San Pedro de Atacama i powrót autostopem do Peru.

Na swojej drodze poznaliśmy wielu ciekawych ludzi – niewątpliwie jest to jedna z fantastyczniejszych rzeczy w podróżowaniu. Wymiana kulturowa, wymiana doświadczeń i przeżytych historii to coś co bardzo sobie cenimy i coś co czasami istotnie wpływa na nasze dalsze plany w podróży. Pewnego razu na naszej drodze stanął pewien Niemiec, który powiedział coś, co w głowie mi siedzi do dzisiaj. Mianowicie, stwierdził, że kiedy dużo się podróżuje i widzi się „zbyt dużo, w zbyt krótkim czasie”, to człowiek przestaje doceniać i zachwycać się kolejnymi pięknymi miejscami, które odwiedza. I tak się składa, że jest to prawda!Oczywiście te miejsca nadal wzbudzają zachwyt, ale na świeżo przyrównuje się je do miejscu poprzednio odwiedzonych i efekt „wow” w takim przypadku potrafi być bardzo zaburzony.

Będąc już w Uyuni wiedzieliśmy, że niedługo będziemy musieli podjąć decyzję o dalszych losach naszej podróży. Chile zbliżało się wielkimi krokami, a my mieliśmy mętlik w głowie. Jechać dalej na południe czy zawracać. Mieliśmy wielki apetyt na więcej, ale z drugiej strony czas już naglił i budżet kruszał.

Na Salar de Uyuni mieliśmy mnóstwo czasu, aby przemyśleć w którą stronę jechać… I po przeanalizowaniu za i przeciw, wybraliśmy powrót. Zdecydowaliśmy, że do Chile przyjedziemy wypoczęci, żądni widoków, nowych przygód i ze świetną znajomością hiszpańskiego. Poza tym w głowie Adriana zrodził się inny pomysł na to w jaki sposób przemierzyć Chile i nie był on możliwy do realizacji podczas tej wyprawy.

Nie zmieniało to wszystko faktu, że czekało na nas jeszcze kilka ciekawych i wesołych przygód. Ale od początku.

Jedno z bardziej nietypowych przejść granicznych z jakimi mieliśmy styczność. Dwa budynki, a w promieniu kilkudziesięciu kilometrów tylko pustynia.

Na granicy Boliwijsko chilijskiej czekał na nas bus, który miał nas zawieźć do San Pedro de Atacama, gdzie zamierzaliśmy spędzić noc. Nie mieliśmy nic zabukowane, więc zdecydowaliśmy podłączyć się do naszych nowych znajomych z Łotwy, którzy mieli miejsce w hostelu. Niestety na miejscu okazało się, że wkradł się jakiś błąd na booking.com i niestety ani Łotysze nie mieli miejsca ani tym bardziej my. Adrian szybko wyszukał nam nowy hostel w bardzo korzystnej cenie w pokoju 4 osobowym. Właściciel podrzucił nas do centrum i…. okazało się, że babka nie ma w ogóle takiego pokoju jaki zarezerwowaliśmy. Ma inny, jednak cena nie mieściła się w naszych budżetach -17 tys. peso chilijskich czyli jakieś 90 złotych za osobę. Pełni poirytowania postanowiliśmy szukać w innych hostelach. Na próżno. W Chile wraz z rozpoczęciem sezonu zaczął się duży ruch turystyczny i większość hosteli było już zabukowanych. A przynajmniej te w najbliższej okolicy. Wraz z Syntją postanowiłyśmy pójść dalej i tak trafiliśmy do miejsca, w którym oni znaleźli 2 miejsca w pokoju, a my postanowiliśmy rozbić namiot. Za “jedyne” 9 dolarów za osobę! W tym toaleta i prysznic z zimną wodą. Dodać muszę, że była to najniższa cena za camping w porównaniu do tych, które widzieliśmy w internecie na stronach rezerwacyjnych. No cóż, nie było co kręcić nosem.

Po południu poszliśmy na miasteczko, ponieważ potrzebowaliśmy internetu oraz chcieliśmy rozmienić dolary, aby zapłacić za pole namiotowe. Chcieliśmy również kupić bilety lotnicze. Jednak jak się okazało w San Pedro najlepszego internetu nie ma i dopiero chyba w 4 restauracji udało nam się połączyć, a przy okazji wymiany dolarów zostaliśmy oszukani. Warto wiedzieć, że w Ameryce Południowej w wielu miejscach, aby wymienić dolary muszą być one nieskazitelne. Bez jakichkolwiek śladów użytkowania, przebarwień czy rozdarć. Najlepiej jak byłyby one prosto z mennicy. (Te trochę zniszczone czasami można wymienić, ale po dużo niższym kursie). Na szczęście te, które my posiadaliśmy były w nieskazitelnym stanie. Byliśmy tacy zadowoleni, że tym razem pójdzie gładko… cóż jak to się mówi nie ma co dzielić skóry na niedźwiedziu! Babka w kantorze wzięła jedną dwudziestkę, przejechała palcami po rogach w celi sprawdzenia jego jakości i… przedarła delikatnie banknot! Po czym powiedziała, że go nie przyjmie! No to byście musieli widzieć mnie i Adriana… ciśnienie podskoczyło do granic możliwości, a oczy naszły krwią. Tak bardzo żałowałam, że nie znam lepiej hiszpańskiego, poszło by jej w pięty! Adrian prawie rozszarpał tą babę. Ledwo go stamtąd wyciągnęłam. Banknotu nie przyjęła i oczywiście nie przyjęli go nigdzie indziej. Wymieniliśmy to co mieliśmy i… humory już pozostały gorsze.

Zrobiliśmy jeszcze małą rundkę po okolicy, kupiliśmy banany na wieczór i poszliśmy do namiotu, tym bardziej, że jak to na pustyni bywa, zaczęło robić się chłodno.

San Pedro de Atacama nas nie urzekło. Budynki wybudowane jakby z glinianki, w jednym stylu, bez jakiś wymysłów. Szału nie było, ale trzeba przyznać, że wszystko było spójne. Poza tym to nie samo miasto przyciąga turystów, a okoliczne pustynie i atrakcje jak sandboarding, czy oglądanie pięknego nocnego nieba nieprzygaszonego łuną wielkich miast.

Fragment głównego placu w San Pedro de Atacama.
Kościół w San Pedro de Atacama.

Ceny zwalały z nóg, dlatego ucieszyłam się bardzo jak na ziemi znalazłam 1000 peso  – przypadek sponsorem naszej kolacji. Ponoć jest to miasteczko dla backpacersów (ludzi podróżujących z plecakiem). Ja się pytam jak? Faktycznie jest to dobra baza wypadowa na wszelkiego rodzaju wycieczki na pustynie, gejzery, czy do Boliwii, ale ceny tych wycieczek do najprzyjemniejszych nie należą. Ceny jedzenia i noclegów również nie są przyjazne kieszeniom ludzi “na budżecie” . Dlatego kolejnego ranka postanowiliśmy, że ruszamy. Nie było najmniejszego sensu spędzać kolejnego dnia w tym miejscu. Poza tym wiedzieliśmy, że i tak do Limy musimy jechać przez Arequipa (czyli przez miasto z którego zaczynała się nasza wyprawa na wulkan Chachani 6075m n.p.m.) i w związku z tym zrodził się pomysł, aby zahaczyć o Colca Canyon, który musieliśmy odpuścić przez moją chorobę, po wspinaczce na Chachani.

Następnego dnia rano spakowaliśmy namiot, pożegnaliśmy się z towarzyszami i ruszyliśmy łapać stopa. Tak. Tyle słyszeliśmy o tym jak łatwo podróżuje się na stopa w Chile, że musieliśmy to sprawdzić na własnej skórze. Mieliśmy do przejechania 700 km i głowy pełne nadziei, że uda się to zrobić jednego dnia. Dziarskim krokiem z przygotowaną tabliczką ruszyliśmy na wylotówkę z miasta. Temperatura już o wczesnych godzinach wskazywała, że później będzie tzw. “patelnia”. Wiedzieliśmy, że będzie ciężko.

Opuszczamy miasto, a razem z nim jakiekolwiek tereny zielone.
Całkiem klimatyczny przystanek autobusowy, podoba nam się ten styl!
Im dalej za miasta tym bardziej pustynnie.

Po około 30 minutach i plus minus 7 przejechanych samochodach zatrzymała się parka z Niemiec (skądże by indziej). Nie jechali jakoś super daleko, ale dla nas oznaczało to trochę lepsze miejsce. Jakieś 95 km dalej wysadzili nas na obwodnicy większego miasta Calama i pełni optymizmu dalej czekaliśmy na jakąś dobrą duszę, która wywiezie nas na drogę krajową nr 5, której osiągniecie było niezbędne, aby dojechać do granicy.

Słońce grzało nieprzeciętnie, a my nie mając żadnego cienia dzielnie próbowaliśmy łapać każde możliwe auto…. i nic! Po jakiś 90 minutach postanowiliśmy zarzucić plecaki i ruszyć przed siebie, w miejsce które miało być jeszcze lepsze. Jednak nie przeszliśmy nawet 200 metrów, aż tu nagle zatrzymuje się małe auto z babeczką. Kobieta zapędziła się trochę i ku naszemu zdziwieniu zaczęła cofać na drodze szybkiego ruchu! Stój! Ty szalona kobieto, myślałam! Podbiegliśmy do niej, szybko wyjaśniłam gdzie chcemy jechać, a kobieta mimo że mieszkała jakieś 5 min od miejsca zatrzymania postanowiła nas wywieźć w miejsce, które prowadzi już tylko do krajowej 5-tki. Powiedziała, że wszystkie auta które tamtędy przejadą na pewno tam jadą. Nadrobiła jakieś 30 km, żeby nam pomóc, a po drodze zatrzymała się jeszcze na punkcie widokowym, żebyśmy mogli zobaczyć olbrzymią kopalnię odkrywkową. Podziękowaliśmy i szybko zaczęliśmy łapać kolejnego stopa. Upał dawał się we znaki, czas uciekał, a my byliśmy pośrodku niczego.

Wydawałoby się że na takiej drodze stopa można złapać w mgnieniu oka. Nic bardziej mylnego! Dodam, że ruch był całkiem całkiem.

Woda też niebezpiecznie ubywała. Z gorąca, aż zdjęłam koszulkę (miałam mocno zabudowany top na sobie) co niestety nie było mądrym posunięciem. Natychmiast zatrzymał się kierowca tira, który miał tylko jedno miejsce wolne! Burak! I w dodatku moim zdaniem bezczelny.

Po jakiś 40 minutach zatrzymał się pickup z miłym młodym mężczyzną i zabrał nas dokładnie tam gdzie potrzebowaliśmy. Na koniec jeszcze dał nam mały powerbank, żebyśmy mieli czym telefon naładować na tej pustyni.

Po historii z kierowcą ciężarówki, który miał tylko jedno miejsce, Adi przejął inicjatywę…

Ledwo wysiedliśmy zobaczyliśmy na parkingu tira i mężczyznę, który widząc nas natychmiast zapytał dokąd jedziemy. Słysząc naszą odpowiedź krzykną “Vamos” (naprzód) I tak oto była przed nami czterogodzinna podróż z baaaardzo gadatliwym Chilijczykiem, który ewidentnie nie wziął sobie do serca mojej informacji, że nie mówię dobrze po hiszpańsku. Gadał całą drogę. O wszystkim. O papudze którą ma w domu, o tym że nie ma rodziny, jak jest w Chile, że San Pedro to najdroższe miasto i dużo dużo więcej. Oczywiście i my dzieliliśmy się informacjami na tyle na ile pozwalał zasób słów. Pod koniec drogi odliczałam minuty, bo tak mnie głowa bolała.

No to jedziemy, obok drogi ciągnie się jakiś rów, wiec i trochę zieleni się znalazło.

Marco wysadził nas na jeszcze większym zadupiu niż do tej pory. Byłam przerażona, bo ani z przodu ani z tyłu nie nadjeżdżało żadne auto. I tu nagle zdziwienie, bo w oddali zobaczyliśmy mały biały punkt, który zatrzymał się i nas zabrał. Mężczyzna jechał z córką, która spała, na oko 8 lat. On sam siedział z przodu, a my mieliśmy chwilkę na relaks w ciszy i spokoju. Ja wykorzystałam to na krótka drzemkę. Niestety za daleko nie jechał. Wysadził nas niedaleko miejscowości Iquiqe i tam przyszło nam łapać kolejnego stopa. Zajęło nam 20 minut zanim zatrzymali się dwaj czarnoskórzy mężczyźni z Kolumbii jak się okazało z rozmowy. Podrzucili nas ok 40 km do miejscowości Huara.

I ze względu na późną już godzinę, po 20 minutach podjęliśmy decyzję, że będziemy tam nocować. Chcieliśmy wykorzystać nasz namiot, więc dopytaliśmy lokalnych ludzi gdzie możemy się rozbić. Okazało się, że tuż obok wskazanego prze nich skweru, jest rozbita duża scena, a wieczorem miał odbywać się jakieś festyn. Od organizatorów dostaliśmy informację, że przez imprezę będzie kręcić się więcej ludzi w okolicy. Trochę nas to wystraszyło, bo pole na którym mieliśmy spać było niecałe 100 metrów za sceną i sprzyjało przesiadywaniu ludzi (ławki, stoliki, murowane grille). Festyn, ludzie, alkohol… Nie chcieliśmy ryzykować. Postanowiliśmy zapukać do kościoła, który był nieopodal z pytaniem o możliwość noclegu lub rozbicia namiotu na jego terenie, który był ogrodzony. Dziwi otworzył jakiś starszy gość, a jego odpowiedź była krótka i konkretna – nie!. Dlatego też poszliśmy do najtańszego motelu w miasteczku, który w sunie i tak nie był najtańszy, a do tego tak obskurny, że spaliśmy w naszych śpiworach. Wieczorem poszliśmy na festyn, który okazał się być  imprezą bezalkoholową, a właściwie były to targi i wystawy produktów regionalnych, urozmaicone występami zespołów ludowych. Ot, nic niebezpiecznego. W międzyczasie udzieliliśmy małego wywiadu do lokalnej gazetki, posłuchaliśmy o miasteczku oraz tamtejszych tradycjach, a jak tylko temperatura zaczęła spadać do poziomu mało komfortowej, wróciliśmy do hostelu.

Targi w Huara okazały się całkiem ciekawym przeżyciem jak na nieplanowaną atrakcję.

Kolejnego ranka skoro świt poszliśmy po śniadanie. Kupiliśmy najlepsze bułki jakie mieliśmy okazję jeść podczas całej dotychczasowej podróży i po posileniu się ruszyliśmy łapać stopa. Na szczęście daleko nie było, bo hostel był tuż obok drogi.

Po dwóch godzina łapania stopa na otwartym słońcu, nie byliśmy zbyt atrakcyjnym „towarem” do przewiezienia.
A za Huara nadal to samo… czyli nic!

To był bardzo ciężki poranek. Baaardzo. Absolutnie żadne auto nie chciało się zatrzymać. Nie wiedzieliśmy co robić. Czy może schować kartkę z napisem, czy napisać coś innego – jakąś bliższą miejscowość. Słońce grzało niemiłosiernie. Stać nam się nie chciało, siedzieć tez nie. Po dwóch godzinach zaczęłam już myśleć, że utkniemy w Huara na zawsze. Postanowiliśmy przenieść się kawałek dalej, do miejsca gdzie tiry i autobusy zatrzymują się na kontrolę. Pomyśleliśmy, że po prostu nie chce im się zatrzymywać 80 m dalej drugi raz. I nie uwierzycie, ale udało się. Co prawda nie zatrzymał się tir tylko zwykła osobówka, ale to tylko lepiej dla nas. Parka całą drogę się do nas nie odezwała przez co ja mogłam odpoczywać i podziwiać pustynny krajobraz. Poza tym droga okazała się tak kręta i górzysta, że tirem tłuklibyśmy się znacznie dłużej. Po 230 kilometrach szczęśliwie dojechaliśmy do miejscowości Arica, w której wzięliśmy autobus do Tacna w Peru.

Na granicy spędziliśmy kilkanaście minut. A Tacna okazała się być całkiem niedaleko. Oczywiście planowaliśmy dotrzeć do Arequipa, więc w Tacna od razu kupiliśmy dwa bilety na nocny autobus, a do tego czasu poszliśmy na małe zwiedzanie. Poszukując bankomatu trafiliśmy na rynek, który był już pięknie przyozdobiony na święta, a kawałek dalej tuż obok pomnika Jana Pawła II złapaliśmy WiFi. Jak tylko słońce zaczęło zachodzić ruszyliśmy w stronę dworca.

Z tyłu kościoła pomnik naszego papieża, Jana Pawła II, a tuż przy nim dostęp do całkiem sprawnego WIFI 🙂
Kościół Katolicki w Tacna.
Miasto gotowe na święta. Choinka całkiem reprezentatywna.

W Peru czekał na nas Colca Canyon. Drugi co do głębokości kanion na świecie. Trzy dni włóczenia się po górach i dolinach zapowiadały się świetnie. I przyznać muszę, że nie mogłam się doczekać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *