Stolica Peru – Lima: Miraflores, Centro Historico i Barranco.

Do Limy mieliśmy dojechać o 5:30, a oczywiście jak to bywa z szalonymi kierowcami dojechaliśmy o 4:30. Na szczęście już świtało, więc nie baliśmy się olać wszystkich naciągaczy – taksówkarzy i pójść na lokalny autobus. Znaleźliśmy go całkiem sprawnie, a i czekać długo nie musieliśmy. Chcieliśmy dotrzeć na Miraflores, dzielnicę w której mieliśmy zabukowany hostel. Najbliżej nie było, ale rano bez korków poszło bardzo sprawnie. Niestety zameldowanie w hostelu było od 13 i nie dało się nic ugrać, więc zostawiliśmy nasze plecaki i ruszyliśmy podbijać miasto.

W autobusie były nieszczelne szyby, przez co strasznie gwizdał wiatr, a im szybciej kierowca jechał tym było gorzej, tak że przy 80 km/h nie szlo już wytrzymać. Na szczęście droga nie pozwalała za często rozwijać takich prędkość. Także po ciężkiej nocy pierwsze na co mieliśmy ochotę to kawa. Pierwszy otwarty lokal jaki nam się nawinął to Starbucks. Adrian nie przepada, Klaudii aż zabłyszczały oczy, a mi było obojętne, jednak z racji na godzinę i na to, że dawno nie mieliśmy okazji napić się smacznej kawy, nie omieszkaliśmy skorzystać i trochę przepłacić.  Tutaj niestety, „króluje” kawa rozpuszczalna, albo płyny, które starają się udawać kawę…

Lima okazała się być bardzo ładnym miastem. Mam tu na myśli dzielnice  Miraflores, Barranco oraz Centrum Historyczne. Poza te trzy regiony wiele się nie zapuszczaliśmy, bo nie wiele było tam do zobaczenia, a biorąc pod uwagę to jak duża jest lima nie koniecznie się opłacało przebijać się przez kilkanaście kilometrów zakorkowanego miasta np. dla jednego parku. Woleliśmy ten czas spędzić w miejscach tupu Miraflores, które bardzo nas urzekło. Ale po krótce i po kolei.

Chodnik i „park” między jezdniami, nadawały przestrzeni temu miastu.

Najwięcej czasu spędziliśmy właśnie na Miraflores, z dwóch powodów. Po pierwsze tam mieliśmy nocleg, a po drugie, dzielnica ta bardzo się wyróżniała. Nie tylko spośród innych dzielnic w Limie, ale w ogóle spośród wszelakich dzielnic jakie mieliśmy okazję odwiedzić w różnych miastach. Otóż poza ładnym zagospodarowaniem miejskim, czystością i fajnymi parkami, wyróżnia się tym, że położona jest przy wybrzeżu, które ciągnie się wzdłuż Pacyfiku oddzielając miasto od oceanu  wielkim klifem. Króluje tam nowoczesne budownictwo, bardzo dobra infrastruktura, mnóstwo parków i miejsc do odpoczynku. Na dole przy samym oceanie rozciąga się kamienista plaża okupowana przez surferów i ludność lokalną, a na górze brzegiem klifów rozciągają się parki i boiska, gdzie ludzie spędzają wolny czas. Było mnóstwo rodzin z dziećmi, psów, rolakrzy, rowerzystów, sprzedawców przekąsek, czy nawet atrakcji typu przelot nad wybrzeżem paralotnią. Samą nazwę dzielnicy „Miraflores” można przetłumaczyć jako „patrz! kwiaty” i faktycznie te kwiaty tam były, niemal przy każdym skrawku zieleni.

Początek Miraflores, od południa.
Jak widać mnóstwo ludzi korzystało z tych terenów zielonych.
Nowoczesne budownictwo…
…i oldschool’owe pojazdy

Dla nas była to niesamowita odskocznia, po tych szarych i brudnych miejscowościach. Małe miasta w Peru to przede wszystkim niedbałe budownictwo z czerwonej cegły, często niedokończone, nie otynkowane z połatanymi dachami. Do tego brudne i zakurzone ulice. A jeśli już jest jakiś zadbany budynek to zazwyczaj tylko z pozoru. Ludzie często wykańczają tylko front budynków, a reszta to fuszerka…  Lima, a przynajmniej jej centrum, była zupełnie inna. Trochę jakby wyrwana nie z tego kraju, ale w końcu to stolica.

Ta wyglądają  obrzeża Limy i tak wygląda większość Peru poza centrami większych miast.

Centrum Historyczne limy to przede wszystkim piękny plac głwóny i stara, odrestaurowana zabudowa na około. Kilka deptaków wyłączonych z ruchu samochodowego, dużo kościołów i Chinatown w bliskim sąsiedztwie, które przez cały dzień żyło handlem w sklepach, na targowiskach i na ulicy. W promieniu kilkuset metrów do 2-3 kilometrów od placu głównego, jest też bardzo dużo różnych parków, które planowaliśmy odwiedzić, ale co tu dużo mówić, z różnym skutkiem. Okazuje się, że niektóre z nich są całkowicie ogrodzone i posiadają swoje dni oraz godziny otwarcia, nam niestety nie zawsze udało się trafić.

Centrum historyczne, plac główny.
I to samo miejsce z innej perspektywy.
Jeden z targów w pobliżu Chinatown, warunki w jakich handluje się mięsem w krajach Ameryki Południowej, nigdy nie przestaną mnie zadziwiać.

Barranco to również dzielnica położona nad wybrzeżem na południu miasta, ale ona wyróżnia się zupełnie czym innym niż Miraflores. Tutaj turyści przybywają by zobaczyć murale, które można znaleźć na ścianach, wiaduktach i ogrodzeniach w centrum dzielnicy. Jest też sporo knajpek i dostęp do oceanu. My spędziliśmy tam 2 godziny po prostu chodząc w kółko i szukając nowych muralów. Nie ma ich jakoś super dużo, ale te co są robią na prawdę dobre wrażenie.

Barranco, kolorowa dzielnica – kolorowy napis powitalny.
Mural pod wiaduktem. „Wszyscy” kierowali swój wzrok w stronę gwiazdy znajdującej się na samym środku wiaduktu.
Nie da się ukryć jest to pewien rodzaj prawdziwej sztuki.

W limie poza zwiedzaniem miasta, mieliśmy również spotkać się z naszym kolegą, którego poznaliśmy w Panamie – Jorge. W Nomad Tree Lodge, gdzie my robiliśmy wolontariat, on był gościem wraz ze swoją dziewczyną i jakoś tak się zgadaliśmy, że jak będziemy w Limie to nas trochę oprowadzi i zabierze na jakieś jedzenie. Oczywiście przyjechał spóźniony, choć kogo to dziwi. Ruszyliśmy w poszukiwaniu fajnego miejsca na wczesną kolację. Niestety, jak to w Peru, godzina 18 to jest żadna godzina na jedzenie. Wszystko albo zamknięte, albo jeszcze nie otwarte. Bardzo długo krążyliśmy, aż w końcu zabrał nas do bardzo stylowego centrum handlowego położonego na klifie w Miraflores. Nie ukrywam, byłam trochę zła bo miało być tanio i smacznie, a to miejsce zapowiadało nic innego jak drogo i smacznie. Galeria Larcomar, bo tak się nazywała to miejsce naprawdę bardzo „ą, ę”, a przynajmniej restauracje które tam były, bo do sklepów nie zaglądaliśmy. Klaudia lubi takie miejsca, ja trochę mniej. Tym bardziej, że w zdezelowanych adidasach i bluzie prawie świeżej jakoś nie czułam się najlepiej. Ostatecznie nie zjedliśmy w tym miejscu, ponieważ ceviche, na które właśnie tam poszliśmy nie było! Pojechaliśmy do bardzo fajnej knajpki, wcale nie jakoś super tańszej, ale tam już czułam się bardziej swojsko. Zamówiliśmy sobie bardzo typowe dla peruwiańskiej kuchni anticuchos, czyli smażone serca wołowe. Były pyszne! Po kolacji udaliśmy się do Jorge mieszkania. Chłopacy pili sobie piwko, Klaudia pisco sour, a ja… no cóż łyczka tu łyczka tam, bo oczywiście po Huaraz nadal bolało mnie gardło i byłam lekko podziębiona. Wieczór spędziliśmy na grze w bilard.

Zachód słońca nad Miraflores.
Latarnia morska, na klifach Miraflores.

W Limie po pierwszej nocy w hostelu postanowiliśmy też spróbować szczęścia na couchsurfing’u aby trochę oszczędzić, a i może poznać kogoś ciekawego. Wyobraźcie sobie, że się udało. Jak to w stolicy wybór był większy, no i przed wszystkim była jakaś grupa hostów mówiących po angielsku. Nie wyobrażałam sobie nocować u kogoś z kim nie mogłabym zamienić swobodnie zdania.

Umówiliśmy się z naszymi hostami, że zostaniemy u nich jedną noc oraz, że dotrzemy do nich ok 19.30 jak już będą w domu. Okazało się, że jest to bardzo blisko naszego hostelu. Dlatego też dziarskim krokiem powędrowaliśmy kilka ulic dalej. Zadzwoniliśmy domofonem i zeszedł po nas jeden z hostów (pamiętałam ze zdjęcia). „Hello, hello” i weszliśmy do środku. I teraz, otwórzcie oczy wyobraźni i postarajcie się ogarnąć to co napiszę! 🙂 Na środku pokoju były dwie kanapy (wiedziałam już, że to nasze). Za nimi znajdował się balkon, a nami ok 4 osoby. Po prawej stronie wysoki stół, przy którym pracował mężczyzna, który nie odezwał się do nas słowem (w ogóle). Na kanapie siedziała kobieta (Francuzka, partnerka tego niemowy) i oglądała film. Oprócz tego zlokalizowałam jeszcze kuchnie, łazienkę i dwa pokoje. Nasz host pokazał nam gdzie postawić nasze plecaki i zniknął. My natomiast lekko oszołomieni ilością ludzi usiedliśmy nieśmiało na kanapie. Duży pies natychmiast przyszedł do Adriana, a dwa wielkie i puchate koty, których sierść walała się wszędzie, latały pod stołami i kanapami. Usiedliśmy i siedzimy. Poczułam potrzebę odezwania się i kobieta na kanapie obok była ofiarą. Kilka słów, zdań, hasło wifi… tyle. Z balkonu wyłonili się chłopacy. Przywitali się i powiedzieli „robimy wesołe brownis bo wesołe z nas chłopaki” i zniknęli w kuchni robić te ciasteczka. Od dziewczyny dowiedzieliśmy się, że idą do kina i chcą się zjarać dlatego pieką sobie „wesołe” brownies. Ja w międzyczasie zaparzyłam sobie herbatę i starałam się uśmiechać, ale absolutnie nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Nikt z nami nie rozmawiał. Po jakimś czasie do mieszkania przyszło jeszcze 2 chłopaków. Okazało się, że chyba wszyscy są tam parami. Jeden z drugim, ale kto z kim to już nie mogliśmy połapać. Jakoś chwilę przed wyjściem chłopaków, do mieszkania przyszła najmilsza dla nas osoba, Juana. Juana obecnie uczy jogi i tak po pracy sobie wpada do chłopaków zjarać się z nimi na balkonie. Pogadała z nami najwięcej. W międzyczasie rozważaliśmy powrót do hostelu, ale stwierdziliśmy że nie będzie to grzeczne, więc stwierdziliśmy, że poczekamy jak to się rozwinie. Czas leciał, my na telefonie oni swoje… aż nadszedł czas wyjścia do kina (22:30). Oczywiście chłopaki zaproponowali nam wspólne wyjście ale wybrany repertuar nie zachęcał i byliśmy zmęczeni.

W mieszkaniu zrobiło się cicho. Tylko koty buszowały. Francuzka poszła spać, Francuz nadal bez słowa pracował, a my postanowiliśmy zrobić sobie kanapę (jak dobrze, że mieliśmy śpiwory i kocyki) i ogarnąć się do spania. Łazienka według mnie nie nadawała się do użytku, więc postanowiliśmy się nie kąpać. Ledwo zęby umyłam. Położyliśmy się przy pełnym świetle lamp, bo cóż, Francuz nie zaproponował żeby je zgasić, a ja się rządzić nie chciałam. Koty próbowały przejąć nasze kanapy, ale sukcesywnie je zganiałam. Sierść zostawała. Nastała cisza i zasnęliśmy.

Ni stąd ni zowąd otworzyły się drzwi i do mieszkania wrócili mocno zrobieni gospodarze wraz ze znajomymi. Ilu ich było nie wiem, bo od razu schowałam głowę do śpiwora, ale z poziomu hałasu wynikało, że miliony. A tak na serio myślę, że z 6-8 osób. I niestety my, śpiący im nie przeszkadzaliśmy w gadaniu, śmianiu się, graniu, paleniu, chichotaniu, komentowaniu….po prostu tak nadzierali mordy, chyba do 5 rano. Oczywiście co jakiś czas słyszałam „ciiii” ale wiecie jak to wygląda?! Adrian ponoć obudził się jak przyszli, ale później zasnął. Ja natomiast nie mogłam. W międzyczasie kot mi na łeb wskakiwał co wcale nie pomagało. Nad ranem padłam. Obudziliśmy się o 7. Każdy z nas miał po kocie w nogach łóżka. Po mieszkaniu chodził jeszcze jakiś chłopak, którego wcześniej nie widzieliśmy. Jeden z naszych hostów prasował sobie koszulę, drugi dawał korki z angielskiego przez skypa (czyli jednak umiał mówić)…. A my się szybciutko ubraliśmy i wróciliśmy do naszego przytulnego 10-cio osobowego pokoju w hostelu.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że czułam się tam jak piąte koło u wozu. To, że było brudno czy głośno to najmniej ważne, w końcu za darmo, a to była taka „studencka melina”. Tylko, że  couchsurfing powinien polegać na wymianie doświadczeń, wymianie kulturowej, szeroko pojętej nauce… ja chciałam. Miałam mnóstwo pytań. A czego się dowiedzieliśmy? Że w Peru można mieć przy sobie 8 gram marihuany, że gram kosztuje 10 soli, że w ich brownie były 3 gramy… a no i najważniejsze, wiem jak się robi „wesołe brownie”. Taka nasza wymiana kulturowa. Cóż, pewnie ktoś z Was powie „lepsza taka niż żadna” i w sumie…ma racje.

Tyle w kwestii nocy za darmo. Oczywiście nie zrażamy się do  couchsurfing’u. Zdarza się!

Istotną sprawą, która wydarzyła się jeszcze w Limie było to, że do Klaudii, która towarzyszyła nam w podróży nieustannie od około 2 tygodni, dołączył Łukasz – jej partner. Tym samym nasze drogi się rozeszły. Nie dlatego, że 4 osoby to tłok czy coś. Tylko Klaudia i Łukasz z Limy mieli samolot do Arequipa i stamtąd planowali podróżować na północ, a my nadal zgodnie z drogą lądową na południe. Jednak wiedzieliśmy, że prawdopodobnie spotkamy się jeszcze w Cusco, bo tam nasze trasy się krzyżowały.

Czystość tego miasta na tle reszty Peru, na prawdę robiła na nas wrażenie.

Ostatniego dnia pobytu w Limie pojechaliśmy do Jorge na rancho jego rodziców. Właściwie taka hacjenda za miastem, godzinę drogi na południe od Limy. Jego dziadek ma tam 200 hektarów ziemi! Jorge oprowadził nas troszkę po posiadłości, opowiedział co się działo podczas EL Nino, a wieczorem pojechaliśmy coś zjeść do pobliskiej miejscowości. Wieczór chłopacy zakończyli piwkami, a ja herbata z pisco. W końcu trochę jeszcze bolało mnie gardło 😉

Dom rodziców Jorge na ranczu, zbudowany w kształcie kwadratu z dużym placem po środku. Rodzice wynajmują to miejsce w celu organizacji przyjęć weselnych. Do dyspozycji gości jest otwarta przestrzeń, kilka pokojów i kaplica tuż obok domu. Całość po środku ogromnej posiadłości, zapewniającej dużą prywatność.

Następnego dnia rano Jorge podrzucił nas na autobus do Ica, który właściwie od razu podjechał i zabrał nas za 15 soli od osoby. Miejscem docelowym miała być Huacachina, czyli malutka oaza na pustyni, na obrzeżach Ica, gdzie dokładnie wiedzieliśmy co chcemy robić – jazda buggy i sandboarding!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *