Quito – dwa dni w stolicy Ekwadoru.

Z Ibaque wzięliśmy autobus do Cali, a stamtąd zdecydowaliśmy się na autobus nocny do granicy z Ekwadorem czyli do Ipiales. W najtańszej opcji kosztował on 40000 COP i jechał 12 godzin. Pasował nam o tyle, że na granicy mieliśmy być o 6 rano i mieliśmy mnóstwo czasu na dalszą podróż do stolicy Ekwadoru, która chcieliśmy pokonać na stopa.

Noc, jak to noc w autobusie, była ciężka. Ja nie mogłam zasnąć, bo głowa latała mi na lewo i na prawo na tych cholernych serpentynach. Do tego choroba lokomocyjna i mamy komplet. Adrianowi na szczęście udało się zmrużyć oko.

Dojechaliśmy o czasie. Od razu wzięliśmy taksówkę na granicę, która wyniosła nas 2000 COP na osobę. Na granicy Kolumbijskiej byliśmy przed 7 rano i kolejka była już spora. Temat ten zajął nam ponad godzinę, a najcieplej nie było. W budynku immigration w Ekwadorze spędziliśmy również około godziny. Szereg standardowych pytań od celnika i byliśmy już szczęśliwymi posiadaczami ekwadorskich pieczątek w naszym paszporcie.

Pokonując małą rzekę, przekraczamy granicę Kolumbii z Ekwadorem.

Planowaliśmy kierować się od razu na Quito. Oczywiście rozważaliśmy opcję stopa i na nią też szybko się zdecydowaliśmy. Miejscówka do łapania była na tyle dobra, że już po minucie zatrzymała się parka i podrzuciła nas kawałek (ok godziny drogi). Rozmowa była bardzo przyjemna i do tego po angielsku, więc szybko dowiedzieliśmy się, że po drodze warto zatrzymać się w miejscowości Otavalo, ze względu na targ z lokalnymi wyrobami. Szybko obraliśmy kurs na tą wioskę tym bardziej, że chciałam sobie kupić jakąś cieplejszą bluzę, a to ponoć było odpowiednie do tego miejsce.

Jak tylko zakończyliśmy podróż z wyżej wymienioną parką, zabraliśmy się za łapanie kolejnego stopa. Po niecałych 10 minutach zatrzymało się dwóch chłopaków i zaproponowało podwózkę. I jak za dobrych czasów z Ameryki Centralnej jechaliśmy z tyłu na pace. Bardzo szybko przekonaliśmy się, że była to najlepiej trafiona opcja bo widoki były fantastyczne. Krajobraz górski Ekwadoru jest przepiękny. Nasze oczy nie mogły się nacieszyć. Już wtedy wiedzieliśmy, że chcemy po takich górach pochodzić…

Jazda na pace to najlepsza forma transportu w słoneczne dni.

Przemiły kierowca, do którego przesiedliśmy się w drogiej połowie trasy (gdy jego kolega wysiadł z auta), wysadził nas w Otavalo wskazując, w którą stronę iść aby trafić do miejsca polecanego przez parkę z naszego pierwszego stopa. Targ była tak duży, że nie dało się  nie trafić.

Głównym towarem jakim tam handlowano okazały się być rzeczy wykonane z wełny alpak, m.in. ubrania, szale, koce plecaki, portfele, czapki itp. Wszystko bardzo piękne. Oczywiście od razu załączyła mi się chęć kupowania prezentów dla bliskich, jednak szybo uświadomiłam sobie, że w plecaku nawet na tlen nie ma miejsca.

Rozpoczęliśmy krążyć po targu. Końca nie było widać. Do tego wszyscy sprzedawcy pytający que busca? i oferujący np. koc z alpaki szybko stali się upierdliwi. Jednak musicie wiedzieć jedno, żadna osoba nie zatrzyma się na sekundę przy stoisku nie zauważona. Adrian zaczął się też rozglądać za małym plecakiem, bo ten który zabraliśmy z Polski szyłam już kilka razy, no i czas wielki było go wymienić. Sweterki/bluzy z alpaki były przecudne. Już nawet nie wnikając ile alpaki w nich było, były po prostu śliczne. Ja szukałam czegoś z kapturem, najlepiej zapinanego pod szyję. Nie łatwo było się zdecydować tym bardziej, że nagle zaczęły podobać mi się poncza. Niestety to, że coś mi się podoba nie zawsze jest równoznaczne z tym, że wyglądam w tym dobrze. Jak już prawie się poddaliśmy, ostatnim rzutem na taśmę pani zaproponowała ładną szarą bluzę, super przyjemną, cieplutką, wygodną, którą po małych negocjacjach zakupiłam.

Oczywiście będąc na targu nie omieszkaliśmy czegoś zjeść. Wybór przeogromny. Padło na stoisko z ziemniakami (fasola jest już trochę bleh), wątróbką smażoną oraz surówką. Całość bardzo smaczna i tania.

Poza całą gamą wyrobów z wełny alpaki, na targu było też sporo różnego rodzaju jedzenia.
Pieczony prosiak prostu z ulicy? czemu nie!

Przyznać trzeba, że na targu trochę nam zeszło, ale samo oglądanie i chodzenie było przyjemnością… nawet z naszymi wielgachnymi plecakami.

Jeśli już ktoś z Was będzie się kierował do Quito to zdecydowanie powinien zatrzymać się w Otavalo. Jak nie na nockę to chociaż na kilka godzin.

Kolejnego stopa przyszło nam łapać w dość trudnym miejscu, a przynajmniej tak nam się wydawało. Stałam na światłach przy głównej dwupasmowej drodze. Doszliśmy do wniosku, że może akurat ktoś na czerwonym zdecyduje się nas zabrać i… długo nie czekaliśmy. Starsza parka zatrzymała się i szybciutko wsiedliśmy na tyły auta.

Miejscówka niepozorna, ale okazała się bardzo trafna.

Do Quito dojechaliśmy ok godziny 16. Miły kierowca wysadził nas przy dworcu autobusowym i jak zwykle stanęliśmy i myśleliśmy co robić. Okazało się, że Quito jest takie duże, że ciągnie się przez plus minus 50 km! I gdzie tu jechać? Jakimś dziwnym trafem trafiło na dzielnicę San Blas. Nie pytajcie dlaczego. Tylko jak tam dojechać? Na krzyżówce szybko się rozejrzałam i zobaczyłam parkę dzieciaków, zagadałam do dziewczyny. Odpowiedziała, że właśnie tam jedzie i możemy się zabrać z nią. I w ten właśnie sposób poznaliśmy przeurocza 15-sto letnią Jennifer, która również pomogła znaleźć nam hostel i oprowadziła nas po swojej dzielnicy.

Jennifer m.in. pokazała nam ogromną Cathedral of Quito.
Widok na miasto z ze wzniesienia nieopodal naszego hotelu.

Drugi dzień zaczęliśmy od wizyty w parku Itchimbia, który znajdował się całkiem blisko nas, na niewielkim wzniesieniu. Postanowiliśmy tam pójść i po drodze coś zjeść. Pech chciał, że była niedziela i mnóstwo sklepów było zamkniętych, a droga do parku wiodła pod górę. Schody za schodami. W połowie myślałam, że zadyszę się na śmierć. Nie miałam siły unosić nóg. Mój mały Everest. Bez śniadania od rana tak naginać. Dodam, że Quito leży na wysokości ok 2800 m n.p.m., więc tlenowo tez nie było najłatwiej (stąd zadyszka, na bank).

Niekończące się schody prowadzące do parku Itchimbia ozdobione są takimi graffiti.

Park okazał się wielki.  A ja nadal byłam głodna, bez sił i jakoś tak nie chętna do chodzenia. Zrobiliśmy kilka zdjęć i zdecydowaliśmy się wrócić tam następnego dnia rano ze statywem, bo Adrian miał pomysł na zdjęcie a dodatkowo chcieliśmy trochę więcej pochodzić po tym parku. Kierując się w drogę powrotną zauważyliśmy, że po drugiej stronie miasta, na górze jest wyciąg z gondolkami. Zaczerpnęliśmy informacji z mapy oraz od spotkanych ludzi i postanowiliśmy ruszyć w stronę TelefériQo czyli na gondolkę, która miała nas zabrać wysoko nad miasto. Oczywiście jak na nas przystało, stwierdziliśmy, że pójdziemy tam pieszo przy okazji zwiedzając miasto. Jakim to było błędem. Jaką niewyobrażalną torturą (przynajmniej dla mnie). Było to ciężkie 6 km pod górę, (ciągle) bez śniadania (choć po drodze kupiliśmy jakieś pieczywo i kilka mandarynek) i w słońcu. Nie wiem jakim cudem, ale dotarliśmy na miejsce. Oczywiście do gondolki trzeba było pokonać jeszcze kilka schodków i górek. Nawet nie wiecie jak już miałam dość. Nie wiem dlaczego dopadła mnie taka niemoc, bo Adrian szedł wytrwale. Prawie obraziłam się na tą gondolkę i nie miałam siły się cieszyć przez pierwsze minuty. W każdym razie wjazd i zjazd kosztował 9,5 dolara na osobę! Byliśmy zszokowani ceną. To naprawdę dużo kasy. Oczywiście dla miejscowych cena to 5 dolarów. Trudno. Nie po to dygałam pod górę, żeby teraz nie cieszyć się widokiem.

Na szczycie wiało jak diabli. Świeciło słońce było pięknie, ale zimno. Nasze ubranie powiedzmy szczerze nie było najlepsze, choć mogło być gorzej. Postanowiliśmy pokręcić się po okolicznych górkach i obejrzeć każdy możliwy kąt. Okazało się, że z tego miejsca można było wspiąć się na górę Rucu Pichincha 4627m n.p.m. Żałowaliśmy, że nie wiedzieliśmy o tym wcześniej, bo od dawna chcemy przekroczyć 4000 i po raz kolejny zabrakło nam kilkudziesięciu metrów, tym razem około trzydziestu. Jednak biorąc pod uwagę nasz ubiór, nie było opcji żeby pójść wyżej. Na szczęście to co zobaczyliśmy było satysfakcjonujące. Widok na całe miasto zawsze cieszy.

Widok na Quito z niespełna 4000 m n.p.m.
Na górze zmęczenie zostało wynagrodzone.

Z TelefériQo skierowaliśmy się do centrum. Chcieliśmy napić się dobrej kawy i coś przekąsić. Znowu przeszliśmy ładnych kilka kilometrów. Wylądowaliśmy na Plaza Foch. Oczywiście jak to często bywa w niedzielę, wyglądała trochę na wymarłą, zresztą jak całe miasto. Nie lubimy niedziel. Jednak nie da się ukryć, że jest to „lepsza” dzielnica z mnóstwerm restauracji i pubów.

Quito jest całkiem ładnym miastem, jednak od samego początku nie mogliśmy się w nim „odnaleźć”. W Medellin było zupełnie na odwrót. Jest tu co robić, zarówno nocą jak i w ciągu dnia, ale miłością do siebie nie zapałaliśmy. Brak metra nie ułatwia przemieszczania się, a autobusów jest tak dużo, że ciężko wywnioskować gdzie co jedzie (przynajmniej ja tak miałam). Poza tym już po opuszczeniu stolicy usłyszeliśmy mnóstwo historii o kradzieżach, najczęściej telefonów. Nam na szczęście nic takiego się nie przytrafiło, ale jeśli ktoś z Was się tam wybiera to radzimy zachować ostrożność w tym temacie.

W drodze do hostelu zajrzeliśmy na kolejny targ. Kupiliśmy sobie ciepłe skarpety z alpaki i przepiękny magnes na lodówkę, a kawałek dalej pyszne uliczne jedzenie. Jak zawsze było tanio i smacznie. Kiedyś usłyszałam, że na ulicznych stoiskach znajdzie się zawsze świeże jedzenie czego nie można powiedzieć o restauracjach. Póki co się sprawdza. Dzień zakończyliśmy lodami o smaku marakui i jeżyn leśnych.

W parku po drodze spotkaliśmy mnóstwo ludzi i sprzedawców z lokalnym jedzeniem z kategorii street food – nie omieszkaliśmy spróbować kilku rzeczy.
Kolejny park po drodze do hotelu.

Następnego dnia po raz kolejny poszliśmy do parku Itchimbia. Tym razem pochodziliśmy po nim znacznie więcej i udało się też zrobić zaplanowane zdjęcie (to w nagłówku tego wpisu). Okazało się, że w parku tym są osobne ścieżki rowerowe, dla pieszych jak i dla biegaczy! Poza tym mnóstwo ławeczek w różnych zakątkach, punktów widokowych i miejsc do relaksu. Jeden z piękniejszych i lepiej zorganizowanych parków w jakim mieliśmy okazję być. Nawet sobie zaczęłam wyobrażać jak spędzamy w nim wolne niedzielne poranki lub popołudnia biegając lub urządzając piknik. W drodze do hostelu poszliśmy na kawę, a następnie zabraliśmy plecaki z naszego pokoju i ruszyliśmy dalej.

Widok z parku Itchimbia na zachodnią część Quito…
… a tutaj na wschodnią.

Wydostanie się z ogromnego Quito na wylotówkę wydawało się na pierwszy rzut oka dość skomplikowane, jednak z pomocą lokalsów okazało się nie takie trudne. Złapaliśmy autobus miejsku który wywiózł nas do miejsca, gdzie mieliśmy łapać kolejnego stopa. Kierujemy się do miasta Latacunga, gdzie w planach mamy 3-dniową wycieczkę pieszą po górach – Quilotoa Loop.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *