Salar de Uyuni – 3 dniowa wyprawa po pustynnej Boliwii.

Po miasteczkach i dużych miastach, przyszedł czas na bardzo wyczekiwaną prze mnie, Salar de Uyuni, czyli pustynię solną w Boliwii. Miejsce to położone jest na południowym zachodzie kraju i zajmuje powierzchnię 10 852 km2, co czyni go największym solniskiem świata. Ze względu na ogrom tego terenu i surowy klimat jaki tam panuje zdecydowaliśmy się na wykupienie 3-dniowej, zorganizowanej wycieczki samochodem 4×4. Niestety nie mając własnego pojazdu, człowiek w takich miejscach jest „bez ruchu”. Choć trafiają sie tacy indywidualiści (w tym Polacy), ktorzy pokonali te tereny na piechotę czy rowerem, ale nie ukrywajmy, taki wyczyn to zupelnie inny rodzaj wyprawy niż nasza.

W celu wykupienia wycieczki w najkorzystniejszej opcji cenowej przemieściliśmy się nocnym autobusem z Sucre do miasteczka Uyuni, z którego to na pustynie wyrusza większość samochodów i gdzie znajduje się mnóstwo operatorów wycieczek. Do miasteczka dojechaliśmy o mało wygodnej godzinie, 4 rano. Na szczęście na miejscu okazało się, że w centrum znajdziemy już jakąś otwartą kawiarnie. Zmierzając w tamtą stronę wytropiła nas kobieta, która dobrze wiedziała czego szukamy. Zaprowadziła nas do miejsca, które zostało otwarte równocześnie z przekroczeniem przez nas progu. Kobieta zapaliła światło, odpaliła lampki i melodyjkę na choince oraz przyniosła butlę gazową z palnikiem, aby ogrzać wnętrze. Generalnie zrobiła niezłą atmosferę. W miejscu tym byliśmy razem z Philipem, Niemcem, który jechał z nami tym samym autobusem i z którym po drodze troszkę się zakolegowaliśmy.

6-go grudnia knajpka była już w pełni przygotowana na święta.

Po wypiciu kawy, zjedzeniu prowizorycznego śniadania i przeczekaniu do godziny 6.30, kiedy to pierwsze agencje otwierały swoje drzwi, ruszyliśmy w poszukiwaniu najlepszej oferty. Mieliśmy już zrobiony wstępny rekonesans o opiniach krążących w sieci na temat poszczególnych operatorów. Sama wycieczka w każdej agencji wygląda niemal identycznie, a różnice to detale np. w postaci różnych miejsc do spania (tzn. ich lokalizacji, bo warunki bywają bardzo podobne). To na co chcieliśmy zwrócić uwagę, to auto jakim się podróżuje, ilość osób i czy kierowca mówi po angielsku, bo to głównie od naszej komunikacji z nim, jego kreatywności i doświadczenia zależy duża część sukcesu. Słyszeliśmy też o przypadkach kiedy kierowcy jeździli na podwójnym gazie gubiąc się, czy powodując wypadki czego zdecydowanie chcieliśmy uniknąć.

Zdecydowaliśmy się na firmę Skyline, która w sieci miała same pozytywne opinie, a cena po negocjacji była jedną z najniższych jakie nam zaproponowano, czyli 700 bolivianos na osobę (około 350zł). Wydaje się dużo, ale była to cena za 3 dni niesamowitej przygody. Wybraliśmy wariant dłuższy, bo istnieją jeszcze wycieczki jednodniowe, ale skupiają się głównie na pustyni solnej i najbliższych atrakcjach, a jest to zaledwie namiastka ciekawych miejsc jakie oferuje ten region. Poza tym w opcji 3 dniowej, za niewielką dopłatą (50 bolivianos/os.), w trzecim dniu mieliśmy zostać przetransportowani do miasteczka San Perdo de Atacama w Chile, które było naszym kolejnym celem.

Koszty dla zainteresowanych: Cena zawiera transport samochodem 4×4 (najczęściej Toyota Land Cruiser), pełne wyżywienie, noclegi i kierowcę-przewodnika. W aucie jedzie kierowca i 6 pasażerów, chyba że nie uda im się sprzedać wszystkich miejsc (jak sprzedadzą za dużo np. 7 to przerzucają takiego klienta do innej agencji, co według nas jest słabe bo w takim przypadku rezerwuje się miejsce w firmie „A”, a jedzie się z firmą „X”, której akurat brakowało kogoś do kompletu. Tak też trafił nasz nowy znajomy Philip.

Koszty dodatkowe obowiązkowe: 150 bolivianos za wjazd do Parku Narodowego Eduardo Avaroa. Koszty opcjonalne: 50 bolivianos jeśli chce się zakończyć wycieczkę w Chile, za transport do miasta San Pedro de Atacama + 15 bolivianos przy odprawie celnej (niby jest to podatek miejski ustalony przez miasto San Pedro de Atacama). Koszty dodatkowe opcjonalne: 30 bolivianos za wejście na wyspę kaktusów po środku pustyni solnej. 10 bolivianos za ciepły prysznic pierwszej nocy oraz 6 za skorzystanie z basenów termalnych.

Całość kształtuje się w granicach 960 bolivianos czyli około 480 zł. Całą wycieczkę można również zrobić startując ze strony Chile, czyli z San Pedro de Atacama, lub wersje 4 dniową z Boliwii zaczynając w mieście Tupiza. Z Tupizy cena trochę wyższa, ponieważ dochodzi jeden dzień, ze względu na większą odległość miasteczka od pustyni.

Po zarezerwowaniu miejsca ruszyliśmy jeszcze na małe zakupy na drogę, np. po wodę, która przez naszą agencję nie była zapewniana (poza napojami w trakcie posiłków) oraz jakieś owoce tak po prostu, na czarną godzinę. Dodam, że samo miasteczko Uyuni jest niesamowicie nieurokliwe i poza wycieczkami na pustynie, nic więcej nie oferuje. Także przyjechanie tam z samego rana i wykupienie wycieczki tego samego dnia to najlepsza opcja i potwierdzi Wam to każdy kto tam był.

Miasteczko Uyuni w głównej mierze wygląda jak na tym zdjęciu. Poza tylko kilkoma ulicami gdzie znajdziemy asfalt i sklepy dla turystów niewiele jest. Tutaj na środku krzyżówki grill, najprawdopodobniej wieczorami ktoś przyrządza tu swoje smakołyki i sprzedaje przechodniom i przejeżdżającym.

O 10.30 zapakowaliśmy auto i podekscytowani ruszyliśmy ku przygodzie. Pierwszym przystankiem oddalonym o 5 kilometrów od miasta było cmentarzysko lokomotyw. Niestety dość mocno zatłoczone, bo wszystkie wycieczki z miasta startują o podobnej godzinie i zaczynają od tego miejsca.

Do Boliwii pod koniec XIX wieku sprowadzono inżynierów z Wielkiej Brytanii, których zadaniem było zaprojektowanie sieci kolejowej łączącej centrum kraju z portami położonymi nad Pacyfikiem (do 1879 roku Boliwia miała dostęp do oceanu). Koleje te w głównej mierze miały służyć do transportu surowców z Andów. Niestety w latach 40-tych XX w. przemysł wydobywczy upadł i tym samym stare lokomotywy i wagony stały się bezużyteczne. Zaczęto więc gromadzić je nieopodal Uyuni.

Na chwilę obecną stoi tam wiele lokomotyw i składów w stanie mocnego rozpadu. Są one pocięte, zniszczone i gdzieniegdzie przyozdobione jakimś graffiti, a do tego cały czas narażone na surowy pustynny klimat i powietrze „nasycone solą”. Całość robi ciekawe wrażenie, niestety tak jak wspomniałem wyżej, my byliśmy tam równocześnie z dziesiątkami innych osób, co trochę psuło klimat i zdecydowanie utrudniało zrobić ciekawe zdjęcia.

Oczywiście najlepsze było to, że wszędzie można było wejść.
Widok z troszkę dalszej perspektywy. Na zdjęciu około 1/3 całego cmentarzyska.
A niektórzy próbowali wykorzystać to, że jest tam tak dużo ludzi i w ten sposób urozmaicić swoje zdjęcia.

Po 30 minutowej przerwie ruszyliśmy w stronę małego miasteczka Colchani, gdzie mieszkańcy prowadzili niewielki targ z pamiątkami. Od zwykłych pamiątek, które spotykaliśmy w każdym sklepie z pamiątkami w Boliwii, aż do pięknych ręcznych wyrobów z soli w postaci szkatułek, kieliszków magnesów, breloków czy ozdób na półkę i ścianę. Drobne, ale bardzo wyjątkowe rzeczy. Oczywiście skusiliśmy się na kolejny magnes do naszej podróżniczej kolekcji. W tym samym miejscu czekał też na nas lunch.

Po posiłku ruszyliśmy już gruntową, a właściwie solną drogą w głąb pustyni. Pierwszy postój po środku niczego, w pierwszej chwili trochę nas rozczarował, bo podłoże okazało się być bardziej kremowe niż białe jak to widzieliśmy na zdjęciach, ale kierowca szybko nam wyjaśnił że możemy być spokojni, bo to dopiero początek. Z tego miejsca skierowaliśmy się w stronę czegoś, co przypominało duże kałuże w solnym gruncie. Jednak przez te „kałuże” nieustannie przeciskały się bąble powietrza, co sprawiało wrażenia jakby woda ta wrzała. Wyjaśnieniem tego okazały się wody gruntowe, które w tym miejscu były stosunkowo blisko powierzchni i znalazły sobie drobne ujście dla siebie i gazów, także woda ta nic z ciepłem wspólnego nie miała.

Boliwia, Sala de Uyuni – pierwsze wygłupy na pustyni.

Kolejną atrakcją okazał się być pomnik upamiętniający rajd Dakar, który w Boliwii zagościł po raz pierwszy w 2014 roku i przebiegał m.in. przez rejony największego solniska na świecie. Oczywiście sesja zdjęciowa pod pomnikiem musiała być. Następnie ruszyliśmy spacerm do wysepki z flagami, która niestety nie wiem co symbolizowała, ale trzepoczące flagi na dość silnym pustynnym wietrze przykuwały oko. W okolicy był też budynek w główniej mierze zbudowany z soli, a w środku coś w rodzaju stołówki, gdzie prawdopodobnie swój ostatni posiłek na wycieczce spożywali ludzie jadący z Chile i kończący przygodę z pustynią w Uyuni.

Pomnik upamiętniający rajd Dakar, prawdopodobnie wykonany z soli.

My z tego miejsca ruszyliśmy w stronę najbielszego miejsca w okolicy, środka pustyni Salar de Uyuni, gdzie poza nami, białym podłożem i niebieskim niebem nie było zupełnie nic. Gdzieś daleko na horyzoncie można było zauważyć jakieś szczyty górskie, albo w troszkę bliższej odległości inna grupę ludzi, która i tak bardziej przypominała małą kropkę niczym skazę na tym idealnym obrazie. W miejscu tym spędziliśmy ponad godzinę robiąc zdjęcia, szczególnie te z ciekawą perspektywą. Sami zobaczcie:

Robienie zdjęć sprawiało frajdę, a przyglądanie się innym jak się wygłupiają chyba jeszcze większą.
Środek Salar de Uyuni, gdzie sól była najczystsza. Przebywanie tam bez okularów przeciwsłonecznych nie było zbyt komfortowe.
Ale nie tylko zdjęcia z perspektywy uskutecznialiśmy. Jak widać w tle, nasi towarzysze również dobrze się bawili.

Trochę zdjęć grupowych wykonanych przez naszego kierowcę, a później każdy robił sobie – co tylko mu wyobraźnia podpowiedziała. Muszę przyznać, że miejsce to było niepowtarzalne i chyba wszyscy dobrze się bawili, a czas minął błyskawicznie.

Salar de Uyuni – solnisko, pozostałość po wyschniętym słonym jeziorze w południowo-zachodniej Boliwii, na obszarze płaskowyżu Altiplano w Andach. Jest położone na wysokości 3653 m n.p.m. i zajmuje powierzchnię 10 582 km², co czyni go największym solniskiem świata. Stanowi, wraz z jeziorami Titicaca i Poopó, pozostałość po istniejącym w plejstocenie jeziorze Ballivián. Jest to jeden z najbardziej płaskich obszarów na świecie (różnica wzniesień wynosi niecałe 41 cm).

Powierzchnię solniska pokrywa skorupa, pod którą znajduje się niezwykle bogata w lit solanka. Szacuje się, że zawiera 50–70% światowych zasobów litu.”

Źródło: wikipedia.org

Kolejną atrakcją miała być „Isla del pescado” czyli wyspa ryb/rybia wyspa, a tak naprawdę wyspa kaktusów, bo były ich tam setki. Swoją nazwę zawdzięcza jednak bryle, która wystaje ponad powierzchnię jednego z najbardziej płaskich rejonów na świecie i kształtem przypomina właśnie rybę. Jest to największa (z 14) wyspa na Salar de Uyuni, stworzona ze starego koralowca i jest przejęta w pełni przez kaktusy. Kaktusy, które na Isla del pescado stanowiły największą atrakcje. Kaktusy, które swoim wiekiem pamiętają chrzest Polski i kaktusy, które wzrostem dorównują 3 piętrowemu budynkowi. Oczywiście nie wszystkie, bo tak jak pisałem był ich tam cały „las”.

Niestety ze względu na nicość jaka panuje na tym zdjęciu, na to że było ono robione z góry i na to nie nie ma punktu odniesienia, zdjęcia nie oddają wielkości kaktusów, ale musicie mi uwierzyć że były duuuże.
Całą wyspę można obejść w 20 minut, ale widok ze szczytu skutecznie zatrzymuje na dłużej.

Wejście na górę było dowolne i kosztowało 30 bolivianos. Była to atrakcja, której Ania bardzo wyczekiwała dlatego czym prędzej udaliśmy się na niespełna godzinny spacer po wyspie.

Ostatnią atrakcją tego dnia miało być podziwianie zachodu słońca. W tym celu nasz kierowca po raz kolejny wywiózł nas w ustronne miejsce po środku niczego. Miejsce było tak dobrane, że zachodzące słońce chowało się za niewielkie góry na horyzoncie. Siedzieliśmy trochę na zewnątrz i trochę w aucie na zmianę, bo temperatura szybko spadała, a pustynny wiatr przybierał na sile. Cierpliwie czekaliśmy i podziwialiśmy coraz bardziej czerwone niebo do czasu, aż światło niemal całkowicie zgasło.

Pragnę zaznaczyć, że zdjęcie poddane jest podstawowej obróbce, bez nasycania kolorów.

Na noc przybyliśmy do hotelu, który po części zbudowany był z soli, a po części ze standardowych materiałów budowlanych. Tu czekała na nas wspólna kolacja i 2-3 godziny dostępu do prądu. Plątanina rozdzielaczy i ładowarek jaka panowała na stoliku była nie do ogarnięcia. W sumie nocowało tam 20-30 osób i każdy chciał naładować telefon, power banka czy baterie do aparatu.

Śniadanie zapowiedziane było na 7.00. Część osób z naszej samochodowej ekipy pokusiła się na jeszcze wcześniejszą pobudkę i przed 6 rano udali się podziwiać wschód słońca. Nam po wieczornych lampkach wina spało się zbyt dobrze. Do tego temperatura na zewnątrz nie zachęcała do wychodzenia spod warstwy kilku grubych filcowych koców i kołdry. Na szczęście wschód słońca nie był tak spektakularny jak zachód i powiedziano nam, że niewiele przegapiliśmy.

Nasz pokój i jego wyposażenie – w głównej mierze wykonane z soli.

W przeciągu tych trzech dni, od miasteczka Uyuni do granicy z Chile mieliśmy do pokonania ponad 400 kilometrów i to właśnie drugi dzień był tym w którym tej trasy miało ubyć najwięcej. Dlatego zaraz po śniadaniu wszyscy zapakowaliśmy nasze bagaże na dach Toyoty, a siebie do środka i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Przez pierwsze dwie godziny niemal się nie zatrzymywaliśmy. Dopiero po tym czasie pojawiły się pierwsze postoje na szybkie zdjęcie. To na pustynie, to na góry czy na jakiś wulkan w oddali. Do każdego z tych miejsc nasz kierowca zawsze dorzucał kilkuzdaniową informację, którą sprawnie z języka hiszpańskiego na angielski przekładała nam nasza współpasażerka Michel (nie zdecydowaliśmy się na anglojęzycznego kierowcę, bo cena wycieczki szła bardzo do góry, a już w biurze wiedzieliśmy że będziemy mieć Michel).

Okolice Salar de Uyuni. Pasterka pędząca swoje zwierzęta.
Wikunia andyjska.
Przez środek pustyni przybiegały tory. Po ich stanie można stwierdzić, że nadal są użytkowane.

Główną atrakcją tego dnia miał być szereg lagun na naszej trasie, przy których mieliśmy się zatrzymywać. Do pierwszej dotarliśmy po około 3 godzinach od opuszczenia hostelu. Chyba wszyscy byli zauroczeni tym co zobaczyli. Przeciętnych rozmiarów jeziorko, wyglądające na dość płytkie, choć to może tylko pozory, o spokojnej tafli w której odbijało się niebo i okoliczne góry. A to co dodawało największego uroku temu miejscu to stojące w wodze flamingi poszukujące pokarmu.

Nasz kierowca wysadził nas przy brzegu i odjechał kilkaset metrów dalej, a my spacerem szliśmy w jego stronę podziwiając przyrodę i robiąc zdjęcia. Flamingi były niesamowite. Zachowując spokój można było podejść do nich nawet na 3-4 metry. Jedynym utrudnieniem był dość błotnisty brzeg (miejscami), więc trzeba było uważać aby nie wpaść po kostki. Tym bardziej, że błoto to wydzielało zapach, który nie należał do najprzyjemniejszych.

Boliwia, Laguna Canapa.
Ania osłupiała z wrażenia 🙂
Flaming poszukujący planktonu do pożywienia.

Z laguny Canapa ruszyliśmy w stronę laguny Hedionda. Po dojechaniu na miejsce kierowca postąpił podobnie jak przy pierwszej lagunie, wysadził nas na początku i pojechał pod zabudowania, które były kilkaset metrów dalej. Poinformował nas też, że w jednym z tamtych budynków zjemy lunch.

Laguna Hedionda była całkiem podobna do tej pierwszej. Również pełna flamingów i z górami w tle. Naprawdę chciałoby się zatrzymać w tym miejscu na dłużej i podziwiać.

Boliwia, Laguny Hedionda.
Można by tak siedzieć w nieskończoność.
Flamingi Flamingi Flamingi

Gdy doszliśmy do zabudowań, okazało się że jest tam bardzo skromna restauracja i miejsca noclegowe. Na lunch dostaliśmy, jak na Boliwię przystało, kurczaka. Do tego trochę gotowanych warzyw i makaron, ciekawie zestawienie prawda? Po posileniu się ruszyliśmy w dalszą podróż.

Pustynia, środek niczego, ale dostęp do WIFI musi być! Cena 10 zł/15 min.

Po drodze trzecia laguna, ale tym razem tylko 3 minutowy postój na zdjęcia. Wiatr był tak silny, że i tak nikt nie chciałby zostać tam dłużej.

Laguna Honda, Potosi, Boliwia.

Stąd ruszyliśmy w kolejny dłuższy odcinek po pustynnych bezdrożach. Po przejechaniu około 60 kilometrów dotarliśmy do miejsca zwanego „Stone tree” (org. Arbol de Piedra), czyli kamienia, a właściwie skały, która w Boliwii jest mocno rozpoznawalna, ale na nas jakiegoś większego wrażenia nie wywołała. Wszystko rozbija się o to, że podstawa tego piaskowca jest dość wąska, ze względu na silne wiatry wiejące na pustyni, które podrywają piasek, a ten uderza i tym samym powoli niszczy miękki piaskowiec. Natomiast góra, gdzie tego piasku dolatuje znacznie mniej, rozszerza się w taki dość nieregularny sposób. Patrząc na całość z odpowiedniego miejsca, można ujrzeć coś co przypomina drzewo, stąd też angielska nazwa „Kamienne drzewo”.

Kamienne drzewo widziane z „boku”.

Będąc tam dobrze mogliśmy odczuć o jaki wiatr chodzi, przeszywał nas na wylot.

Kamienne drzewo widziane od „przodu”.

Z tego miejsca skierowaliśmy się do ostatniej już laguny tego dnia. 18 kilometrów dalej czekała na nas piękna, otoczona górami, najbardziej kolorowa i zapierająca dech w piersiach „Laguna Colorada”. Cóż, nie ma się co rozpisywać wystarczy popatrzeć na zdjęcia.

Boliwia, Laguna Colorada. Te małe kropeczki na ciemnej tafli wody to oczywiście flamingi.

Tutaj wiatr też nie odpuszczał, ale widok rekompensował wszystko. „Dostaliśmy” od naszego kierowcy jakieś 20 minut, które minęły w mgnieniu oka, ale to chyba dlatego że nasze oczy chłonęły ten widok tak namiętnie, że między pierwszy, a drugim mrugnięciem mogło te 20 minut minąć.

Ciężka bluza na silnym wietrze trzymała poziom.

W bliskiej odległości od laguny znajdował się również wjazd do parku narodowego Eduardo Avaroa, gdzie zakupiliśmy bilety i ruszyliśmy w stronę naszego kolejnego noclegu. Gdy dojechaliśmy do małej wioski, dosłownie po środku niczego, było już na tyle późno, że kierowca musiał szukać wolnego miejsca noclegowego. Widać inne grupy miały tego dnia szybsze tempo zwiedzania, ale to akurat na plus dla naszego prowadzącego, że jakoś bardzo nas nie popędzał. Wioska ta była bardzo specyficzna, pustynny klimat kilka małych sklepików i długie domy, ustawione jeden za drugim, z kilkoma wieloosobowymi pokojami. Od razu widać, że żyjący tam ludzie utrzymują się tylko i wyłącznie z nocowania i karmienia turystów.

Wieczór spędziliśmy przy dość długim posiedzeniu przy stole, kolacji i butelce wina. Było bardzo miło i wesoło. Nie rozpraszały nas nasze urządzenia elektroniczne, bo w gniazdkach prądu nie było, więc każdy oszczędzał baterie. A po wszystkim do łóżka wybraliśmy się na tak zwanego „brudasa”, bo łazienki posiadały jedynie zlew i ubikację.

Kolejny dzień rozpoczęliśmy wyjątkowo wczesnym śniadaniem, bo o 4 rano. Wszystko dlatego, że tego dnia mieliśmy zaplanowanych jeszcze kilka punktów i 100 kilometrowy odcinek do pokonania do granicy z Chile, gdzie musieliśmy być o 10.

Pierwszy przystanek zaliczyliśmy po środku gejzerów, gdzie panował krajobraz nie z tej planety. W jednym miejscu bagniste bulgoczące i parujące podłoże, a kawałek dalej słup zimnej pary wyrzucanej pod dużym ciśnieniem z ziemi, tworzącej szumiący hałas, który ciężko przyrównać do czegokolwiek.

Boliwia, Geysers Sol de La Mañana. Kierowca ostrzegał nas, że podchodząc za blisko, czasami można oberwać błotem.
Wschód słońca zasponsorował nam zabawne zdjęcia.
Powietrze wyrzucane z ziemi pod dużym ciśnieniem.

Kilkanaście kilometrów dalej, chętnych czekała kąpiel w basenach termalnych na świeżym powietrzu. Dwa prowizoryczne zbiorniki z wodą o temperaturze 36 stopni. Obok przebieralnia i kilka hosteli podobnych do tego, który opuściliśmy dwie godziny wcześniej. Wszystko to oczywiście po środku niczego, a dokładnie mówiąc z jednej strony pustynia i rozlewisko wód gruntowych ,a z drugiej góry.

Po lewej przebieralnia i „baseny termalne”. Dla spostrzegawczych – z ziemi wystają tylko czarne (włosy) głowy kąpiących się.
Patrząc w drugą stronę, widzimy rozlewisko wód termalnych.

Po naprawdę relaksującej kąpieli ruszyliśmy już w stronę ostatniej laguny na trasie, po drodze zatrzymując się jeszcze na 5 minut na pustyni Salvadora Dali. Ot zwyczajna piaszczysta pustynia, otoczona górami, które z perspektywy wysokości, na której od trzech dni się znajdowaliśmy, były tylko górkami. To co w tym krajobrazie się wyróżniało to tylko rozrzucone po pustyni głazy.

Ostatnia laguna do której dotarliśmy nosiła nazwę „Verde” co z hiszpańskiego oznacza „zielony” i taki właśnie kolor, a właściwie jego przybliżony odcień, można było dostrzec patrząc na spokojną taflę wody, w której odbijały się okoliczne góry. Był to ostatni przystanek przed granicą z Chile.

Boliwia, Laguna Verde.
Grupowe zdjęcie pamiątkowe.

Od granicy dzielił nas już tylko, jak to się mówi, rzut kamieniem. Gdy tam dotarliśmy ujrzeliśmy sporo samochodów i 2 budynki, z czego jeden był budynkiem kontroli granicznej Boliwii. My kontrolę mieliśmy już za sobą, bo załatwiliśmy to w Uyuni przed wyruszeniem na pustynię i było to genialne posunięcie, bo ta kolejka nie miała końca.

Po przeładowaniu plecaków do busa, który już tam na nas czekał, pożegnaniu się z dwójką naszych współtowarzyszy, którzy do Chile się nie wybierali oraz zrobieniu pamiątkowego zdjęcia przy tablicach granicznych, ruszyliśmy do ostatniego kraju na tej wyprawie… Trochę ze zmienionymi planami i z przemyśleniami jakie ostatnio nas naszły, ale o tym w kolejnym wpisie!

A teraz Chile!

A teraz CHILE!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *