Rejs do Kolumbii przez rajskie wyspy San Blas.

Gdy weszliśmy na jacht Mikołaja, byliśmy bardzo zaskoczeni domową atmosferą jaka tam panowała. Do tej pory mieliśmy okazję żeglować tylko na jednej łodzi w Chorwacji, był to jacht czarterowy, piękny i trochę większy od Samsary (bo tak nazywał się jacht Mikołaja), ale nie miał „tego czegoś”. Nie ma się co dziwić Mikołaj na swojej mieszkał, a tamta zmieniała „właściciela” co tydzień.

Po wejściu do mesy poczuliśmy się jak w salonie, w jakimś starym, stylowym domu. Jacht miał drewniane wykończenie w bardzo przyjemnym ciemno-brązowym kolorze. Prawie wszystkie półki w mesie wypełnione były po brzegi książkami i drobnymi ozdobami. Na ścianach można było znaleźć płócienne obrazki wykonane ręcznie przez Indian Kuna, flagę polski czy np. mapę szlaków żeglarskich na świecie. Mesa miała po prostu styl i duszę! Równocześnie w powietrzu unosił się zapach kadzidełka, a w głośnikach leciała bardzo fajna chillowa muzyka. Wszystko to świetnie ze sobą współgrało i nadawało temu miejscu wyjątkowego klimatu.

Mesa w Samsarze.

Zaraz po wejściu na jacht poznaliśmy też Marię, partnerkę życiową Mikołaja, która pochodziła z Hiszpanii. Do dyspozycji przypadła nam koja, a właściwie kabina dziobowa, która nie była jakoś super duża, ale w zupełności wystarczająca dla dwóch osób i plecaków. Dodam, że jacht miał długości 12,5 metra długości, więc był to spora jednostka, ale do największych jeszcze jej było daleko. W naszej kabinie właściwie było tylko duże łózko, które zajmowało jej cała „trójkątną” powierzchnię i dwie szafki przy wejściu.

Wieczorem wszyscy razem siedzieliśmy trochę w mesie, trochę w kokpicie i rozmawialiśmy. Wieczór zakończyliśmy po niecałych 3 godzinach od wejścia na łódź czyli około 22, ze względu na to, że kolejnego dnia pobudka była planowana na godzinę 6.40.

Noc mimo lekkiego bujania minęła bez problemów. Ja w sumie nie miałem o to żadnych obaw, jedynie Ania się trochę stresowała, że jej choroba lokomocyjna może się uaktywnić. Na szczęście, nic takiego się nie wydarzyło.
Rano po małym ogarnięciu się spłynęliśmy na ląd, aby udać się do miasta. Ja z Anią na zakupy, a Maria do lekarza. Autobus był w miarę punktualnie, a podroż trwała 1,5 godziny. W mieście wypłaciliśmy gotówkę i zrobiliśmy obfite zakupy zgodnie z listą, która przygotowaliśmy na pierwszym spotkaniu z Mikołajem. Następnie godzina czekania na autobus i 1,5 godziny drogi powrotnej. Zabawne było to, że po nocy spędzonej na łodzi, przez pół dnia co jakiś czas towarzyszyło nam uczucie bujającego się lądu pod nogami.

Samsara w pełnej okazałości.

Chwilę przed 14 byliśmy z powrotem na jachcie. Plan zakładał, że wypływamy na noc i rano jesteśmy na San Blas Islands. Także przez drugą połowę dnia chillowaliśmy. Ania czytała książkę, a ja pisałem post bujając się na hamaku. Musze przyznać, że hamak na jachcie to mega patent. Łagodne fale w zatoce sprawiały, że zakotwiczony jacht delikatnie się kołysał, a to sprawiało, że hamak nie przestawał się bujać. Miałem ubaw jak dziecko na tym „perpetum mobile” wprawionym w ruch siłami natury. Po południu zaliczyliśmy pierwsze pływanie w pobliżu jachtu, a wieczorem wszyscy zjedliśmy pyszną kolacje przyrządzoną przez Marię. W międzyczasie Mikołaj przygotowywał jacht do rejsu. Wywiózł kilka niepotrzebnych rzeczy na swój drugi statek i przywiózł zapas wody. Około godziny 18 przyszła gwałtowna burza. Deszcz padał tak mocno, że na około było widać tylko szarą ścianę wody. Pomogliśmy w tym czasie Mikołajowi wyciągnąć na pokład ponton i malutką żaglówkę, którą chcieliśmy popływać jeśli warunki na to pozwolą. W trakcie tej akcji zrobiło się dość groźnie, bo pioruny strzelały tuż obok nas. Jak tylko żaglówka i ponton znalazły się na pokładzie Mikołaj odesłał nas do mesy i sam wiązał je do burt. Gdy chwilę później skończył, przyszedł i zapytał czy działa elektronika, bo podczas wiązania, po jednym ze uderzeń pioruna lekko zapiekły go ręce i pomyślał ze może któryś z naszych dwóch masztów oberwał. Światła, radio i pozostały sprzęt działały, więc musiało być blisko, ale na szczęście nie w nasz jacht, bo o ile trafienie piorunem jest raczej bezpieczne dla załogi, jeśli ta nie trzyma się jakiś lin czy innych elementów połączonych z masztem, o tyle elektronika na jachcie najczęściej pada kompleksowo.

Przestało padać po kilkudziesięciu minutach. Było też już zupełnie ciemno. Wyszliśmy więc na zewnątrz aby podziwiać tą samą, ale szalejącą już w oddali burzę. Po godzinie 19 Mikołaj odpalił silnik i po jego solidnym rozgrzaniu i sprawdzeniu wszystkiego, ruszyliśmy w stronę Kolumbii! Właściwie wieczór spędziliśmy w kokpicie z Mikołajem rozmawiając na rożne tematy. Ania opuściła naszą trójkę chwile po 21, a ja siedziałem z nim do północy. Rozmawialiśmy, a ja dodatkowo czerpałem przyjemność z bujającej łodzi, dźwięku rozbijających się o jacht fal oraz widoku na niebo, które w tej zupełnej ciemności jaka tam panowała wyglądało niesamowicie.

Obudziliśmy się około 7. Ania wyszła na zewnątrz i po tym co zobaczyła zaczęła mnie wołać. Byliśmy na miejscu. Gdy wyszedłem na pokład Mikołaj razem z Marią kotwiczyli jacht. Pod nami było około 3 metry błękitnej, przeźroczystej wody, a na dnie było widać duże rozgwiazdy spoczywające na jasnym piasku i drobną roślinność morską. Do okoła nas stało kilka innych żaglówek, a dalej prawie z każdej strony, była jakaś mała wysepka z palmami i niemal białym piaskiem. Pomyślałem, że trafiliśmy do miejsca, które normalnie widuje tylko na okładkach magazynów podróżniczych, czy katalogów biur podróży.

Pierwszy widok na San Blas.

Przed podróżami czasami dobrze jest nie czytać i nie oglądać za dużo materiałów na temat jakiś wyjątkowych miejsc, wówczas efekt „wow” jest spotęgowany! Tak też było w tym przypadku, a wcześniej miałem podobnie, a może nawet jeszcze bardziej z wulkanem Acatenango w Gwatemali. Po odwiedzeniu takiego miejsca i przeżyciu tego mega efektu pozytywnego zaskoczenia, aż chce się dowiedzieć o tym miejscu jak najwięcej i wtedy w wolnych chwilach nadrabiam zaległości.

Pierwsze co zrobiliśmy to oczywiście daliśmy nura do wody ze sprzętem do snurkowania. Widzieliśmy ławice małych błyszczących w słońcu rybek, rozgwiazdy i dwie płaszczki. Po wejściu na pokład czekało na nas śniadanie. Generalnie układ na łodzi był taki, że my jesteśmy gośćmi (brzydziej mówiąc klientami) i jedyny nasz obowiązek to dobrze się bawić i czerpać przyjemność z wyprawy. Dlatego też Mikołaj i Maria gotowali, ogarniali, sprzątali i zapewniali atrakcje. No i byliśmy tylko w 4 osoby, czyli można by powiedzieć, że mieliśmy prywatny rejs. W Puerto Lindo widzieliśmy statki, które zabierały nawet do 20 uczestników, oczywiście w tamtym przypadku jacht był trochę większy ale i tak zagęszczenie ludzi na pokładzie musiało być masakryczne. Natomiast to, że cena naszego rejsu była niska (podsumowując wszystko, wyszło $340 na osobę, standardowa cena to $550) wynikało z tego, że nasz rejs był dzień krótszy i nie płynęliśmy do Kartageny, tylko na granice Panamsko-Kolumbijską. No i Mikołaj sam mówił, że ostatnio stał kilkanaście dni w miejscu i miał już ciśnienie aby ruszyć, dlatego udało się tak dogadać.

Indianie Kuna sprzedający swoje wyszywane rękodzieła. Pływają między jachtami i handlują.

Po śniadaniu Mikołaj zwodował ponton, a sprzęt do snurkowania doposażył jeszcze o płetwy. Z tym ekwipunkiem zabrał nas na pobliską piękną wyspę z plażą, palmami i rafą koralową dookoła. Dostaliśmy informacje że za jakieś 3-4 godziny wróci na wyspę z Marią i przywiozą lunch.

Wyspa była jak z bajki. Piękny biały piasek, palmy i zielona trawka. Poza nami było tam jeszcze 2 Indian, którzy opiekowali się tą wyspą, dbali o porządek na plażach, zbierali opłaty za wjazd turystów ($3 osoba) i prowadzili mały bar z napojami. Oczywiście wszystko „na ciepło”, bo prądu tam nie było. W międzyczasie pojawiła się jeszcze czwórka białych ludzi, którzy przypłynęli na wsypę pontonem ze swojego katamarana, aby zjeść przywieziony lunch i trochę popływać. Pierwszą godzinę zajęło nam robienie zdjęć. Aż mi się telefon rozładował… Ania zazwyczaj szybko się nudzi robieniem zdjęć i zaczyna się irytować jak ja dalej chce je robić, a tu sama przyznała, że ma taką obawę czy wykorzystaliśmy pełne możliwości tego miejsca jeśli chodzi o fotki. Bylem w szoku.

piasek woda i horyzont zlewały się w jedność, a wysepki przypominały oazy na „wodnej pustyni”.
Jedyne zabudowanie na wyspie. Schronienie dla Indian Kuna, którzy opiekowali się wyspą.

Kolejnym naszym „zadaniem” było snurkowanie i podziwianie rafy oraz wszystkiego co ją otaczało. Później chillowanie na hamakach i spacer do okoła wyspy – całe 5 minut zeszło, bo się trochę nie śpieszyliśmy. W międzyczasie poznaliśmy się również z tą czwórka ludzi, którzy byli na wyspie. Sytuacja była dość zabawna, bo podszedłem do dwóch mężczyzn jak odpoczywali na hamakach (kobiety były w wodzie) zapytać czy nie mają rozmienić $20, bo lokalni nie mają jak wydać, a chcemy kupić sobie piwko. Mężczyzna na hamaku powiedział, że niestety nie ma przy sobie i zapytał czy może nam je postawić. Głupio było odmówić… rozumiecie 😉 ?! Po czym dodał żeby poprosić o dwa piwa i powiedzieć, aby dopisali je do rachunku Edwardo. Podziękowałem i odszedłem realizować zamówienie. Chwilę później gdy obok nas przechodzili, już całą czwórką, to jeszcze raz podziękowaliśmy i rozpoczęła się rozmowa. Okazało się, że Edwardo i jego żona Adrianna pochodzą z Hiszpanii, ale mieszkają w tym rejonie od 7 lat i mają firmę, która organizuje czartery na San Blas. A pozostała dwójka to ich znajomi, którzy ich odwiedzili. Jakiś czas później zawołali nas jeszcze, abyśmy skosztowali ryby barakuda, którą mieli na lunch. Świeżutka, kilka godzin wcześniej złowiona. Pyszna.

W międzyczasie dalej cieszyliśmy się dniem. Ania czytała książkę, a ja latałem z GoPro i znów snurkowałem. Oczywiście nie mogło być inaczej, po raz kolejny wbiłem coś w nogę. Tym razem jak już wychodziłem z wody. Bylem jeszcze w płetwach, więc ciężko było złapać równowagę na rafie i jak mnie zawiało to z impetem stanąłem na czymś co przebiło płetwę i wbiło mi się w piętę. Wyglądało podobnie jak kolec jeżowca z Bocas, ale nie wydaje mi się żeby mógł być w tamtym miejscu. W każdym razie nic poważnego, kawałek wyciągnąłem kawałek został i założyłem że organizm się go sam pozbędzie. Najważniejsze że szybko przestało boleć w porównaniu do tego z Bocas. Około 15 przyjechali Mikołaj i Maria i przywieźli lunch. Muszę przyznać, że Maria gotuje świetnie! Nie tak jak Ania, ale i tak świetnie.

W takim miejscu to tylko czytać i czytać.

Po lunchu Mikołaj zaproponował że zawiezie nas pontonem jakieś 500 metrów od wyspy na większą rafę. Chciał po nas wrócić, ale powiedzieliśmy że dopłyniemy do wyspy sami. Wiedziałem że chwile nam to zajmie. Płetwy były dość sztywne i uwierały, więc nie chciałem nabawić się odcisków, a na Ani twarzy, pod maska, ukrywała się mina lekkiego zaniepokojenia z powodu sporej odległości od lądu, dlatego od razu obraliśmy kurs w stronę wyspy i powoli płynąc oglądaliśmy życie podwodne. W pewnym momencie wpłynęliśmy w ślepy zaułek, gdzie z każdej strony była płytka woda, a pod nią rafa. Nie chcąc ryzykować, że o coś zahaczymy co znów może utknąć w naszym ciele, musieliśmy się kawałek wrócić. Ania ewidentnie nie była zadowolona, ale cieszyła się że znowu ma więcej przestrzeni między jej brzuchem a dnem. Na szczęście całkiem szybko udało się znaleźć przesmyk. Pod wodą widzieliśmy sporo rożnych rybek, zazwyczaj małe do kilkunastu centymetrów, ale była też spora ławica takich ponad 20-30 centymetrów. Piękne, o granatowym kolorze czasami aż wpadającym w czerń. Ani chyba najbardziej spodobała się ryba w kolorze srebrnym, która na tylnej części miała ubarwienie przypominające oko. Taka duża kropka, przez którą rybka ta wyglądała jakby pływała tyłem.

Znalazła się też chwila na podwodną fotkę.
Wyspę żegnaliśmy przy czerwonym słońcu, chylącym się ku zachodowi.

Po dopłynięciu na wyspę czekały na nas świeże kokosy, które kupił Mikołaj. Zapytał czy jemy je na miejscu, czy wracamy na Samsarę i robimy „coco loco”, czyli upijamy trochę mleka kokosowego i na to miejsce wlewamy rum. Jednogłośnie wybraliśmy opcje numer dwa, tym bardziej, że było już około 17 więc 6 godzin na wyspie było wystarczające. W drodze na jacht mijaliśmy lokalnych Indian w ich wielkim kajaku wyłupanym z kłody ogromnego drewna. Mikołaj zamówił u nich homary na kolacje, oczywiście oni mieli przywieźć żywe, a resztą miał zająć się on i Maria.

Po chwili relaksu na jachcie usiedliśmy razem i odpaliliśmy „coco loco” a później jeszcze ze dwa drinki, poza Maria bo ona jest w 6 miesiącu ciąży, więc wiadomo. Wieczór minął bardzo sympatycznie na pogawędkach. Po kolacji, na której były patacony czyli specjalnie smażony platan, jajko sadzone i sałatka z warzyw (homary ostatecznie nie dojechały) poszliśmy na pokład i położyliśmy się na materacach w okolicach masztu. Leżąc tak i oglądając niebo, stwierdziliśmy że zostajemy tam na noc, a właściwie do momentu, aż nie będzie nam chłodno lub niewygodnie…

Coco-loco z kokosa było wyśmienite

Obudziłem się nad ranem i zobaczyłem że jest jasno. Zegarek pokazywał 6 rano. Szybko się podniosłem, aby zobaczyć przez małe okienko w kokpicie czy słońce jest już nad horyzontem, czy może jest szansa na wschód. Idealnie pomyślałem, idę zrobić kilka zdjęć bo zaraz będzie piękny wschód. Schodząc z łóżka wybudziłem Anię, która postanowiła pójść ze mną. Poranek spędziliśmy na tych samych materacach co wieczór, a później oczywiście kąpiel w morzu. W międzyczasie Indianie przywieźli homary, więc aby były świeże na kolację Mikołaj wsadził je do szmacianego worka, a worek na sznurku do wody. Po śniadaniu ruszyliśmy w stronę wysepki, na której Indianie Kuna mają miasteczko. Tam Mikołaj chciał pokazać nam jak oni żyją oraz dokupić paliwo.

Udało się nawet wstać na wschód słońca – było warto.

Okazało się, że są to dwie wysepki położone obok siebie i połączone mostem, całkiem porządnym jak na te warunki. Mikołaj śmiał się, że to cud inżynierii Indian Kuna. Most oczywiście był dla ruchu pieszego, może również dla motorów, o ile jakieś tam są. Pojazdu silnikowego dwu śladowego tam nie uświadczyliśmy. Oczywiście nie wynika to z faktu, że Indianie Kuna to jacyś dzicy ludzie i dla nich to czarna magia, tylko po prostu wysepki te są bardzo małe i byłoby dziwne poruszać się po nich autem.

Lud Kuna (Cuna) to plemię Indian z pogranicza Panamy i Kolumbii, zamieszkujące autonomiczne terytorium Kuna Yala, w tym panamski archipelag San Blas. Zainteresowanych odsyłam do obszernego artykułu i Indianach Kuna TUTAJ.

Obeszliśmy obie wyspy, wypiliśmy piwko i ruszyliśmy w do brzegu po nasz ponton. Chcieliśmy kupić jeszcze po dwa piwka dla nas i Mikołaja, już na jacht, ale okazało się że w sklepie się skończyły, a drugi i ostatni z piwem był zamknięty. Ostatnim punktem gdzie mogło by być była przybrzeżnej restauracji. Niestety tam również nie mieli, ale jeden z gości słysząc że szukamy piwa przyniósł nam po jednym z jego łódki. Kolumbijczyk z gestem.

Most między wyspami.
Widok z mostu na przybrzeżny dok.
Mimo widocznego braku pojazdów dwuśladowych, ulice na wyspach Kuna są szerokie. Znalazł się tam nawet oddział baku Panamskiego, ale już bankomat nie.

Gdy dopłynęliśmy na jacht do Mikołaja napisał jego były szef, że jego znajomi potrzebują „podwózki” do Kolumbii. Dzięki temu na wieczór nie ruszyliśmy w drogę do Kolumbii tylko odpłynęliśmy w stronę rajskich wysepek, gdzie mieliśmy czekać na odpowiedź na ofertę Mikołaja. Gdyby te osoby się zdecydowały to musieli by dojechać drogą lądową jak najbliżej nas, a następnie wziąć taksówkę wodną na wyspę w pobliżu nas. Tak abyśmy nie musieli się wracać. Mikołaj by dodatkowo zarobił, a my tym samym zyskalibyśmy dodatkowy dzień na San Blas. Sytuacja win-win.

Miejsce do którego dopłynęliśmy na noc było bardzo urocze. Niedaleko jachtu była malutka wysepka z błękitną wodą do okoła i kilkoma palmami. Wiedzieliśmy od razu z Anią, że rano musimy ją odwiedzić. Po całym dniu na słońcu wieczór przyniósł nam trochę ochłody. Minął bardzo sympatycznie przy drinku z rumu i pepsi oraz wzajemnych opowieściach w trakcie których Mikołaj uśmiercił homary, a Maria je przyrządziła. To jest ten rodzaj jedzenia, który nie wygląda ciekawie, ale smakuje bardzo dobrze. Musze przyznać dość oryginalne danie. Dzień przypieczętowaliśmy filmem na dobranoc.

Kolacja nie wyglądała zachęcająco, ale smakowała wyśmienicie.

Po raz kolejny obudziliśmy się przed wschodem słońca, niestety tym razem niebo było lekko przychmurzone, więc po 15 minutach wróciliśmy spać dalej. Gdy Mikołaj wstał około 8 i zapytaliśmy się czy czekamy na dodatkowych ludzi. Okazało się ze nie, bo jak sami stwierdzili , nie byli gotowi tak od razu ruszyć i do nas dotrzeć. Wiedzieliśmy więc, że nie mamy za wiele czasu, dlatego szybko założyliśmy maski na głowę i ruszyliśmy postawić nogę na bezludnej wysepce, najmniejszej na jakiej do tej pory byliśmy. Gdy dopływaliśmy do brzegu trafiliśmy na ławicę malutkich rybek, które tak się mieniły w promieniach słonecznych przebijających się przez taflę wody, że mogło się w głowie zakręcić. Niczym lampki na choince. Całość dopełniały rozgwiazdy, które ozdabiały dno z białego pisaku i rzadkiej morskiej trawy. Wyspa była malutka, niczym trzy boiska do tenisa. Rosły na niej piękne palmy, a pomiędzy nimi znajdowało się zadaszenie ze strzechy pod którym był stolik, a dookoła trochę ławek. Mikołaj powiedział, że na niej często zatrzymują się grupy turystów na lunch. Jak dobrze, że my byliśmy tam absolutnie sami.

Rozgwiazdy przy brzegu wyspy.
Najmniejsza wysepka na jakiej byliśmy!

Po powrocie na jacht zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w ostatnią prostą wzdłuż wybrzeża Panamy, aż do granicy kolumbijskiej, czyli w jakąś 24 godzinna podróż. Po drodze wiele się nie działo. Jak tylko wypłynęliśmy na głębsze wody zaczęło mocniej bujać. Anie dopadła choroba lokomocyjna i jak na Ulubienice Neptuna przystało zaczęła karmić rybki. Ja w drugiej części dnia tez przez kilka godzin słabo się czułem, ale wzięliśmy w końcu po tabletce i mi przeszło zupełnie, a Ani sporo pomogło.

W trakcie żeglugi widzieliśmy też pięć delfinów, które przez chwile płynęły równo z nami tuż za burtą jachtu. Udało się nawet żagle postawić na kilka godzin. Wiatr nie był oszałamiający, więc spektakularnej żeglugi nie było ale przynajmniej można było odpocząć od dźwięku silnika. Ja właściwie przez większość dnia nadrabiałem zaległości na bloga albo eksperymentowałem z GoPro. Ania głownie leżała i starała się dobrze czuć. Po drodze Mikołaj próbował coś złowić, bo od dwóch dni myśleliśmy o rybie, ale niestety się nie udało. Może i dobrze bo to nie był dzień pełny apetytu. Dla przykładu Ania powiedziała, że nie poleca wymiotować po amerykańskich naleśnikach (takich jak mają w McDonakds w menu śniadaniowym) z bananem i syropem klonowym, bo ta słodycz powoduje kolejne odruchy wymiotne.

Skoki do wody, ciepłej jak w wannie to sama przyjemność.

Kolejnego dnia nad ranem Mikołaj poinformował, że na miejscu będziemy około południa. Do tego czasu odpoczywaliśmy, pakowaliśmy plecaki itp. Udało się nawet złowić dwa sporej wielkości tuńczyki. Niestety nie udało się już ich skosztować, bo byliśmy prawie na miejscu.

Było około 13 kiedy zakotwiczyliśmy jacht w zatoczce przy Puerto Obaldia, czyli ostatniej miejscowość po stronie Panamskiej, gdzie mogliśmy odbyć kontrolę paszportową przed opuszczeniem kraju. Byliśmy trochę źli na ludzi, na których dwa dni wcześniej czekaliśmy, bo przez to nie udało się dopłynąć tego dnia o świcie. Gdyby się zdecydowali bylibyśmy dzień później, ale rano. Zależało nam na tym, bo wiemy już jak działa tu transport i mieliśmy przeczucie, że po południu będzie trudno znaleźć łódkę, która nas zawiezie na stronę Kolumbijską.

Mikołaj z Marią popłynęli z nami na ląd, Mikołaj pomógł nam z odprawą paszportową następnie pożegnaliśmy się i każdy ruszył w swoją stronę. Mikołaj w rejs powrotny, a my szukać łodzi do Capurgeny. Niestety nasze przeczucia się sprawdziły. Chodząc po tej małej wiosce i pytając, większość osób nam mówiła, że łodzie pływają rano, ale kazali nam pytać dalej. I tak oto pojawiła się pierwsza oferta $30 osoba. Oczywiście się nie zgodziliśmy, bo wiedzieliśmy że normalna cena to 10-12 dolarów. Chwile później zaoferowano nam $20 na osobę, też odmówiliśmy. Powoli zaczęliśmy zastanawiać się nad jakąś możliwością rozbicia namiotu, ale wtedy pojawił się gość który zaoferował nam $15 na osobę i po małych negocjacjach przytaknął na $12. Skierował nas na wybrzeże i powiedział, że idzie po łódź i tam po nas podpłynie. W wyznaczonym miejscy czekaliśmy na niego około 20 minut, niestety nie pojawił się. Pojawiła się za to oferta za $15 od innego mężczyzny, który widząc nas zagaił. Zgodziliśmy się, bo większych szans na znalezienie czegoś taniej już nie było, a nadchodząca burza nie pozwalała nam czekać z decyzją.

Pierwszy etap odprawy paszportowej w Puerto Obaldia był całkowicie „manualny”, zero cyfryzacji.

Ruszyamy postawić nogę na nowym dla nas kontynencie. Dopiero trzecim w naszym życiu, ale na pewno nie ostatnim.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *