscu, w którym staliśmy. Po tych 50 minutach stwierdziliśmy, że łapiemy kolejny autobus, bo po pierwsze zaczynało się ściemniać, a po drugie chcieliśmy dojechać do Panamy przed 22. Za całe $9 dojechaliśmy bezpiecznie do celu. Na miejscu wzięliśmy nocleg za $ $25 za pokój – jedna z najtańszych opcji. Hotel w miarę spoko, tylko dzielnica ponoć kiepska, natomiast godzina była taka, że i tak się już nigdzie nie mieliśmy zamiaru wybierać.

Kolejnego dnia ruszyliśmy do miasteczek portowych Portobelo i Puerto Lindo, gdzie chcieliśmy spróbować złapać jakiś jachtostop do Kartageny w Kolumbii. Ze stolicy Panamy wzięliśmy lokalny autobus ($3.15/osoba). Niestety nie bezpośredni, bo takiego nie było. Po drodze mieliśmy jedna przesiadkę w Sabanitas ($2/osoba). Poza tym, że oba autobusy były wypchane po brzegi i przez większość drogi musiałem stać było ok. W drugim leciała nawet fajna, skoczna latynoska muzyka, tylko trochę za głośno.

Chicken bus w pełnej okazałości. Zauważyliśmy taką mała zależność, im większa „dziura”, tym chicken busy bardziej „odpicowane” w kolory i – w Polsce nazwalibyśmy to – „wiejski tuning”.

Wysiedliśmy w Portobelo, bo było pierwsze na trasie. Wiedzieliśmy, że powinniśmy znaleźć Kapitana Jack, bo taką rekomendację dostaliśmy w sieci. Pierwszą napotkaną osobę w miasteczku poinformowaliśmy kogo szukamy, a ta od razy wskazała nam drogę. Tym sposobem trafiliśmy do hostelu o nazwie Capitan Jack, ale jak się okazało urzędował w nim Kapitan Marcus. Poinformowaliśmy go w jakim celu przybyliśmy do Portobelo, a on zdeklarował się, że wykona kilka telefonów i popyta. Przy okazji postanowiliśmy, że zostaniemy tam na noc, bo był to jeden z najtańszych hosteli w mieście. Kolejnym krokiem jaki chcieliśmy uczynić to wyjść na miasto i porozglądać się oraz zostawić karteczki z informacją o tym, że szukamy łodzi do Kartageny. W planach było odwiedzenie miejsc, w których potencjalnie mogą pojawić się kapitanowie. Marcus polecił nam dwie restauracje, gdzie warto taką kartkę zostawić. Jednak zanim udało nam się opuścić teren hostelu wydarzyło się coś nieoczekiwanego.

Byliśmy już na zewnątrz na takim małym tarasie gdzie znajdował się hamak i stolik kiedy pod hostel podjechało auto terenowe i pickup. Oba bez rejestracji. Z tego pierwszego nagle wysiadło pięciu policjantów uzbrojonych po uszy i otoczyli budynek. Właściwie to oni byli tak uzbrojeni i ubrani, że bardziej przypominali antyterrorystów niż policjantów, jedynie kominiarek im brakowało. Po chwili z drugiego auta wysiadło kolejnych dwóch mężczyzn, ubranych już bardziej cywilnie. Weszli do hostelu i zaczęli kogoś szukać, a w międzyczasie wszyscy goście hostelowi wyszli na zewnątrz. Po sprawdzeniu terenu i odnalezieniu Marcusa z auta wyszły jeszcze dwie kobiety ubrane dość „urzędowo”. Mężczyźni z bronią cały czas obstawiali hostel z każdej strony, a pozostali ludzie razem z Kapitanem Marcusem poszli do środka. Sytuacja ta trwała przez co najmniej pół godziny, a najgorsze było to że nie pozwolono nam opuścić hostelu. Po ok 30-40 minutach wszyscy z hostelu wyszli na zewnątrz, wsiedli do samochodu i odjechali, a policjanci odeszli na piechotę bo ich auto czekało kawałek dalej. Byliśmy „wolni” i mogliśmy iść coś zjeść.

Panowie wyglądali dość poważnie,

Zapewne jesteście zaciekawieni o co chodziło? Jeśli to prawda czego się dowiedzieliśmy to po prostu sprawa rozbija się o hostel. Marcus go dzierżawi i ktoś chce ten biznes przejąć, wiec robi mu pod górkę, a że Marcus adoptował dwie dziewczynki, to ktoś wpadł na bezduszny pomysł, aby wmieszać go w pedofilie itp. Stąd pojawiła się ta federalna policja i kobiety z jakiegoś urzędu. Marcus jest specyficznym człowiekiem, ale słyszeliśmy od ludzi, że to dobry człowiek.

Ruszyliśmy na miasto, a raczej w miasteczko. Niestety nie widzieliśmy tego wcześniej, ale w Portobelo nie ma regularnej mariny, tylko wszyscy stoją na kotwicy w zatoce. Na szczęście w mieście są dwie knajpki, które są popularne wśród kapitanów, więc udaliśmy się je odwiedzić. W pierwszej zostawiliśmy ogłoszenie na przeznaczonej do tego tablicy i ruszyliśmy do drugiej, czyli Casa Vella. Na miejscu zagaił do nas Kapitan Robert (niech was nie zmyli imię, nie był Polakiem, jego akcent wskazywał na to, że pochodzi z Wielkiej Brytanii). Powiedzieliśmy, że chcemy zostawić ogłoszenie, na co zaproponował, że podzwoni i popyta ludzi czy ktoś nie wypływa do Kartageny, a następnie odezwie się na zostawiony przez nas numer telefonu. Zapytał też skąd jesteśmy. Po naszej odpowiedzi uśmiechnął się i powiedział „ta dziewczyna też jest z Polski” równocześnie wskazując palcem na dziewczynę siedzącą przy stoliku nieopodal.

Tak Poznaliśmy Julkę, młodą Polkę, która 7 miesięcy temu wyjechała z domu na dwa tygodnie do Maroko i tak się ułożyło, że jeszcze nie wróciła, a aktualnie od kilku tygodni pływa po Karaibach. Usiedliśmy razem do stolika i przegadaliśmy 2-3 godziny. Julka to bardzo miła, ciekawa i odważna osoba. Rozmawiając czas minął błyskawicznie. Gdy zrobiło się już ciemno, a Anie trochę rozbolała głowa ruszyliśmy do hostelu, równocześnie dogadując się z Julką, ze kolejnego dnia jeszcze raz spotkamy się w tej knajpce.

Nawet polska flaga znalazła się w Casa Vella – miły akcent.
Przyjemne miejsce, chętnie tam wracaliśmy.

Nazajutrz pobudkę zaplanowaliśmy na 8.30 ponieważ o 9.30 miał być autobus do Puerto Lindo, gdzie również chcieliśmy zostawić kilka ogłoszeń oraz pokręcić się po marinie. Kupiliśmy przekąskę na śniadanie i ruszyliśmy na przystanek. Autobus przyjechał o godzinie 10.40. W trakcie tego długiego oczekiwania nawet zaczęliśmy łapać stopa, ale nikt się nie zatrzymał. W międzyczasie dostaliśmy informacje od Kapitana Roberta, że ma dwie opcje za $350. Jedna to polski kapitan, który gdzieś tu pływa i może nas zabrać na granicę z Kolumbią, a druga to regularna łódź która wozi ludzi do Kartageny i mają ostatnie dwa miejsca. Z tą drugą łodzią układ był tak, że jeśli nikt nie wykupi tych miejsc po regularnej cenie $550 do końca dnia, to sprzedadzą nam je za wspomniane wyżej $350

Tablica ogłoszeń portowych, nasze już wisi w prawym dolnym rogu. Widzieliśmy też ogłoszenie innej polskiej parki sprzed dwóch miesięcy. Ciekawi jesteśmy jak im poszło.

W Puerto Lindo zrobiliśmy co było w planie, czyli pokręciliśmy się po marinie, popytaliśmy rożnych ludzi czy nie znają kogoś kto płynie do Kartageny oraz zostawiliśmy ogłoszenia w popularnych miejscach, a następnie ruszyliśmy na autobus powrotny. Gdy tylko weszliśmy do chicken busa, który podjechał po jakiś 20 minutach, poznaliśmy Mikołaja, czyli polskiego kapitana, o którym pisał Robert. Pogadaliśmy w autobusie, a później poszliśmy na kawę. Po jakiś 30 minutach rozmowy z Mikołajem zdecydowaliśmy się z nim płynąć. Kolejna godzinę spędziliśmy na dogadywanie szczegółów. Niestety nie był to jachtostop bo dogadaliśmy się na $300 na osobę plus wyżywienie. Ale ostatecznie okazało się ze przez 3 dni kręcenia się po okolicy lepszej oferty nie dostaliśmy. Samolot kosztowałby nas około $400 łącznie, ale troszkę nam zależało żeby jednak pokonać tą drogę naziemnie. Dodatkowo atrakcje, którymi zachęcał Mikołaj przemawiały do nas bardzo. Niska cena (bo regularna to $550) brała się stąd, że rejs nie był do Kartageny tylko na granicę z Kolumbią, był też krótszy o 1 dzień. Ustaliliśmy że wypływamy w poniedziałek po południu (była sobota) bo musieliśmy jeszcze wrócić do Sabatinio, aby wypłacić gotówkę, a Mikołaj chciał przygotować swój jacht do drogi.

Zatoka w Puerto Lindo.

Po spotkaniu z Mikołajem ruszyliśmy coś zjeść, a następnie do Casa Vella, sprawdzić czy jest tam Julia i spędzić z nią trochę czasu. Poza tym Julia dzień wcześniej powiedziała, że może uda jej się załatwić nam nocleg na łodzi, na której pływa i po cichu troszkę liczyliśmy na tą opcję. Julia przybyła do wybrzeży Panamy jachtostopem z Europy. W Puerto Lindo poznała Tadeusza starszego Amerykanina z polskimi korzeniami (rodzice). Od kilku tygodni mieszka na jego łodzi, która czeka tutaj na części związane z autopilotem, aby moc dalej żeglować. Natomiast Tadeusz to bardzo miły i uczynny starszy facet, który od kilku lat żegluje spędzając w ten sposób emeryturę.

Wszystko poszło zgodnie z planem i pół godziny później byliśmy już na pięknym około 30-letnim jachcie. Przegadaliśmy z Julka chyba z 4-5 godzin i poszliśmy spać. Wcześniej na jacht wrócił Tadeusz i oznajmił nam, że kolejnego dnia jesteśmy zaproszeni na śniadanie, na łódkę jego przyjaciela. Ruszyliśmy tam około 9.30 kolejnego dnia. Śniadanie przygotowały dziewczyny i było super smaczne. Następnie popłynęliśmy na ląd, aby pokręcić się po okolicy. Zostawiliśmy plecaki w Casa Vella i ruszyliśmy odwiedzić stare forty obronne, które dawno temu służyły bezpieczeństwu miasteczka i ostrzeliwały wpływające do zatoki statki nieprzyjaciela. A następnie udaliśmy się na punkt widokowy na zatokę. Nie był on jakoś wysoko usytuowany, ale widoki były bardzo zadowalające.

Śniadanie, że palce lizać - Julka jest na to dowodem ; )
Śniadanie, że palce lizać – Julka jest na to dowodem ; )
Widok na Portobelo i zatokę.

Wracając do naszej wolnej niedzieli. Było strasznie gorąco, więc poza odwiedzeniem fortów dzień minął leniwie. Na wieczór planowaliśmy ponownie pojechać do Puerto Lindo, ponieważ dogadaliśmy się z Mikołajem że przenocuje nas na jachcie już dzień przed wypłynięciem. Dodatkowo moglibyśmy tam już zostawić nasz ekwipunek i kolejnego dnia swobodnie pojechać do miasta wypłacić pieniądze i zrobić zakupy. W związku z tym około 14.30 wróciliśmy do Casa Vella po plecaki oraz pożegnać się z Tadeuszem i Julią. Niestety Julka była w tym czasie na jakiejś łodzi, gdzie wykonywała masaż pewnej pani kapitan, z która chciała przepłynąć kanał panamski. Autobus miał być dopiero o 16.30, także była szansa, że ona nas jeszcze złapie na przystanku, jak tylko wróci na ląd. Na przystanku spędziliśmy około 2 godziny, ale zdecydowaliśmy się czekać dużo wcześniej ze względu na to, że była niedziela i dużo osób nas straszyło, że autobusy jeżdżą jak chcą i tak też było, bo nasz przyjechał z półgodzinnym opóźnieniem. Wcześniej w oczekiwaniu na przystanku zjedliśmy nasz jakże niedzielny obiad, czyli tuńczyk z warzywami w puszce, a do tego chleb tostowy – już utostowany. A Julka złapała nas chwilę przed odjazdem.

Mały spacer po Forcie, wejście darmowe, a chodzenia może na 10 minut.

W Puerto Lindo z Mikołajem umówiliśmy się w knajpce, w której dzień wcześniej zostawialiśmy nasze ogłoszenie. Musieliśmy tam na niego poczekać troszkę ponad godzinę, ale czas umilało nam małe piwko oraz nadciągająca duża burza, której Ania się dość mocno obawiała. Na szczęście epicentrum przeszło bokiem, a w naszym rewirze tylko trochę popadało. Mikołaj pojawił się chwile po 19 i po krótkiej rozmowie zabrał nas na swój jacht.

Bardzo jesteśmy podekscytowani najbliższymi dniami. Wyspy San Blas, przez które będziemy płynąć są zachwalane przez wszystkich, a do tego zapowiada się kilka innych atrakcji. Czujemy że przed nami „wakacje na wakacjach”, choć może bardziej trafnym określeniem będzie „wakacje w podróży”, bo podróż to nie jest taka lekka sprawa i wakacjami zdecydowanie bym jej nie nazwał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *