Quilotoa loop: Sigchos – Isinlivi – Chugchilan – Quilotoa, 3 dni z plecakiem przez góry.

Aby moc złapać stopa z Quito do Latacungi, naszego kolejnego celu, musieliśmy wyjechać poza centrum miasta. Po porannym spacerze, zabraliśmy plecaki z hotelu i udaliśmy się na przystanek. Tam podpytaliśmy się ludzi, który autobus dowiezie nas do słynnej Panamericany, czyli drogi którą ciągnie się przez obie Ameryki z samej północy na samo południe.

Autostrada Panamerykańska – droga mająca na celu połączenie krajów obu Ameryk, od północy Alaski, poprzez Amerykę Środkową, po południe Argentyny. Tak naprawdę jest to system dróg i autostrad połączonych szeregowo, a niekiedy również równolegle ze sobą tak, aby połączyć większość krajów obu Ameryk. Łączna długość całej trasy, liczonej od kręgu polarnego na Alasce do miasta Ushuaia w Argentynie, wynosi około 25750 km. Oprócz tej trasy Panamericana ma wiele odnóg, łączących większość krajów Ameryki Południowej.”

Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Droga_Panamerykańska

Jedyne miejsce gdzie Panamericana traci swoją ciągłość to Darien Gap, czyli kilkudziesięcio-kilometrowy pas dżungli rozdzielający Panamę i Kolumbię. Nie ma oficjalnego połączenia drogą lądową między tymi dwoma państwami.

Gdy wysiedliśmy z autobusu, który za 25 centów dowiózł nas do wybranego miejsca, kilka kilometrów poza centrum Quito, pozostało nam tylko zdobyć karton i przystąpić do łapania transportu.

Ekwador nas nie zawiódł, po raz kolejny poszło błyskawicznie. Siedem minut stania i już byliśmy w drodze do celu. Zatrzymał się mężczyzna, który jechał do samej Latacungi. Niestety na sam początek, więc na miejscu złapaliśmy jeszcze autobus, który porzucił nas 4 kilometry do centrum.

W pierwszej kolejności udaliśmy się do hostelu, aby zostawić plecaki oraz zaczerpnąć informacji o mieście, a następnie ruszyliśmy eksplorować miasteczko i zrobić odpowiednie zakupy. W planach mieliśmy 3-dniową wycieczkę po górach, która miała rozpocząć się kolejnego dnia. Dlatego potrzebowaliśmy zaopatrzyć się przede wszystkim w zapas jedzenia, bo plan zakładał, że będziemy w tych górach kempingować na dziko.

Po odwiedzeniu centrum i schodzeniu kilku głównych uliczek, trafiliśmy do budynku w którym było coś w rodzaju targowiska. Trzy piętra z tematycznie rozmieszczonym towarem. Na pierwszej kondygnacji były wymurowane boksy wyłożone płytkami. Całość wyglądała bardzo staro i co najmniej nietypowo. W boksach tych, sprzedawcy mieli swoje stoiska z owocami i warzywami. Po jednej stronie sprzedawano głównie owoce, kolorowe i tropikalne. Stare poszczerbione płytki były niemal w całości zakryte szeroką gamą kolorowych owoców. Z przyjemnością patrzyłem na te przykuwające wzrok stosy darów natury i wyszukiwałem jakiś nowych okazów do spróbowania. Im bardziej w głąb wchodziliśmy, tym więcej pojawiało się warzyw, aż na samym końcu pojawiły się boksy, w których były tylko ziemniaki. Dużo ziemniaków. Dużo różnych rodzajów ziemniaków. W jednym boksie starsza pani potrafiła mieć kilkanaście odmian ziemniaków.  Całość wyglądała niesamowicie. Nie mogliśmy się nacieszyć tym miejscem.

Pamiątkowe zdjęcie po ziemniaczanej transakcji 😉

Segment drugi nie był już tak wyjątkowy znajdowało się na nim kilka sklepów takiego ogólnego przeznaczenia. A to coś w rodzaju kiosku, a to jakiś sklep z gazetami, a to z jakimiś ciuszkami, nie było tego dużo i nie zachęcało do eksploatacji, tak jak boksy piętro niżej.

Na trzecim segmencie po raz kolejny złapało nas zaskoczenie. W pierwszej części hali były podobne boksy jak na samym dole tylko, że z mięsem. Surowym mięsem, bez żadnych lodówek czy chłodni… bez sanepidu. Wyglądało to bardzo ciekawie, a pachniało przeciętnie. W drugiej części tej kondygnacji też były boksy lecz tym razem służyły one za coś w rodzaju małej kuchni. W każdym boksie kawałek lady, kuchenka i zmywak, a za ladą starsze panie które przyrządzały domowe obiady zapewne z produktów chwile wcześniej zakupionych na tym targowisku. Coś czego jeszcze w życiu nie widziałem. Bosków było kilkanaście, ulokowane jeden za drugim. Wystarczyło wybrać sobie ulubione danie i można je było od razu skonsumować przy stolikach tuż obok.

Nie które kuchnie były usytuowane w takich pomieszczeniach jedna za drugą, inne na po prostu środku hali.

Z Budynku targowiska przenieśliśmy się do budynku obok, gdzie były już cztery piętra. Tu produkty również były rozlokowane tematycznie, ale obiekt ten nie wzbudzał w nas już takiego zainteresowania, bo sprzedawano tam głównie tekstylia. Pierwsze 2 piętra to różnego rodzaju ubrania, dalej były buty, a na samej górze akcesoria, dodatki i materiały. Pokręciliśmy się głównie po 3 piętrze, bo Ania poszukiwała butów trekkingowych. Niestety nic rozsądnego nie udało się znaleźć, więc ruszyliśmy do standardowego supermarketu zrobić zapasy jedzenia na trzydniową wycieczkę po górach, a następnie wróciliśmy do hostelu.

Główny plac w Latacunga.

Wieczór spędziliśmy na przygotowaniu plecaków i jedzenia na wędrówkę. W hostelowej kuchni poznaliśmy też pewną Amerykankę, z którą wstępnie się ugadaliśmy na pierwszy dzień wspólnej drogi.

Pobudka była wcześnie ze względu na konieczność przygotowania śniadania i autobus odjeżdżający o 9. Po zostawieniu niepotrzebnych rzeczy w schowku, a właściwie na podłodze w koncie (wszystkie szafki były już zajęte), spotkaliśmy się z Amerykanką i ruszyliśmy na autobus, który miał nas podrzucić 60 kilometrów do miejsca z którego rozpoczynał się szlak.

Droga autobusem sama w sobie okazała się już wyjątkowa. W sumie przez początkowe 2/3 trasy nie działo się nic ciekawego, ale gdy dojechaliśmy do miejsca gdzie droga stała się wąską i górzysta, sam momentami bałem się spoglądać za szybę. Wszystko za sprawą tego, że za tą szybą poza ogromną przepaścią nie było widać zupełnie nic. Emocje pikowały w momencie kiedy autobus musiał wyminąć się z pojazdami jadącymi w przeciwnym kierunku. Momentami łapał pobocza, którego prawie nie było i podrywał swoimi kołami kamienie, które uderzały w podwozie autobusu i tym samym dodawały całej sytuacji mocnej pikanterii. Drugim aspektem podnoszącym poziom adrenaliny, był nasz kierowca i jego sposób jazdy. Jechał szybko i brawurowo – to standard w tych stronach. Ale to co pobudzało moje oczy wyobraźni to używanie klaksonu przed każdym zakrętem na tych serpentynach. Wiadomo, robił to żeby inni słyszeli, że jedzie i żeby zachować szczególną ostrożność, bo czasami zakręty były tak mocne, że widoczność ograniczała się do kilku metrów do przodu… Niestety moja podświadomość nie była w stanie tego interpretować inaczej niż „z drogi! Jadę i cała droga jest moja”, co równocześnie było mimowolnie interpretowane przeze mnie jako działanie niebezpieczne i nierozsądne. Chyba się starzeje.

Gdy dojechaliśmy do celu okazało się, że ludzi idących tym samym szlakiem (z resztą jedynym z tego miasteczka), było w tym autobusie kilkanaście. Zebraliśmy się razem i ruszyliśmy na wędrówkę, która rozpoczęła się… podwózką przez jakiegoś miejscowego chłopaka z zajezdni na początek szlaku, czyli jakieś 1,5km. Zgadnijcie ile osób i plecaków może zmieścić się na pace pick’upa? A no tyle:

tak.. wybrali się na wędrówkę, a łapią każdą możliwą podwózkę.. 😉

Szlak przez większość drogi był stosunkowo łatwy i bardzo malowniczy. Trasa prowadziła na zmianę drogami gruntowym i wąskimi ścieżkami w przybliżonych proporcjach pół na pół. Pierwszego dnia mieliśmy do pokonania ponad 10 km, a charakterystyka trasy wyglądała tak, że pierwszą połowę szliśmy głównie z górki, cały czas zbliżając się do rzeczki płynącej w dolinie, a po jej przekroczeniu trasa prowadziła pod górkę. Najpierw mocno w górę serpentynami wzdłuż zbocza góry, a końcowe 2-3 kilometry drogą gruntową również cały czas pod górkę, ale już z niewielkim nachyleniem. Pokonując ten szlak mijaliśmy wiele pięknych zielonych krajobrazów, różnego rodzaju gospodarstwa, uprawy i ugory, czy po prostu dzikie łąki. Oczywiście mimo licznej grupy, nie obeszło się bez zgubienia, czy (głównie) przeoczenia szlaków. Na szczęście mieliśmy plan trasy z hostelu, mapy offline na telefonie i od czasu do czasu pomocnych mieszkańców tych pięknych zakątków Ekwadoru, więc nie było jakiś wielkich czy długotrwałych pomyłek.

Takie widoki nam towarzyszyły. Pierwszego dnia przedostawaliśmy się przez dolinę na gorę po drugiej stronie.
Rzeka w dolinie, od tej pory zaczęło się kilkukilometrowe podejście do góry.

Gdy doszliśmy do miasteczka Isinlivi, czyli naszego celu pierwszego dnia, mieliśmy już wstępnie obrane miejsce kempingu. Dzięki aplikacji iOverlander wiedzieliśmy, że na obrzeżach Isinlivi prawdopodobnie jest dobra miejscówka do rozbicia namiotu. Wszyscy nasi towarzysze wędrówki udali się do hostelu Llullu Llama, o którym z resztą też słyszeliśmy, bo w internecie wszyscy go polecają. My ruszyliśmy sprawdzić naszą miejscówkę. Isinlivi to bardzo mała miejscowość, powiedziałbym ze kościół, kilkadziesiąt domków i pewnie jakaś szkoła, dlatego dotarcie na miejsce zajęło nam mniej niż 5 minut. A miejsce, które znaleźliśmy było po prostu wymarzone. Za hostelem Llullu Llama była droga prowadząca z 300 metrów pod górkę, a na górce był maszt telekomunikacyjny,  obok zabudowanie w postaci trzech betonowych ścian, jedna pełna i dwie sięgające do połowy wysokości, do tego plaska czysta betonowa podłoga i również betonowy sufit. Taka wiata, wręcz idealna gdyby coś złego podziało się z pogodą, bo miejsca było na tyle, że spokojnie zmieściłoby się tam ze trzy nasze namioty. Obok wiaty i masztu było trochę płaskiego terenu wiec planowo tam chcieliśmy się rozbić ale zauważyliśmy, że za tą górką idąc trochę w dół jest jeszcze płaski teren, podeszliśmy bliżej i aż przetarliśmy oczy ze zdziwienia jak niesamowite miejsce udało nam się znaleźć…

Piękny naturalny taras, otoczony z każdej strony stromym zboczem… oczywiście rozstawiliśmy się na samym końcu z nadzieją, że pogoda w nocy będzie stabilna. W przeciwnym wypadku plan zakładał przeniesienie się pod wiatę na wzniesieniu kilkadziesiąt metrów wcześniej.

Plaski teren w postaci czegoś co przypominało naturalny taras widokowy był z 3 stron otoczony stromym zboczem, a z czwartej osłonięty tym wzniesieniem z masztem. Miejsce to było niepowtarzalne i przepiękne, a do tego nikomu nie rzucaliśmy się tam w oczy. W porównaniu ze wzniesieniem, które było widoczne z części Isinlivi. A i tak w ogóle to pod Llullu Llama przyłączył się do nas piękny bernardyn, który cały wieczór dotrzymywał nam towarzystwa.

Od razu przystąpiliśmy do rozbijania namiotu, a następnie zabraliśmy się za obiadokolację, którą Ania przyrządziła dzień wcześniej. Wszystko przy tych pięknych widokach na około.

Pies był chyba tak samo zafascynowany widokami jak i my.

Do czasu, aż się nie ściemniło czas spędzaliśmy na zewnątrz, a to bawiąc się z psem, a to robiąc zdjęcia, czy po prostu podziwiając ten zapierający dech w piersiach krajobraz

Pies został dokarmiony i napojony. W zamian obdarowywał nas swoją śliną, która latała w powietrzy z każdym ruchem jego pyska.

Noc minęła całkiem spokojnie, na początku troszkę na czujce, bo Ani wydawało się że kogoś słyszy (zawsze ta sama historia). Ale opcje były dwie, albo głos dochodził gdzieś daleko z doliny, albo faktycznie jej się wydawało. No chyba, że ktoś szukał psa bo ten faktycznie latał, raz był obok namiotu raz gdzieś pobiegł (na drugi dzień w Llullu Llama nasi znajomi mówili nam, że właściciele go szukali.. ups).

W międzyczasie, gdy już całkowicie się ściemniło pokusiłem się, aby wyjrzeć z namiotu i zobaczyć jak okolica wygląda po zmroku. Na niebie było tysiące gwiazd i doskonale widoczna droga mleczna. Natomiast na otaczających górach widać już było tylko drobne światełka z domów i ulic.

W środku nocy przebudził mnie wiatr. O dziwo nie wiał jakoś bardzo mocno w naszej okolicy, na tym otwartym terenie gdzie byliśmy rozbici, bo tropik tylko delikatnie falował i razem z zamkami trochę szeleścił. Natomiast bardzo dobrze było słychać jak potężne masy powietrze przelewają się w dolinie, wywołując szumy i gwizdy o różnych tonach. Dźwięki te były na tyle potężne i donośnie, że dopadły mnie obawy, o to czy wiatr nie zerwie się również na naszej wysokości i nie zacznie nam szarpać namiotu. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło.

Byliśmy pewni, że ze względu na twarde podłoże i wczesną godzinne ułożenia się do snu, kolejnego dnia obudzimy się skoro świt i już nie będziemy mogli spać. Tak jednak nie było. Wstaliśmy chwile przed 7 i zanim się zebraliśmy, zjedliśmy śniadanie i poskładaliśmy cały ekwipunek dochodziła już 8. Ruszyliśmy w trasę po drodze zahaczając jeszcze o Lullu Llamę, w celu uzupełnienia wody i wypicia kawy. To drugie ostatecznie odpuściliśmy, bo powiedziano nam, że kuchnia jest zajęta przygotowywaniem śniadania dla gości, więc na kawę musielibyśmy czekać 30 minut. Bez przesady. Nie czekaliśmy też na naszych kompanów z dnia poprzedniego, bo opóźniło by to nas o co najmniej godzinę.

Poranny widoczek z na namiotu.

Z hostelu dostaliśmy opis trasy oraz informacje, że mamy trzymać się żółtego oznakowania. Zarzuciliśmy plecaki i ruszyliśmy w kolejna kilkugodzinna wędrówkę. Czekało na nas 11 kilometrów o podobnym profilu jak dzień wcześniej, czyli do polowy z górki, a za połową pod górkę. Pierwsze 20 minut poszło bezproblemowo. Po tym czasie doszliśmy do niedawno wybudowanego betonowego mostu i tu pojawiła się pierwsza zagadka. Opis trasy mówił, aby nie przekraczać mostu tylko pójść wzdłuż rzeczki i za kilkadziesiąt metrów przejść małym starym mostem. Natomiast żółte oznakowanie, które wydawało się całkiem świeże, ewidentnie zakazywało iść tą ścieżka i nakazywało przekroczyć nowy most. Wybór był prosty, tym bardziej że ścieżka wzdłuż rzeczki prawdopodobnie przez budowę nowego mostu była po części zasypana kamieniami, a stary most musiał być gdzieś za górką, bo z tego miejsca go nie widzieliśmy.

Ruszyliśmy więc dalej przed siebie nowym mostem. Kilkadziesiąt metrów za rzeką zobaczyliśmy jeden kamień pomalowany na żółto, który odczytaliśmy jako informację, że jesteśmy na właściwej drodze. Niestety albo źle odczytaliśmy tą informacje, albo przegapiliśmy kolejne oznakowanie, które pozwoliłoby wrócić na właściwą trasę z opisu otrzymanego w hostelu. Od tej pory nasz opis był bezużyteczny, a żółte oznakowanie przestało się pojawiać. Właściwie nie było żadnych oznaczeń. Ale na szczęście mieliśmy jeszcze mapy offline, gdzie jakieś ścieżki były zaznaczone, więc postanowiliśmy to wykorzystać.

Kolejnego dnia okazało się, że nasza droga ponownie prowadzi w dół doliny, przeprawa przez rzekę i wejście na górę po drugiej stronie – adekwatnie jak dnia poprzedniego.

Godzinę później wiedzieliśmy już, że nasze MAPS.ME nas nigdzie nie doprowadzi, a Google Maps właściwie od początku był bezużyteczny w tym rewirze. Troszkę błądząc dwukrotnie podpytaliśmy spotkanych ludzi o odpowiedni kierunek. Za drugim razem nawet dowiedzieliśmy się, że jest lepsza droga do miasteczka do którego chcemy dotrzeć, niż ta którą prowadził nas opis z hostelu. Słowo „lepsza” w  mniemaniu lokalnego staruszka, oznaczało ze trasa ta jest szybsza i z ładniejszymi widokami. Skusiliśmy się i ruszyliśmy we wskazaną stronę. Był to dobry wybór, bo od tej pory już nie mieliśmy kłopotów ze szlakiem, tym bardziej że po drodze udało nam się spotkać innych backpackersów, dzięki czemu mogliśmy się trochę wesprzeć nawigacyjnie.

Trasa ta była naprawdę widowiskowa. Na początku szliśmy wzniesieniami i zboczami, podziwiając wielką dolinę ze strumieniem na samym dole, wzdłuż którego prowadził szlak z opisu otrzymanego z hostelu. Po pewnym czasie musieliśmy się przeprawić przez ten strumień, co oznaczało że musimy zejść na sam dół. Szlak prowadził wąskimi serpentynami, po zboczu z bardzo dużym nachyleniem. Po pokonaniu około 250 metrów​ różnicy wysokości, musieliśmy stawić czoła chwiejnemu mostowi o wątpliwej jakości. Po małym wybadaniu gruntu pojedynczo przeszliśmy na drugą stronę. Od tej pory zaczęła się druga cześć wyprawy czyli podchodzenie do góry, a dodatkowo przekraczając rzeczkę wróciliśmy na nasz pierwotny żółty szlak, na początku którego zaczynaliśmy wędrówkę tego dnia.

Najgorsze w całym tym moście były deski, wyglądały na spróchniałe a gdzieniegdzie były już wyłamane.

Czy wspominałem już, że Ania słabo się czuła tego dnia? Niestety tak było i nie do końca wiedzieliśmy o co chodziło. Nie miała sił i szła powoli. Do tego, od czasu do czasu dopadało ją dziwne uczucie w brzuchu. Na szczęście nie wydawało się to groźne więc szła dzielnie dalej.

Szlak początkowo prowadził gruntową drogą, a po dotarciu do małej wioski musieliśmy wspiąć się na sporą wysokość, pokonując podobną dróżkę jak tą, którą chwile wcześniej pokonywaliśmy w dół, czyli stromymi serpentynami do góry wzdłuż stromego zbocza. Podejście zajęło nam niecała godzinę, a na szczycie zrobiliśmy sobie solidny odpoczynek na punkcie widokowym. Będąc tam widzieliśmy jak do wioski na dole wkracza grupa 9 osób i podejrzewaliśmy, że to nasi znajomi z dnia poprzedniego. Jak się później okazało myliliśmy rację. Nie czekaliśmy na nich bo za długo by to trwało, a wiedzieliśmy że prawdopodobnie spotkamy się w kolejnym hostelu gdzie oni mieli nocleg, a my chcieliśmy wziąć prysznic.

kościół w małej miejscowości na naszym szlaku.
Już po drugiej stronie góry. zmęczeni, ale widoki rekompensują wysiłek.

Z tego miejsca do Chugchilan, naszej destynacji tego dnia, pozostało nam jeszcze 3 kilometry. Ania cały czas czuła się źle i najgorsze było to, że brakowało jej sił w nogach. Na szczęście przed nami nie było już stromych podejść. Trasa była cały czas pod górę, ale o znośnym nachyleniu. Pierwszy kilometr pokonywaliśmy jeszcze zwykłą ścieżka między górą, a głęboką dolina, a ostatnie dwa to szeroka droga asfaltowa. Mimo wygodnej nawierzchni strasznie się dłużyło, a za każdym zakrętem wyłaniał się kolejny i tak niemal bez końca. Dodatkowo nasze całkiem ciężkie plecaki zaczęły przybierać na wadze.

Droga która łączyła tutejsze górskie miejscowości była całkiem solidna i szeroka.

Gdy dotarliśmy do wioski zahaczyliśmy o pierwszy z brzegu hostel, który oferował możliwość kempingowania (tym razem chcieliśmy kemping z sanitariatem), ale właściciel krzyknął jakieś chore ceny, a do tego nie przypadł nam do gustu, wiec ruszyliśmy do hostelu Cloudy Forest, czyli miejsca gdzie kierowała się poznana dzień wcześniej grupa. Plan był taki, że chwilę tam odpoczniemy i weźmiemy prysznic, a następnie poszukamy kempingu w okolicy.

Na miejscu spędziliśmy około 2 godziny. Udało się wypić kawę, ogarnąć toaletę i jeszcze spotkać i posiedzieć trochę ze znajomymi. Rozmawiając z ludźmi doszliśmy  do wspólnego wniosku, że Ani dolega choroba wysokościowa. Nie wyglądała najlepiej i nawet herbata z liści koki nie pomogła za bardzo. Nadal czuła się kiepsko, ale upierała się na kemping twierdząc, że nie ma znaczenia czy pod namiotem czy w hostelu, bo i tak będziemy na tej samej wysokości. Ruszyliśmy więc sprawdzić dwa pobliskie miejsca do kempingowania.

Miejsce w którym mieliśmy kempingować drugiego.

Dwadzieścia minut później byliśmy z powrotem w Cloudy Forest. Obserwując Anię stwierdziłem, że to nie jest dobry pomysł kempingować w jej stanie. Decyzja ta okazała się najlepszą tego wieczoru, bo jej złe samopoczucie wzbogaciło się o gorączkę.

Hostel nie należał do najtańszych w tej podróży, ale za 15 dolarów na osobę dostaliśmy prywatny pokój, napalono nam w małym piecyku, aby było ciepło, a do tego wypasioną kolację trzy-daniową i bogate jak na hostel śniadanie. Muszę dodać, że z naszego researchu wynika, że jest to najpopularniejszy hostel w Chugchilan, a cenami nie odbiega od pozostałych. A no i na wieść o tym, że Ania ma objawy choroby wysokościowej personel przygotował jej specjalny napój, który miał postawić ją na nogi.

Wieczorem podjąłem również decyzję, że kolejnego dnia odpuszczamy trzeci dzień wędrówki, bo ten miał być najgorszy. Dwanaście kilometrów w tym 80% trasy pod górkę i dojście prawie do 4000 m n.p.m. (hostel był na 3200 m n.p.m.) Nie chciałem ryzykować, tym bardziej, że było wyjście awaryjne. Poza tym wiedziałem, że Ania tak szybko nie dojdzie do siebie. Wymyśliłem, że rano nie śpiesząc się, czyli gdzieś o 10-11 złapiemy autobus do Quilotoa i stamtąd podejdziemy na lagunę, która była celem trzeciego dnia wędrówki.

Jak zaplanowałem tak się stało, z małym wyjątkiem autobusu, bo okazało się, że ten jeździ tylko o 6 rano i 13 w południe. Z tego powodu ruszyliśmy na stopa i szybko go złapaliśmy. Tylko, że stop ten okazał się pewnego rodzaju nieoznakowaną taksówką. Trudno, zapłaciliśmy 3 dolce za 18 km, więc bez tragedii. Tym bardziej, że oprócz nas i kierowcy jechały jeszcze dwie kobiety, które podczas wysiadania również płaciły, więc nie był to przekręt. Miałem tylko pewne podejrzenia, że te lokalne kobietki skasował znacznie mniej, ale niestety jest to tutaj normą, że gringo porabiają na każdym kroku. Bywa to meczące.

Miasteczko Quilotoa okazało się być położone na wysokości 3800-3900 metrów, czyli przy samej koronie gór otaczających lagunę. Oznacza to, że wysiedliśmy z tej taksówki praktycznie przy samej końcówce szlaku, którym planowo mieliśmy iść. Od razu udaliśmy się na punkt widokowy na lagunę, która była położona 360 metrów niżej. Widok był powalający.

Najwyższy szczyt otaczający lagunę to 3930 m n.p.m.

Kręcąc się po punktach widokowych i walcząc z niesamowicie silnym wiatrem szalejącym po szczytach zdecydowaliśmy, a właściwie Ania zdecydowała, że schodzimy na dół do samej laguny. Byłem trochę sceptycznie nastawiony, bo bałem się o jej samopoczucie, ale po zapewnieniu, że już jest wszystko w normie ruszyliśmy na dół. Trasa miała długość prawie 2 kilometrów i była przeciętnie przyjemna ze względu na kurzące się piaszczyste podłoże i pełno końskich odchodów (można było sobie wynająć konia w drodze powrotnej, wiec było ich tam sporo). Niby widzieliśmy kilka osób, które to sprzątały, ale i tak było ich pełno. Oczywiście droga w dół nie stanowiła żadnego wyzwania, dlatego poszło sprawnie i szybciej niż przewidywał znak informacyjny.

Konie pasące się i oczekujące na „swoich klientów”.

Na dole spędziliśmy przyjemne 60 minut podziwiając lagunę, robiąc zdjęcia i konsumując owocowy lunch. Droga do góry do pewnego momentu mijała bardzo sprawnie, ale gdzieś po 1/3 podejścia Ania znów zaczęła się kiepsko czuć. Z chorobą wysokościowa jest tak, że czasami sama wysokość jej nie wywoła, ale już wysiłek na tej wysokości tak. W tym przypadku tak było i to co doskwierało Ani to brak sił i dziwne uczucie w brzuchu, jednak małymi kroczkami spokojnie szliśmy do góry.

Jakby tego było mało, gdzieś w połowie drogi mijające nas konie schodzące w dół podniosły za sobą chmurę kurzu i pyłu. Nie był to pierwszy raz, bo właściwie co kilka minut mijały nas wchodzące do góry konie z wygodnymi turystami lub schodzące w dół po kolejnych. Jednak tym razem w pyle tym znalazło się ziarno pisku, które wpadło prosto w Ani oko. Wleciało tak mocno pod powiekę, że nawet go nie było widać. Mieliśmy krople do oczy, które zaczęliśmy wkraplać hurtowo, ale niestety nie wiele pomagały. Cała sytuacje jeszcze bardziej zwolniła nasze tempo, ale w sumie nigdzie nam się nie spieszyło. Małymi kroczkami do góry i pół godziny później byliśmy już na szczycie. Chwile po tym piasek z Ani oka sam wypadł, co spowodowało u niej wielką radość. Jak sama stwierdziła, ból był na tyle mocny i dokuczliwy, że bała się, że coś sobie uszkodzi.

Ostatnie zdjęcie Pamiątkowe i wracamy do Latacungi.

Na górze dowiedzieliśmy się, że autobus powrotny do Latacungi powinien być w przeciągu 15 minut. Ruszyliśmy do głównej grogi, a po drodze spotkaliśmy dwóch chłopaków którzy zmierzali w tą samą stronę. W tym samym czasie podjechało do nas duże auro. Kierowca zaproponował podwózkę do miasteczka kilkanaście kilometrów dalej, z którego autobusy do Latacungi odjeżdżają znacznie częściej. Propozycja była tak tania, że się zdecydowaliśmy, bo znając tutejszy transport, autobus na który zmierzaliśmy mógłby faktycznie przyjechać za 15 minut, ale równie dobrze mogło by to się wydarzyć za godzinę i 15 minut.

Wszystko poszło super sprawnie, na miejscu prosto z auta przesiedliśmy się do autobusu i ruszyliśmy do Latacungi. Droga powrotna była całkiem spektakularna, bo zjeżdżaliśmy z wysokich, niczym nie porośniętych gór, dzięki czemu miejscami widok rozciągał się daleko po horyzont lub po inne pasmo górskie.

W mieście zrobiliśmy jeszcze małe zakupy i zakręciliśmy się na chwilę w centrum, a następnie ruszyliśmy wypoczywać do hostelu, bo kolejnego dni czekała na nas podróż do Cuenca, czyli ostatniego miasta w Ekwadorze, które jest na naszej liście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *