Salwador: podróż do El Cuco i historia naszej choroby.

Po dwóch tygodniach spędzonych w Ocotepeque nadszedł czas, aby ruszyć dalej. Tak się dobrze dla nas złożyło, że nasz host trzy razy w tygodniu woził swoją mamę na rehabilitację do stolicy Salwadoru (około 100km). Było to na naszej trasie, więc zaproponował nam podwózkę, na którą oczywiście się zgodziliśmy i tym samym przyoszczędziliśmy sobie łapania jednego stopa. Docelowo tego dnia chcieliśmy dotrzeć na plażę w miejscowości El Cuco, czyli mieliśmy do przejechania praktycznie cały Salwador po skosie.

Z Ocotepeque wyjechaliśmy około 9.30 rano. Dziesięć minut później byliśmy już na granicy, gdzie wszystko poszło sprawnie. Po jakiś 2 godzinach podróży, przed stolicą Salwadoru opuściliśmy samochód Manu i od razu zabraliśmy za wzbogacenie naszego kartonu o napis „San Miguel”. Było to kolejne duże miasto na naszej drodze, przed El Cuco. Miejscówkę do łapania stopa teoretycznie mieliśmy dobrą, natomiast w praktyce staliśmy na końcu pasa wjazdowego na drogę szybkiego ruchu, więc bałam się, że nie pójdzie tak łatwo z uwagi na to, że auta pędziły jak szalone. Jednak po jakiś 25 minutach podeszła do nas pewna kobieta i po wskazaniu ręką powiedziała, że tam czeka na nas jakiś człowiek. Tam czyli jakieś 150 metrów dalej, na moście za naszymi plecami faktycznie czekał na nas złapany stop. Tak poznaliśmy Hicksa (to jego nazwisko, które tak mi się spodobało, że imienia nie zapamiętałam). Hicks mieszkał długo w USA, więc nie było problemu z komunikacją.

Adi wskazuje palcem naszą miejscowość docelową, czyli El Cuco. Natomiast my znajdujemy w miejscu gdzie jest czerwona strzałka (u samej góry).
Przygotowujemy karton z nazwą kolejnego dużego miasta na trasie, czyli San Miguel, który leży 160 km dalej.

Podczas dwugodzinnej podróży dowiedzieliśmy się bardzo dużo zarówno o życiu Hicksa jak i o samym Salvadorze. Między innymi to, że nie jest to najbezpieczniejsze miejsce do łapania stopa (wcześniej słyszeliśmy inaczej), ze względu na panujące tam gangi. Hicks uczulił nas, aby nie ufać ludziom i by być po prostu czujnym, dodał też, że właśnie ze względu na to, że jest tam niebezpiecznie często zabiera ludzi łapiących stopa aby im pomóc. Sam Hicks był przemiły, do tego stopnia, że do samego końca nie mogłam mu zaufać, a zwłaszcza w momencie kiedy przejeżdżając przez most zatrzymał się i powiedział że musimy wysiąść i zrobić sobie tutaj zdjęcie. Taaa, jasne my wysiądziemy, a on odjedzie z naszymi wszystkimi rzeczami – pomyślałam. Adrian otworzył drzwi i z jedną nogą w aucie wyjął aparat i zrobił dwie fotki, tak żeby nie było. Jak się później okazało moje obawy były bezpodstawne. Hicks jest po prostu przemiłym człowiekiem, który chciał nam pomóc. Postawił nam nawet na mały lunch w przydrożnej knajpce, żebyśmy mogli spróbować lokalnego, typowego dania w Salvadorze, czyli pupusas oraz kupił nam banany – najpyszniejsze jakie do tej pory jedliśmy (co ciekawe w smaku miał sobie coś z jabłka). A na koniec podrzucił nas kilkanaście dodatkowych kilometrów przez zakorkowane miasto, do wylotówki z San Miguel w stronę El Cuco. Oczywiście nie miał po drodze, bo mieszka przed San Miguel i stracił przy tym około godzinę pokonując miasto w dwie strony. Dał nam również namiary do siebie i powiedział, że jakbyśmy potrzebowali pomocy to mamy się odzywać. Aby choć trochę się odwdzięczyć dałam mu (dla jego żony), naprawdę dobry lakier do paznokci – niewiele, ale to była jedyna rzecz jaką mieliśmy, nazwijmy to,  „luźną”.

Tak wyglądały Pupusas, na które zabrał nas Hicks. Nadzienie było na prawdę dobre!

Przyznać muszę, że tak jak w Ameryce Centralnej tortille je się do absolutnie wszystkiego (wiec mieliśmy okazję już wielu spróbować), tak takich dobrych jak w pupusach jeszcze nie jadłam. Sekret tkwi w tym, że ten przysmak ma w środku nadzienie, oczywiście dowolne. Nasze było ze serem i z fasolą (oczywiście), a drugie z serem i warzywkiem, którego nazwy niestety nie zapamiętaliśmy. Naprawdę bardzo smaczne i w dodatku 4 placki, które były dość syte kosztowały 2-3$.

W miejscu, w którym zostawił nas Hick bardzo szybko zmieniliśmy nasz napis na kartce i żwawo stanęliśmy przy drodze. Powiedziałam do Adiego, że nawet nie zdejmujemy plecaków, bo zaraz ktoś nas weźmie i co… nie minęła nawet minuta i zatrzymała się pokaźna rodzinka, która wzięła nas na pakę swojego pickupa i zawiozła na samą plażę w El Cuco. Podróż minęła szybko ale nie za wygodnie, bo poza nami na tej pace było jeszcze 7 osób w tym dziecko, które mogło mieć ze 2 latka, no i oczywiście nasze dwa plecaki.

Od tego miejsca zaczęły się nasze poszukiwania pola namiotowego. Hicks polecał nam zatrzymanie się w Hostelu La Tortuga Verde  (Zielony Żółw) i po krótkim namyśle właśnie tam zmierzaliśmy. W związku z tym, że Pacyfik był na wyciągniecie ręki postanowiliśmy iść plażą. Ubity, mokry i ciemny piasek ułatwiał temat, nawet z kilogramami na plecach. Niestety do La Tortuga było trochę ponad 3 km, na szczęście oceaniczna bryza łagodziła temperaturę, a widoki rekompensowały zmęczenie. Jednak mimo wszystko z każdym krokiem byliśmy bardziej zmęczeni, z racji tego w połowie drogi postanowiliśmy przysiąść pod palmą i chwilkę odpocząć. Tutaj warto napisać o plaży. Dość brudna niestety, ale bardzo szeroka. Bez żadnej palemki bezpośrednio na plaży, jedyne jakie można było znaleźć to przy posesjach, które ciągnęły się całą drogę jedna za drugą. Jedne ładniejsze, drugie mniej. Jedne to prywatne mieszkania inne to hotele i hoteliki. Niektóre z nich, jak się później okazało są również miejscem do biwakowania i weekendowego chillowania przez tubylców.

Plaża w El Cuco była bardzo wyjątkowa. Bardzo szeroka z ciemnego piasku, który był ubity i prawie zawsze mokry. Brzeg był bardzo długi. Po wejściu do wody można było iść, iść i iść zanim straciło się grunt pod nogami. Podczas odpływów widzieliśmy ludzi w wodzie, którzy byli kilkaset metrów w głąb oceanu i wyglądało na to, że nadal stali na nogach.
Zabudowania przy plaży.

Gdy przyszedł na nas czas ruszyliśmy dalej. Po kilku krokach na jednej z posesji była kobieta, którą postanowiliśmy zapytać o miejsce do rozbicia namiotu. Zaprowadziła nas do sąsiada, niestety tam chcieli od nas $10. Wiedzieliśmy że można to zrobić taniej albo za tą samą cenę w La Tortuga, gdzie dodatkowo mieliśmy mieć internet i bar na miejscu. Tu nie było za wiele, wiec ruszyliśmy dalej. Po drodze zahaczyliśmy o jeszcze jedną posesję, ale tam to już w ogóle nic nie oferowali w cenie. Nawet wody pitnej, która w tych rejonach jest minimum jakie dostaniemy w większości hoteli i hosteli czy na oficjalnych polach namiotowych.

Przenieśliśmy się na ulicę by łatwiej było znaleźć La Tortuga (od strony ulicy były nazwy hoteli, a od plaży nic). Chwile później zatrzymał się obok nas pickup i kierowca zapytał czy podrzucić nas do La Tortuga. Proste, dwoje gringo z wielkimi plecakami, nie mogą zmierzać nigdzie indziej, jak tylko do najpopularniejszego hostelu w okolicy. Wbiliśmy na pakę gdzie było również dwoje nastolatków i po chwili okazało się, że była to wyjątkowo krótka podwózka, bo Tortuga była jakieś 100-200 metrów dalej. Hostel ten prowadzony jest przez Amerykanina i jego żonę z Salwadoru. Stworzyli oni całkiem fajny klimat oraz szereg atrakcji dla turystów i miejscowych. W cenie 10$ można było wziąć lekcję surfingu (deska w cenie), wypożyczyć deskę za 3$ lub też pomóc w sprzątaniu plaży, gdzie za jeden worek śmieci dawali jedno piwko. Oprócz tego dostępny (słaby) internet, woda pitna i o 17:30 wypuszczanie do oceanu malusieńkich żółwi… tyle atrakcji na nas czekało.

Niestety przy recepcji dowiedzieliśmy się, że u nich od jakiegoś czasu nie ma już możliwości kempingu. Zaproponowali nam za to kemping 700 metrów dalej w miejscu o nazwie El Pelicano, które należało do tego samego właściciela. Dziesięć minut później byliśmy na miejscu. Było tam znacznie spokojniej, niż w La Tortuga, ale bardzo przyjemnie i klimatycznie. Nocleg kosztował 5$ za noc, za namiot, więc nie było nad czym się zastanawiać tylko brać. Szybko wybraliśmy zadaszone miejsce i rozbiliśmy pierwszą warstwę namiotu. Jeśli jest taka możliwość to zawsze staramy rozbijać się pod dachem, wówczas rozbijamy pierwszą warstwę która składa się z podłogi i głównie siatki. Siatka daje nam ochronę przed owadami, a w tym samym czasie dostarcza znacznie więcej świeżego powietrza, niż gdybyśmy mieli jeszcze tropik. Jedyny wymóg to w miarę ustronne miejsce, inaczej chyba nie czulibyśmy się bezpiecznie jakby przechodzący ludzie widzieli co jest w namiocie i że my śpimy.

Miejsce naszego noclegu, pod słomianym daszkiem i z widokiem na ocean.

Wieczorem już na spokojnie poszliśmy do sklepu i kupiliśmy sobie papaję na śniadanie oraz piwko, co by się miło wieczór na plaży spędzało. Po powrocie do El Pelicano stwierdziliśmy że jednak rozłożymy tropik, bo po plaży od czasu do czasu kręcą się ludzie i teren jest dość otwarty, więc tak będzie dla nas bardziej komfortowo. Odpaliliśmy browarka i podjęliśmy decyzję że zostajemy w tym miejscu dwa dni – jak się później okazało, była to bardzo dobra decyzja.

Przed snem przytrafiła nam się jeszcze jedna dziwna sytuacja. Gdy już od jakiegoś czasu leżeliśmy w namiocie Adrian postanowił, że zepnie plecaki stalową linką, którą posiadamy, miedzy innymi właśnie do ich zabezpieczania. Znajdowały się one w przedsionku, między tropikiem a namiotem. Gdy Adi wystawił głowę z namiotu, zobaczył przez niedopięty jeszcze do końca tropik, że ktoś stoi jakieś 2-3 metry od namiotu. Do tej pory nie wiemy czy był to jakiś nastolatek, czy niskiego wzrostu facet. Gdy osobnik ten zobaczył, że jeszcze nie śpimy zaczął się powoli przemieszczać i poszedł na druga stronę naszego namiotu. W międzyczasie zaczęliśmy normalnie rozmawiać, aby wiedział że nie śpimy, a Adrian dodatkowo się wkurzał pod nosem na linkę, z którą nie mógł sobie poradzić. Chłopak ten trochę się odsunął, ale cały czas go widzieliśmy przez drugie niedomknięte drzwi tropiku. W pewnym momencie zaczął się nawet chować za drewniane słupki daszku, który był zaraz za tym, pod którym my rozbiliśmy namiot (było 3 takie daszki obok siebie). Adrian się w końcu wkurzył i powiedział, że idzie sprawdzić o co chodzi, bo „koleś zgrywa pajaca”. Wziął latarkę i wyszedł. W tym samym czasie jak my zajęliśmy się rozpinaniem drzwi namiotu oraz tropiku i przestaliśmy go na chwilę obserwować, chłopak ten znowu się przemieścił . Gdy Adrian wyszedł początkowo nie mógł go znaleźć, bo za słupkami już go nie było. Po Chwili latarka najechała na czerwone spodenki i niebieską koszulkę, za trzecim daszkiem. W tym momencie leżał on na ziemi i udawał, że tam śpi. Jednak po chwili mocnego światła latarki na jego twarzy i naszej głośnej rozmowy, wstał i spokojnie odszedł na posesję sąsiada, która była jakieś dwa metry za nim, a następnie zniknął z naszego pola widzenia.

Nie do końca wiemy o co chodziło temu osobnikowi, ale wydaje nam się, że chciał się on pokusić na nasze kolorowe ubrania i ręczniki, które suszyły się obok namiotu, na sznurku przewieszonym między słupkami daszku. Jeśli to prawda to bardzo się cieszymy, że udało nam się go zauważyć, bo jak wiadomo ubrań za wiele nie mamy, nie wspominając już o ręcznikach. Dlatego też od razu zebraliśmy te rzeczy ze sznurka i wróciliśmy do namiotu. Po całym incydencie zasypiało się trochę trudniej, trochę na takiej małej czujce, ale na szczęście zasnąć się udało i już nic więcej niepokojącego nie wydarzyło się tej nocy.

Poranne śniadanie, czyli papaja z papają 🙂

Kolejny dzień zaczęliśmy dość wcześnie, wynikało to z tego, że nie jesteśmy jeszcze przyzwyczajeni do spania na cienkiej karimacie. Ponadto jak tylko promienie słońca zaczęły padać na namiot, w środku zaczęło robić się gorąco. Po porannej toalecie złożyliśmy nasz namiot, ponieważ w weekendy do El Pelicano przyjeżdżają ludzie z okolicy aby skorzystać z plaży, oceanu, basenu i tym samym odpocząć. Wcześniej rezerwują sobie miejsca i właśnie ten daszek pod którym byliśmy rozbici był przez kogoś zarezerwowany. Po spakowaniu rzeczy, zjedliśmy śniadanko i poszliśmy na spacer po plaży. Plecaki zostawiliśmy u gospodarzy. Jak wróciliśmy miejsce było już przepełnione ludźmi, na szczęście Adrian znalazł dobre miejsce gdzie mogliśmy nadal podziwiać ocean, a jednocześnie nie być wśród tłumów ludzi.

Nasza miejscówka, gdzie spędzaliśmy czas po powrocie do el Pelicano – tarasik na piętrze. Było to idealne miejsce ponieważ wiaterek powiewał znacznie mocniej niż przy samej ziemi. Mnie zmorzył sen, a Adi pisał dla Was post o Wulkanie Acatenango.

Tutaj zaczyna się wyjaśniać dlaczego dobrą decyzją okazało się zostanie w tym miejscu dłużej niż początkowo planowaliśmy. Otóż niczego nie podejrzewając zaczynałam być chora. Najpierw pobiegłam do toalety. Niby normalna sprawa. Następnie Adrian zrobił nam mały lunch w postaci kanapek z serem i pomidorem. Zjedliśmy, a ja ponownie poszłam do toalety, a następnie poszłam spać. Obudziło mnie zimno, pomimo godziny 14 i jakiś 35 stopni w powietrzu. Poszukaliśmy termometru w naszej apteczce i okazało się, że mam gorączkę – 38 stopni. Najgorsze było to, że temperatura rosła całkiem szybko. Zaczęliśmy robić mi okłady mokrą szmatka i wzięłam ibuprofen. Jednak to niewiele pomagało. W pewnym momencie zaczęło mi być słabo, a termometr wskazywał już 39,5 stopnia, więc zdecydowałam, że pójdę do basenu by zbić trochę temperaturę. Dodatkowo fakt, że moje wizyty w toalecie stawały się coraz częstsze, a razem z nimi pojawiła się krew, sprawiły że postanowiliśmy zadzwonić do naszego ubezpieczyciela i zorientować się jak wygląda umówienie wizyty u lekarza. Niestety tutaj pojawił się mały problem, ponieważ nasze telefony nadal nie działały. Możemy odbierać połączenia, ale nie wykonywać. Tak jest od samego początku podróży i jakoś nie udało nam się jeszcze z tym zająć.

Postanowiliśmy pójść do gospodarza. Łamanym hiszpańskim powiedziałam, że jestem chora, a on nie czekając pojechał po wolontariuszy mówiących po angielsku i hiszpańsku. Wolontariusze pracowali w Tortudze, ale mieszkali w domku na terenie El Pelicano. Chodziło o to, że chcieliśmy skorzystać z ich telefonu. Razem z gospodarzem przyjechała Martina, Niemka. Przemiła dziewczyna, która w całokształcie bardzo nam pomogła. Wszystko wytłumaczyła i zadzwoniliśmy do Euro 26. Chcieliśmy się najpierw dowiedzieć do jakiego miasta by nas skierowali na wizytę. Ta informacja miała nam pomóc ogarnąć logistykę. Jeśli byłoby to super daleko lub w kierunku naszej dalszej trasy, to pewnie zdecydowalibyśmy się zabrać nasz ekwipunek, aby później nie wracać do El Cuco, którego lokalizacja nie jest wyśmienita. W innym przypadku zostawilibyśmy plecaki pod opieką gospodarzy i później po nie wrócili. Niestety okazało się, ze nie mogą nam powiedzieć gdzie będzie wizyta jeśli nie zdecydujemy się jej od razu umówić. Dzieje się tak ponieważ operator z polski nie wie gdzie będzie wizyta. Dopiero gdybyśmy zdeklarowali, że potrzebujemy kontaktu z lekarzem, to on skontaktowaliby się z kimś kto obsługuje rejon na którym się znajdujemy i ta osoba umówiłaby nam wizytę i przekazał dane do operatora. Następnie operator z polski poinformowałby nas gdzie mamy się zgłosić.

Z racji tego, że czułam się trochę lepiej, a moja temperatura spadła do 38 stopni postanowiliśmy, że przeczekamy noc i zobaczymy jak sytuacja się rozwinie. Właściwie był już wieczór i większości ludzi, którzy przez cały dzień wypoczywali na terenie El Pelicano już nie było. Adrian znalazł znacznie lepsze miejsce na kemping niż dzień wcześniej. Niedaleko daszków pod którymi dzień wcześniej spaliśmy była taka spora otwarta i zadaszona podłoga oraz bar, który właściwie był zamknięty. Nad bar dało się wejść schodami od strony podwórka, na górze był pusty zadaszony plac, taki trochę taras. Było to idealne miejsce, ponieważ był dostęp do prądu, mieliśmy dach nad namiotem i było bezpiecznie bo byliśmy „na piętrze” i było tylko jedna droga wejścia, wiec wiedzieliśmy że nikt w nocy nie będzie się kręcił obok naszego namiotu. Tutaj czuliśmy się na tyle komfortowo, że nie użyliśmy tym razem tropiku.

Część placu El Pelicano, ten budynek to ta „otwarta, zadaszona podłoga”. o której pisałem. nasz namiot stanął na piętrze pod tym jasnym daszkiem. Po prawej, daleko w tle widać też daszek ze strzechy, pod którym nocowaliśmy dzień wcześniej.

Podczas rozkładania namiotu również Adrian zaczął się źle czuć. Dostał temperatury i był w toalecie ze 2 razy (ja do tego czasu byłam już chyba 10 razy). I tak oto zaczęła się najgorsza noc podczas naszego dotychczasowego wyjazdu. W dodatku, rozpętała się taka burza, że jak kokosy zaczęły spadać na metalowy dach to myślałam, że oszaleje ze strachu (na początku zdezorientowana nie wiedziałam o co chodzi). Tak z innej beczki, teraz już wiem dlaczego statystyki mówią, że więcej osób ginie od spadających kokosów niż od ugryzienia rekina. Deszcz lał super mocno i błyskało się z każdej strony, baliśmy się trochę, że przez zacinający deszcz woda podejdzie pod namiot i plecaki które leżały obok. Mieliśmy jednak szczęście przy wyborze lokalizacji postawienia namiotu, bo akurat na tym fragmencie podłogi gdzie stał nasz namiot woda się nie zbierała, czego nie można powiedzieć o pozostałej części tarasu.

Adrianowi noc upłynęła pod hasłem wysokiej gorączki, pocenia się i dreszczów, a moja dodatkowo pod hasłem toaleta. Do tego stopnia, że jak tylko wróciłam z toalety do namiotu to, czasami nawet nie zdążyłam się położyć i już musiałam iść z powrotem. A toaleta niestety była na drugim końcu podwórka (około 70 -80 metrów od nas) i cały czas padało. Sytuacja ta trwała przez pół nocy, aż nadszedł moment wycieńczenia i po prostu przysypiałam na jakieś, może 2 godziny. Rano niestety nie było lepiej. Około 9 przyszedł do nas gospodarz i powiedział, że taras, na którym się rozbiliśmy jest zarezerwowany, wiec niedługo się pojawią tu ludzie. Zaproponował nam abyśmy przenieśli się do pokoju, który chciał nam dać za darmo, ale podziękowaliśmy. Adrian nas spakował, a następnie ustaliliśmy między sobą, że dzwonimy do ubezpieczyciela i ogarniamy wizytę u lekarza. U mnie nadal była nieustanna toaleta i pojawiająca się krew oraz lekka temperatura. Adrian natomiast z toaletą miał znacznie łagodniej, ale za to walczył z falami przychodzącej i odchodzącej gorączki, która dochodziła prawie do 40 stopni. Nie było na co czekać. W międzyczasie przenieśliśmy się w cień na trawkę, w okolicę domku wolontariuszy.

Pani na infolinii była bardzo miła i jak tylko jej powiedziałam, że dzwonie od kogoś obcego i z telefonu na kartę, od razu zaproponowała, że zadzwoni do mnie. Przyjęła zgłoszenie i poinformowała, że może to potrwać nawet do godziny zanim ustalą gdzie będzie wizyta. Po godzinie oddzwonili z informacją, że nadal trwa proces umawiania wizyty. W między czasie postanowiliśmy zadzwonić do ubezpieczyciela Adriana czyli April Polska . Wyjaśnialiśmy jak wygląda sytuacja i bez problemu udało się ugadać, że razem pojedziemy tam gdzie mnie skierują z Euro 26. Adrian tam skorzysta z pomocy lekarz i za wszystko zapłacimy, a następnie po przesłaniu im rachunków, zwrócą nam pieniążki. W innym przypadki najprawdopodobniej trafilibyśmy do dwóch różnych placówek i kto wie jak daleko od siebie położonych.

Dopiero po jakiś 2 godzinach od pierwszego telefonu oddzwonił do mnie przedstawiciel z Meksyku i powiedział, że jedyna placówka do której mogłabym się udać jest w San Salvador, czyli jakieś 3 godziny dogi… autem, którego nie mieliśmy do dyspozycja. Pozostałoby się modlić, że ubezpieczenie również pokryłoby absurdalny rachunek za taksówkę, bo oczywiście transportu nie byli w stanie ogarnąć. Poza tym kto by tyle przetrwał bez toalety? Stwierdziliśmy, że słuchamy miejscowych i jedziemy do szpitala w miejscowości Chirilaqua, 20 minut drogi od nas. Oczywiście musiałam potwierdzić z Euro 26, czy możemy to załatwić tak jak z Adriana ubezpieczycielem, czyli że my zapłacimy, a oni zwrócą hajs. Udało się, ale zajęło to kolejne pół godziny. Gospodarz zdecydował, że nas zawiezie i że załatwi nam fakturę za przejazd. Zaproponował nam również po raz kolejny pokój za darmo, żebyśmy na trawie nie czekali i mnieli gdzie zostawić rzeczy. Jednak ja nie chciałam się zgodzić na to aby był on bezpłatny, więc zaproponowałem, że zapłacimy chociaż tak jak za namiot, czyli 5$ (normalnie pokój tam kosztował miedzy $20 a $30 za noc). Martina napisała nam na kartce wszystkie nasze objawy, to co jedliśmy dnia poprzedniego oraz jakie leki wzięliśmy, oczywiście wszystko po hiszpańsku. I ruszyliśmy. Pojechał z nami nawet szwagier gospodarza, który mówił po angielsku i miał nam pomóc podczas wizyty.

Nasz pokój, a właściwie był to przedpokój. Za drzwiami po lewej był kolejny pokój i łazienka. Wybraliśmy to pomieszczenie ze względu na to, że od świeżego powietrza odgrodzone było tylko zasłonkami i moskitierami.

Droga była dla mnie ciężka, w końcu to AŻ 20 minut bez dostępu do toalety. Na miejscu okazało się, że spłuczka w tamtejszej toalecie nie działała… ups. Nie był to szpital, bardziej przychodnia w małej miejscowości, ale ponoć działali 7 dni w tygodniu, całą dobę. Dodam że jeśli narzekaliśmy z Adrianem kiedyś na stan polskiej służby zdrowia to przepraszamy. Nie chodzi nam o obsługę, bo ta była ok, tylko o budynek i jego stan, a do tego było dość brudnawo i tak wydawałby się niesterylnie. Właściwie old school na maksa. Przyjęto nas sprawnie, najpierw spisanie danych… w ciasnym archiwum, na małym zagraconym biurku (prawdopodobnie mieli brak wolnych pomieszczeń na coś takiego jak recepcja). Później przemiły lekarz, zrobił z nami cały wywiad i Adriana trochę pomacał po brzuchu. Diagnoza była prosta – zatrucie przez jakąś bakterię. Podejrzewamy, że sprawcą była papaja, którą zjedliśmy dzień wcześniej na śniadanie lub „wodniste” lody, na które się skusiliśmy wracając z plaży, chwilę przed tym jak Ania zaczęła mieć pierwsze wizyty w toalecie.

Lekarz wypisał nam recepty (antybiotyki, coś na problemy z biegunką oraz zastrzyk) i skierował nas do farmaceuty w pomieszczeniu obok, gdzie wszystkie leki dostaliśmy od ręki i to… ZA DARMO. Absolutnie wszystko za darmo, zastrzyk, leki i wizyta. Okazało się, że w EL Salvador publiczne szpitale są za darmo. Pamiętajcie o tym. Szkoda, że nasi ubezpieczyciele tego nie wiedzieli i szkoda, że nam tego nie powiedzieli miejscowi, ale wydaje nam się, że oni sami nie do końca wiedzieli jak to jest z obcokrajowcami. Jedyne co to mówili, żeby się nie martwić bo wizyta powinna być tania. Po odebraniu leków, udaliśmy się jeszcze do gabinetu pielęgniarki, tam szybki zastrzyk w cztery literki i „do domu”.

Po powrocie do naszego pokoju padłam jak zabita. Miałam nadzieję, na spokojniejszą noc i w sumie była lesza, ale nadal nie na tyle, żeby ruszyć dnia następnego. Postanowiliśmy zostać kolejny dzień. To była dobra decyzja, bo ja jeszcze nie nadawałam się do jazdy. Byłam zmęczona, już całkiem głodna (nie jedliśmy nic przez ponad 24 godziny) i osłabiona. Poza tym, oczywiście leki potrzebowały czasu aby zadziałać. Dlatego ja jeszcze co jakiś czas odwiedzałam toaletę, a Adriana trzymała jeszcze niska temperatura. Dzień zaczęliśmy od pysznego, pożywnego śniadanka (nie jedząc tyle czasu cokolwiek bym dostała byłoby pyszne) w lokalnej knajpce tuż obok El Pelicano. Chcieliśmy pójść do La Tortuga, jednak wolontariusze powiedzieli nam, że tamtejsze ceny są bardzo wysokie i polecili właśnie tą knajpkę obok.

Pupuga, która potrafiła mówić. Pani kucharka non stop do niej zagadywała, a ona skrzeczącym głosem odpowiadała kilka wyuczonych zwrotów. W tle knajpka, w której jedliśmy śniadanie.
Nasze śniadanie za $2, jajecznica, fasola, tortilla i sos.

Później zaliczyliśmy spacer plażą do La Trtuga, gdzie skorzystaliśmy z internetu. Resztę dnia właściwie odpoczywaliśmy, to w pokoju to wieczorem znów przy plaży. Wieczorem rozliczyliśmy się z Gospodarzem za paliwo i nocleg. On nadal nie chciał nic za pokój, ale my uparcie zostawiliśmy mu ugadane $5 za noc, bo przecież tyle nam pomógł! Pięć dolarów to z jednej strony nie dużo, ale zawsze coś, tym bardziej, że tu w Salwadorze zarobki nie są wysokie. Hicks, który wiózł nas stopem mówił nam, że on pracuje w jakimś biurze w San Salwadorze, bo tam może zarobi więcej i jest to około $20 na dzień, a jego żona prowadzi mały sklepik w niewielkiej miejscowości i jej profit to ponoć około $5 na dzień. Jeśli to prawda to Salwadorczycy mają dość ciężko, bo ceny w sklepach nie są niskie (na dole znajdziecie trochę przykładów).

Wieczorem do naszego pokoju, wkradł się podczas otwierania drzwi, taki krabik. Na szczęście udało się bezpiecznie (dla niego) go wyprosić.
Przed wyjazdem z rana wiedzieliśmy jeszcze jak na plażę przyszła liczna grupa dzieci. Prawdopodobnie z lokalnej szkoły i była tam prowadzona lekcja wychowania fizycznego. Jedna grupka grała w piłkę, inna coś ćwiczyła, a pozostali się przyglądali, rozgrzewali i kibicowali.

Przydał się ten dzień. Ja nabrałam troszkę pewności, że uda mi się dotrzeć do Nikaragui bez „problemów” . Adrian też nabrał sił i w końcu mogliśmy się wyspać. Kolejnego dnia zaliczyliśmy śniadanie w tej samej knajpce co dzień wcześniej i ruszyliśmy w trasę.

Nasz cel to otrzeć do Nikaragui. A gdzie dokładnie, to zobaczymy.

Kilka przydatnych informacji:

W El Salvador walutą jest dolar amerykański. Udając przebywając poza dużymi miastami trzeba pamiętać żeby mieć gotówkę, bo bankomatów nie uświadczycie. Pytając o to jednego miejscowego chłopaka w El Cuco dowiedzieliśmy się, że „bankomaty są niebezpieczne”. Poza tym to pierwszy kraj w którym spotkaliśmy się z bankomatami które obsługiwały tylko i włącznie karty Visa, nasz Mastercardy były bezużyteczne. W sumie tylko raz próbowaliśmy wypłacić pieniądze i wyglądało to tak, że bankomat stał w jakimś banku. Drzwi były zamknięte i miały przyciemnianą szybę, po szarpnięciu za klamkę, drzwi po chwili otworzył mi ochroniarz. Stał z tam z kimś z obsługi z banku i wpuszczał ludzi. Pod ręką trzymał długą broń z gotowości i zaraz po wejściu kazał mi zostawić oba moje plecaki pod ścianą, a następnie mogłem podejść do bankomatu. Oczywiście pieniążków nie wypłaciłem ze względu na karty jakie posiadam, ale okazało się, że ochroniarz ten mówił po angielsku. Sam do mnie zagadał i zapytał w którą stronę zmierzamy, a następnie powiedział w którym mieście po drodze znajdę inny bank. Na szczęście nie mieliśmy dużej potrzeby wypłaty wiec nie musieliśmy celowo szukać tego bankomatu.

Ceny w sklepikach przy plaży w El Cuco są następujące:

Arbuz – 1.25$; Coca Cola 1,25l – 1$; Coca-Cola w puszce 0.33l $0.5; Piwo 0.33l – od $0.8; Piwo 0.7l – od 1.3$ + kaucja $0.2; Ser topiony żółty 1.25$; Chleb tostowy 1.25$, Papaja 1.25$; Muffinek 0,25$. Niestety więcej produktów ze sklepu nie mieliśmy okazji spróbować 😉

Aha i warto przypomnieć, że w tej części świata słońce opala szybciej niż gdziekolwiek indziej, bez filtrów ani rusz!

2 komentarze

  1. Aniu kochana czy już wszystko dobrze? Jak się czujecie ? Ale macie przygody! Pozytywnie zazdroszczę – słońca, przygód, ludzi poznanych w drodze, pięknych miejsc…. Ps. Piszcie tu jak najwiecej. Fajnie Wam to wychodzi i połykam każdy post wyobrażając sobie jak super byłoby być w takiej podróży. Ania – po powrocie koniecznie jakieś party 😜 Ok. Trzymajcie się. Aga

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *