Śladami kolorowej Kolumbii, czyli Guatapé, Jardin i Salento.

W Medellin było nam bardzo dobrze, to już wiecie. Szczególnie ja się w tym mieście zakochałam. Mieszczuch ze mnie i tyle. Jednak wiedziałam, że miasteczka do których jedziemy mogą mnie równie mocno oczarować, tylko oczywiście w inny sposób.

Guatapé

Nasz misterny plan pojechania do Guatape i w tym samym dniu do Jardin był dobrze zaplanowany w czasie. Postanowiliśmy pojechać pierwszym autobusem o 6 rano, żeby być na miejscu o 8. Był to strzał w dziesiątkę. Sama podróż była całkiem przyjemna, oczywiście ja większość przespałam, bo kręte drogi dawały się we znaki (głupia ja myślałam, że mi przeszło). Na miejscu sprawdziliśmy godziny autobusów powrotnych i poszliśmy na rynek, żeby coś zjeść i wypić kawę. Miasteczko dopiero zaczynało żyć, pootwierane były tylko kawiarnio-piekarnie, a reszta obiektów dopiero się budziła. Tym razem postanowiliśmy na pół słodkie, pół wytrawne śniadanie. Były to bunuelos i kawałek ciasta francuskiego z owocem i serem. Do tego kawa. Narzekać się nie dało.

Kościół przy głównym placu

Przy okazji siedząc na rynku mogliśmy poobserwować ludzi oraz kolorowe ściany, które wiedzieliśmy, że są w całym miasteczku. Spacer zaczęliśmy od rynku, żeby po trochu zagłębiać się w małe i wąskie ulice. Z każdym krokiem byliśmy bardziej oczarowani. Adrian, o dziwo, bardziej niż ja zachwycał się kolorami i malunkami na ścianach domów.

Ulice Guatape nie pozwalały oderwać od siebie wzroku.
Kolorowe ściany, kwiaty i ozdobne latarnie – wszystko to do siebie bardzo pasowało.
Na ulicach bardziej oddalonych od centrum, można było spotkać domy mniej kolorowe lub już zniszczone, ale w większości przypadków widać było, że gospodarzom bardzo zależy aby ich domy wyglądały ładnie i wyjątkowo.

Guatape jest znane nie tylko z kolorowych drzwi i ścian, ale przede wszystkim z tzw. zocalos.  Są to wypukłe malowidła/płaskorzeźby na dolnej części domów. Przedstawiają one prawdopodobnie historię lub dziedzictwo rodziny lub firmy posiadającej budynek. Widząc osiołka, konie czy kowala można śmiało wnioskować czym zajmowała się rodzina w swojej historii, jednak na niektórych widnieją ponoć smoki, żyrafy i zebry także hmm?! Niestety nie dowiedzieliśmy się skąd one są. Internet milczy, a mój hiszpański nie pozwala jeszcze na tego typu konwersacje.

Ozdoby na domach są kolorowe i wypukłe co dostarcza dodatkowych wrażeń wizualnych,
Ania i jeden z przyjaznych gospodarzy.

Aparatu nie było sensu chować. Zrobiliśmy zdjęcia chyba każdych drzwi, okien i balkonów. Po prostu nie mogliśmy się oprzeć. W słońcu miasteczko było tak kolorowe i wesołe, że dobre nastroje udzielały nam się jeszcze długo po opuszczeniu.

Najpiękniej było na Plazoleta de Los Zócalos. Plac, na którym każdy, budynek, schody i blok były pomalowane. Na kolory tak jaskrawe i różne, że kto by pomyślał, że to wszystko będzie miało ład i skład. Mieliśmy szczęście, bo udało nam się to miejsce podziwiać jeszcze gdy wszystko było zamknięte. Chodzi o to, że zamknięte kolorowe drzwi i okna znacznie lepiej komponowały się z kolorowymi ścianami, niż te otwarte, przed którym niejednokrotnie była wystawiona część asortymentu sklepu. Równo z wybiciem godziny 10 sklepy i kawiarnie zaczęły się otwierać. Handel ruszył pełną parą, a my poszliśmy dalej. Zrobiliśmy ostatnią rundkę dookoła miasteczka i ruszyliśmy już w stronę EL Penon del Guatape, czyli wielkiego skalnego monolitu oddalonego jakieś 6 km od centrum Guatape.

Plazoleta de Los Zócalos – najbardziej kolorowy punkt w mieście! (inne zdjęcie z tego miejsca, to zdjęcie główne, na samej górze postu).
W tak kolorowym miejscu nawet tuk-tuki były wyjątkowo barwne.

Oczywiście poszliśmy pieszo. Kamień było widać już z oddali, ale droga się dłużyła. Możliwe, że przez lekki deszcz oraz obawę, że zacznie padać bardziej. Dochodząc do celu, zobaczyliśmy dużą tablicę z napisem „Witamy w The Rock, najlepszy widok na świecie”. Na ten widok w głowie pojawiła się migawka najlepszych krajobrazów jakie do tej pory widzieliśmy. Nasza wyobraźnia zaszalała i z dużym zaciekawieniem szybko ruszyliśmy dalej, aby się przekonać czy napis na tablicy nie kłamie. U podnóża znajdowało się mnóstwo sklepów z pamiątkami i restauracji. Wejście na górę kosztowało 18000 COP/os. kolejki nie było, więc ochoczo ruszyliśmy na szczyt. Schody były oznaczone co 25 stopni i muszę przyznać, że całkiem szybko się wchodziło. Numerki na schodach zdecydowanie pomagały i mobilizowały. Nawet się nie obejrzeliśmy, kiedy pokonaliśmy 740 schodów i wylądowaliśmy na samej górze. Aby efekt był jeszcze lepszy na szczycie monolitu była wybudowana kilkumetrowa wieża widokowa, konstrukcją przypominająca latarnie morską.

El Peñol Guatapé (ang. The Rock) – monolit budził respekt nawet z daleka. Ten „zygzak” na środku to schody, którymi wdrapywaliśmy się na szczyt.
Mimo wszystko troszeczkę zmęczeni, ale już na 740-tym stopniu.

Widok ze szczytu był naprawdę piękny! Niestety w naszej ocenie daleko mu do najlepszego na świecie. Co nie zamienia faktu, że był jedyny w swoim rodzaju i dla nas zupełnie nowy. Z jednej strony rozciągało się wielkie jezioro o nieregularnym kształcie, niczym rozlewisko wody miedzy wzniesieniami. Natomiast z drugiej strony zielony górzysty teren i kolorowe Guatape w oddali. Na szczycie również znajdowały się piękne zocalos, które dodawały uroku temu miejscu. Mieliśmy szczęście, że w czasie w którym dotarliśmy nie było wielu ludzi.

Widok ze szczytu w stronę Jeziora Guatape.

Droga powrotna była długa, pod koniec miałam już dość tego schodzenia, ale nagrodą było zakupienie przez nas najpiękniejszego magnesu. Do kolekcji – od dawna zbieramy magnesy z odwiedzonych przez nas krajów.

Przy drodze głównej znalazł się pan, który sprzedał nam bilet na autobus powrotny i po 15 min byliśmy już w drodze do Medellin. Na dworcu odebraliśmy plecaki i skierowaliśmy się na Terminal Sur, z którego odjeżdżał autobus do Jardin. Bilet kosztował 26000 Peso i po jego zakupie zdążyliśmy tylko coś na szybko zjeść i już byliśmy dalej w drodze.

Jardin

Na miejsce dotarliśmy po godzinie 20 i od razu skierowaliśmy się do naszego hostelu, który udało się zarezerwować w autobusie. Właściwie muszę przyznać, że był to najlepszy autobus jakim do tej pory jechaliśmy. Miał najlepszy internet (w hotelach takiego nie było), pan rozdawał kocyki i cukierki oraz można było zakupić sobie coś do przegryzienia.

Hotel był na uboczu i byliśmy w nim tylko my i jeszcze jedna parka. Cóż, na balkonie widniał napis na sprzedaż więc… Pokój był ładny, schludny i przestronny co po ostatnich doświadczeniach naprawdę było istotne. Przestrzeń. Niestety było w nim tak zimno, że myślałam, ze oszaleje. I tak oto się stało, że spałam w skarpetkach. Czy ja jakiś czas temu mówiłam, że trochę tęsknie za jesienią? Hmm… Spało się jednak rewelacyjnie.

Następnego dnia obudził nas deszcz. I to taki porządny. Na szczęście nie mieliśmy ochoty wcześnie wstawać i liczyliśmy na to, że do tego czasu ustanie. I tak przed południem ruszyliśmy na śniadanie, a później na wycieczkę po miasteczku i okolicznych górkach. Wcześniej, aby niczego ciekawego nie przegapić, zasięgnęliśmy opinii w informacji turystycznej. Droga była naprawdę malownicza. Mnóstwo zieleni, plantacji kawy, platanów i małych domków. Do tego słońce nam przyświecało i to tak dość mocno. Widoki ze szlaku były przepiękne. Dlatego postanowiliśmy zrobić jeszcze więcej kilometrów, tym razem po drugiej stronie Jardin. Nie zawiedliśmy się. Trasa była bardzo przyjemna, czasami malownicze gruntowe drogi, a czasami dzikie ścieżki, prowadzące na skróty. Spacerując na około Jardin wydeptaliśmy kilkanaście kilometrów i właściwie dzień się skończył. Oczywiście udaliśmy się jeszcze na obiad, który zjedliśmy go u kogoś w domu, taka prowizoryczna knajpka – kobietka gotowała dla rodziny i przy okazji serwowała posiłki w jednym z pokojów, aby sobie zarobić. Wieczór zwieńczyliśmy piwkiem na rynku. Jardin jest tak samo przyjemne jak Guatape. Kolorowe (choć już nie tak bardzo), przyjemne i pełne lokalnych ludzi spędzających czas na zewnątrz, a to przy kawie i ciastku, a to przy piwku, czy po prostu siedząc i rozmawiając. Bardzo fajne było to, że nie było tam wielu turystów co sprawiało, że czuliśmy się wyjątkowo. Spędziliśmy fantastyczny dzień i żałowałam, że nie zostaniemy jeszcze jeden, choć dobrze wiedziałam, że to co chcieliśmy zrobić to zrobiliśmy. W Jardin jest jeszcze kilka opcji na spędzenie czasu, dlatego jak będziecie to warto podejść do informacji turystycznej. A Przede wszystkim w Jardin można bardzo odpocząć.

Jedna z uliczek w centrum, po porannym deszczu.
W centrum Jardin znajdował się park, dookoła którego było mnóstwo knajpek, a w nich miejscowi ludzie spędzający swój wolny czas na rozmowach przy kawie czy piwie.
Widok na Jardin z okolicznych wzniesień.

Naszym kolejnym przystankiem było Salento. Miejsce, które słynie z ogromnych palm oraz otaczających go plantacji kawy. Jednak zanim mogliśmy się cieszyć tymi atrakcjami musieliśmy się tam dostać. Jak to zrobić? Otóż o 8 rano trzeba pójść na autobus, który jedzie do Rio Sucro za $ 20000 pesos. Droga asfaltowa, która kończy się kilka kilometrów za miastem zamienia się w wąską gruntową (miejscami leśną), pełną dziur i moich ulubionych serpentyn, drogę po wysokich górach. Po drodze skarpy i przepaści, tym o słabszych nerwach proponujemy jechać z zamkniętymi oczami 🙂 Całość trwa ok 3 godziny i jest bardzo męcząca. My zanim wzięliśmy ten autobus próbowaliśmy złapać stopa (w tedy jeszcze nie mieliśmy zielonego pojęcia, że ta droga tak wygląda), nasze zdziwienie, że przez 40 min nic nie jechało w tamtą stronę, w tedy było duże, teraz już wiemy. Jadąc przez 3 godziny autobusem minęliśmy tylko jeden autobus jadący w przeciwną stronę i jedno auto zaparkowane przy drodze, także szanse na złapanie czegoś były bliskie zera.

W Rio Sucro, na przestanku na który dojechaliśmy czekał na nas już kolejny autobus do Pereira za $17000 peso. Przesiadka była sprawna, z autobusu do autobusu, wydaje nam się, że to połączenie jest zsynchronizowane i autobus do Pereira czeka na ten z Jardin. Ty razem trasa była łaskawsza, zwykła droga asfaltowa i od czasu do czasu serpentyny. W Pereira ostatnia już przesiadka do Salento. Autobus kosztuje $7000 peso i na terminalu trzeba się skierować do stanowiska numer 10. Najkrótszy odcinek, na szczęście bo ileż można?

Nowy rodzaj chicken busa, wizualnie bardzo przypadł nam do gustu, ale niestety nie mieliśmy okazji nim podróżować.

Salento

Do Salento dotarliśmy ok 4 po południu i na dzień dobry zdziwiliśmy się jak bardzo turystyczne to miasteczko jest. Zupełnie inaczej niż poprzednie. Na głównym placu w centrum (taki odpowiednik naszych rynków) przed budynkami były postawione budy z jedzeniem. Również kolorowe, jednak naszym zdaniem mocno psuły klimat. Skierowaliśmy się do naszej Casa del Loro, żeby zostawić plecaki, a następnie wrócić i zobaczyć więcej miasteczka.

Jeżeli chodzi o noclegi w Salento to znajduje się tam mnóstwo pięknych hosteli w różnych cenach. Jedne w centrum drugie kawałek od miasta, dlatego każdy znajdzie coś dla siebie.  Nasz hostel był mały i spokojny i prowadziła go rodzina. Właściciel przywitał nas gorącą (absolutnie przepyszną) kawą i zaraz po załatwieniu formalności podeszliśmy do ściany, na której znajdowała się mapa i wszystko nam pięknie opowiedział. Co zobaczyć, jak dotrzeć w poszczególne miejsca, gdzie warto iść i gdzie zjeść. Jeszcze tak pięknie nikt nigdy nas nie poinformował o atrakcjach miasta.  Nas głownie interesowały Cocora Valley, plantacja kawy oraz gra Tejo. Już od razu powiem, że zagrać się nie udało bo miejsce w którym można było się nauczyć i pograć było nieczynne przez cały weekend – szkoda.

W związku z tym, że było jeszcze wcześnie poszliśmy poszwendać się po centrum. Sam główny plac okazał się być „jedną wielką jadalnią”. Zdecydowanie za dużo tego tam było, a budki z plandek niszczyły urok tego miejsca. Jedna z uliczek odchodzących od tego placu służyła za coś w rodzaju deptaku. Było tam mnóstwo ludzi. Mnóstwo. Po każdej stronie były sklepy z pamiątkami, dziełami sztuki itp. oraz bary, restauracje i kawiarnie. Każda tak piękna i zachęcająca, że nic tylko kawę pic.

Plac w centrum Salento po zmroku.

W sumie nie wiem czy wiecie, ale 90% Kolumbijskiej kawy jest eksportowana za granicę, więc napić się dobrej kawy wcale nie jest takie proste. Dlatego mówi się, że każdy przyjeżdża do Salento właśnie po to. Jest to region słynący z wielu plantacji kawy w tym plantacji ekologicznych. Ale wracając do ulicy. Wspomniane sklepy miały wiele pięknych rzeczy, od drobiazgów na rękę po prześliczne obrazy, sweterki, rzeźby i inne pamiątki. Oczywiście na każdym kroku mijaliśmy ludzi sprzedających uliczne jedzenie, które zachęcało do próbowania. Na końcu ulicy znajdowało się 300 schodów (ze stacjami Drogi Krzyżowej), które prowadziły górkę z punktem widokowym. Z jednej strony na miasteczko, a z drugiej na Cocora Valley. Nie omieszkaliśmy wypić sobie piwa na samej górze – wersja backpakersowa.

Widok na miasto z punktu widokowego, tuż po zachodzie słońca.

Kolejny dzień zaczęliśmy o godzinie 7. Śniadanie hostelowe oraz pyszna kawa była dobrym początkiem. Również pogoda zapowiadała się dobrze, choć wiedziałam, że deszcz ma przyjść ok południa. Jednak nie zrażeni, bojowo ruszyliśmy na rynek aby złapać taksówkę (tak naprawdę jeepa), który miał nas zawieźć za 3800 peso na do miejsca gdzie zaczynają szlaki po Cocora Valley. W jeepie spotkaliśmy trzy osoby poznane dzień wcześniej w autobusie z Pereiry do Salento i tak się złożyło, że resztę dnia spędziliśmy już razem, w składzie Kolumbijka, Brazylijczyk, Brazylijka i my.

Na miejscu nie wiedząc czemu obraliśmy kierunek, który zakładał, że palmy zobaczymy na samym końcu. Zła decyzja, ale po kolei. Wejście do parku kosztowało $2000 na osobę. Dolina była przepiękna. Zielona, górzysta z palmami, które wyrastały gdzie chciały. Ścieżka usłana była kałużami i błotem, ale nic nie psuło nam dobrego humoru. Początek był dość łatwy. Dopiero później zaczęło się trudniejsze momenty, chociażby przez błoto, które było już wszędzie i utrudniało chodzenie. Zwłaszcza nam, turystom w adidaskach 😉 Musieliśmy pokonać kilka mostów, kładek czy belek, żeby dotrzeć do miejsca w którym ścieżka rozwidlała się w stronę La Montana oraz na ścieżkę prowadzącą do rezerwatu z kolibrami. W związku z tym, że Adrian kolibra nie widział, postanowiliśmy tam pójść. Poza tym wiele osób zachwalało to miejsce. Nie powiem, bo kawałek trzeba było się wspiąć, żeby tam dotrzeć. Wejście kosztowało $5000 peso na osobę i za to można było dostać coś do picia: kawę, czekoladę, wodę lub coś czego nie znałam. Zdecydowaliśmy się na czekoladę, do której dostaliśmy kawałek białego sera (zestaw mistrza). Czekolada oprócz tego, że była gorąca co było plusem okazała się nędzną zabarwioną wodą. Jednak nie ma co rozpamiętywać. Samo miejsce było chatką na wzgórzu, uroczą ale bez przesady. W okolicy były porozstawiane miejsca z karmikami, do których cały czas podlatywały śliczne koliberki. Nie wiem dlaczego, ale dla mnie kolibry mają w sobie coś magicznego. Chciałam zrobić jakieś zdjęcie, ale skubance są takie szybkie, że zapomnij bez lustrzanki. Adrian cierpliwie czekał i coś tam wyczekał. Ja skupiłam się na oglądaniu. A tak między nami muszę przyznać, że nie warto było tam wchodzić. Nie chodzi nawet o kasę, tylko po prostu nadrobiliśmy 2 kilometry po nieprzyjemnym błotnistym szlaku, a później okazało się, że na szczycie La Montana, którym wracaliśmy do Cocora Valley też latało wiele Kolibrów.

Tak zaczynała się nasza przygoda tego dnia.
Po drodze krajobraz był bajeczny, a daleko w tle gigantyczne palmy.
Gdy już dotarliśmy to terenów górzystych niejednokrotnie musieliśmy pokonać liche mosty i kładki nad dość rwącym strumieniem.
Nagrodą w połowie wędrówki była możliwość podziwiania kolibrów.

Nawet się nie obejrzeliśmy jak naszły szare niskie chmury, które nie zapowiadały nic dobrego. Zdecydowaliśmy się ruszyć. Niestety, deszcz złapał nas w połowie drogi na szczyt. Na szczęście na samej górze ustąpił bo chmury byłe troszkę poniżej. Tam zrobiliśmy małą przerwę i poczekaliśmy na naszych towarzyszy, ponieważ dziewczyny lewo się wdrapywały. Oczekiwanie na naszych nowych znajomych umilały nam przylatujące do kwiatów Kolibry. Jak tylko ruszyliśmy w dół, żeby zobaczyć nasze upragnione olbrzymie palmy, ponownie trafiliśmy na deszcze, tylko tym razem ze zdwojoną siłą. Właściwie to lało, jak z rynny. Ja ubrałam mój zielony płaszcz, Adrian kurtkę jednak i to nie uchroniło nas od przemoknięcia. Z drogi zrobił się strumyk, błoto wszędzie, a Adrian w swoich butach zdążył zaliczyć już dwie gleby. Dzielnie szliśmy do celu. Gdy nasze oczy ujrzały tak długo wyczekiwane palmy zapomniałam o deszczu. Wyglądały fantastycznie nawet we mgle i bez słońca. Sesja zdjęciowa była krótka, bo nie chcieliśmy żeby nam telefony zamokły ale sami powiedzcie, czyż nie ma fajnego klimatu?

W takich warunkach kończyła się nasza przygoda tego dnia. Palmy takie wielkie, że nawet GoPro ich nie obejmuje w całości 😉

Oczywiście w pod sam koniec deszcz zaczął ustawać i nawet słonko zaczęło się pojawiać, ale do pogody z rana było daleko. Dodatkowo Adrian zaliczył trzecią glebę, tak na koniec, ale był już tak mokry, że stwierdził, że mu wszystko jedno i nawet się tym nie przejmował. Adidasy, które zabrał w tą podróż są super płaskie i nie mają żadnego bieżnika, więc na wodze zachowują się jak na lodzie – to tak dla usprawiedliwienia :). Wracając w stronę jeepa, cały czas towarzyszyły nam te olbrzymie palmy, które są ponoć największe na świecie i sięgają do 60 m wysokości. Niby tylko wysokie patyki, ale wrażenie robią fantastyczne. Zresztą cała dolina jest piękna i to właśnie ich położenie w tej dolinie dodaje im dodatkowych walorów.

Palma vs. Adrian – tak to wyglądało w rzeczywistości. Wybierając się w to miejsce wydawało nam się, że te palmy będą grube i wysokie, okazało się, że były wysokie i cienkie jak te na plaży.

Powrót był równie wesoły. Kierowcy znani są z tego, że zanim ruszą, upychają do auta maksymalną liczbę ludzi. Tak było i tym razem. W środku jechało 9 osób i 4 stały z tyłu na zderzaku, w tym my. Trochę wiało, ale było całkiem przyjemnie i wesoło, a do tego widoki w 360 stopniach.

Taka trasa z Cocora Valley do Salento trwała 30 minut, ale wrażenia były spore, więc minęło nam jak 10 minut.

Jak tylko dotarliśmy do hostelu, wzięliśmy prysznic, przebraliśmy się i poszliśmy coś zjeść. Postanowiliśmy zrezygnować z typowej kolacji i postawiliśmy na street food, czyli próbowanie nowości z ulicy. I tak na początek zjedliśmy oczywiście empanadas (które zawsze smakują troszkę inaczej) z przepysznym ostrym sosem z avocado, a dalej były już same nowości. Soliteras casadas y creams – na słodko z owocem i toffi, mój faworyt. Niebo w gębie. Oczywiście arepy z żółtym serem w środku, posmarowaną masełkiem i polane miodem – dobre tylko czegoś nam tam brakowało, może więcej miodu, który dodawał wyrazistości?! Dalej była aborrajados czyli smażony na głębokim tłuszczu platan z serem (mozarella) i owocem guavy w środku. Również pyszności. W ogóle chciałam powiedzieć, że ten owoc na „surowo” nie smakuje nam w ogóle, ale w wszelkich sokach i ciastkach jest obłędny.

Każdego ulicznego specjału spróbowaliśmy na pół i to w zupełności wystarczyło, aby nie być głodnym. W Kolumbii street food jest bardzo tani i dobry. Nie będę już mówić czy zdrowy czy nie, bo przecież  nie o to chodzi 😉

Kolejnego dnia rano spakowaliśmy się, ponieważ po południu opuszczaliśmy Salento. Torby mogliśmy zostawić na recepcji i pójść na plantację kawy. My zdecydowaliśmy się na tradycyjną, organiczną plantację, którą wiele osób nam polecało – Don Elias. Była oddalona ok 4 km od centrum i spacer do niej był bardzo przyjemny. Tym bardziej, że nie padało. Po dotarciu na miejsce, zaraz za nami dotarła jeszcze jedna osoba i od razu zaczęliśmy. Musze przyznać, że to wszystko mają dobrze przemyślane. Dowiedzieliśmy się jak rośnie kawa, kiedy dojrzewa i jak wygląda cały proces począwszy od zielonego ziarenka do momentu aż znajdzie się w paczce. Dla mnie osobiście było to fascynujące. Na koniec napiliśmy się pysznej świeżej organicznej kawy. Najlepiej.

Wysuszone ziarna kawy. W lewym górnym rogu, ziarna najgorsze jakościowo, trochę lepsze po prawej na górze i najlepsze po lewej na dole. W prawym dolnym rogu ziarna kawy już wypalone.
Filiżanka świeżej kawy, na tle ekologicznej plantacji.

W drodze powrotnej udało nam się zabrać do miasta z jakimś upalonym gościem, który chciał nam sprzedać wycieczkę na wulkan. I bardzo dobrze, bo jak zwykle ok południa zaczęło solidnie padać. W mieście zjedliśmy przepyszny lunch w knajpce Lucy za $8000 peso, na który składała się zupa i drugie danie z rybką w roli głównej oraz napój. Pysznie, tanio i szybko.

Dalej czekała nas podróż do Ibaque, w którym mieliśmy chwilę odpocząć u znajomego i nabrać sił na dalszą podróż. Przemieszczanie się po Kolumbii dla osób z chorobą lokomocyjną nie należy do najprzyjemniejszych. Niestety zakładam, że do końca naszej podróży już się nie poprawi.

Z rzeczy poza planowych myślę, że warto również dodać, iż mieliśmy okazje widzieć jak Kolumbijczycy świętują awans na MŚ w piłce nożnej 2018 i mogę śmiało powiedzieć, że obłędnie! To co działo się na ulicach miasta przeszło moje najśmielsze oczekiwania. A ja byłam małą częścią tych radości. Aż strach się bać co będzie, jak drużyna Kolumbii znajdzie się w finale? Cóż wszystko przed nami, gdyby do tego doszło, to my na pewno będziemy szukać biletów lotniczych last minute do Kolumbii, żeby to zobaczyć!

Kolumbią jesteśmy oczarowani. Ani przez moment nie czuliśmy się niebezpiecznie, a ludzie są dla nas  mili i pomocni. Mamy nadzieję wrócić kiedyś do tego pięknego kraju i wtedy poświęcić mu jeszcze więcej czasu, bo w Kolumbii jest wiele pięknych miejsc. Póki co, z listy krajów odwiedzonych na tej wyprawie, jest to nasz numer 1!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *