Salwador-Honduras-Nikaragua – trasa pełna przygód.

Z El Cuco wyruszyliśmy tuż po śniadaniu, na które udaliśmy się do tego samego miejsca co dzień wcześniej. Ruch uliczny nie wskazywał abyśmy mieli szansę na jakiegokolwiek stopa, więc jak tylko zobaczyliśmy tuc-tuc’a to natychmiast poprosiliśmy o podwózkę. Za 2 dolary dojechaliśmy do pobliskiego miasteczka, z którego chcieliśmy złapać stopa do granicy z Hondurasem. Początek jak zawsze nie należał do najłatwiejszych jednak twardo czekaliśmy na transport.

I tak oto udało się. Zatrzymał się pomarańczowy pickup i po krótkiej rozmowie dowiedzieliśmy się, że podrzuci nas całkiem blisko granicy, z małym przystankiem w mieście po drodze (chciał tam zabrać kolegę). Elegancko. Na pace było jak zawsze przyjemnie, wiatr we włosach, słońce na spalonej twarzy, fajnie. Cały czas czułam dyskomfort spowodowany chorobą. Bałam się, że chęć posadzenia tyłka na toalecie przyjdzie znienacka. I co wtedy? Jednak myślałam pozytywnie. Adrian skutecznie mnie zagadywał i tak dopiero jakieś 5 km przed granicą, kulturalnie podeszliśmy na stację benzynową w wiadomym celu. Uf uf.

Znaleźliśmy kolejne miejsce w cieniu i wystawiliśmy tekturę z napisem „El Amatillo”. Auta niewzruszone przejeżdżały. Ja zrezygnowana patrzyłam jak kolejny mały biały „pierdek”, w którym zapewne nawet byśmy się nie zmieścili przejeżdża obok… nagle zatrzymuje się, nawraca i otwiera się szyba przez którą miła starsza pani informuje nas, że zabiorą nas na granicę. I tak z plecakami na kolanach na tylnej kanapie, w małym białym pierdku ruszyliśmy na granicę (tak swoją drogą to nie cierpię przekraczania granic tu w Ameryce środkowej). Całkiem sprawnie udało się opuścić El Salvador. Pomaszerowaliśmy dalej przez most, aby po raz drugi na tej wyprawie przekroczyć granicę z Hondurasem. Oboje z Adrianem już dokładnie wiemy jakie pytania będą padać, więc sprawnie po hiszpańsku odpowiadamy. Pewnie zastanawiacie się jakie pytania zadają? Zazwyczaj nic szczególnego, typu: skąd i dokąd jedziemy; ile dni byliśmy w kraju, z którego przybywamy i jak długo mamy zamiar zostać w ich kraju. Rzadko kiedy celnicy pytają i coś więcej, czasami jak trafimy na tych zabawniejszych to próbują np. czytać nasze nazwiska z paszportów itp.

W oczekiwaniu na samochody zmierzające w stronę granicy, Ania oszczędzała nogi. Blada twarz chyba jest jeszcze pozostałością po chorobie.
Rzeka wyznaczająca granicę miedzy wschodnią częścią Salwadoru, a Hondurasem.

Po przekroczeniu granicy kupiliśmy sobie po baranku i ruszyliśmy na wylotówkę z nadzieją złapania kolejnego stopa. Chyba oboje czuliśmy, że nie będzie łatwo ale i tak chcieliśmy spróbować. Kolejne auta nas mijały, a ja już nie miałam sił stać, brzuch zaczął mnie trochę pobolewać, więc tym razem Adrian stał z kartką, a ja żałośnie siedziałam na poboczu… I znowu, auto przejechało, zatrzymało się i zaczęło cofać. W środku zobaczyliśmy 5 osób. Młoda kobieta powiedział nam, że mogą nas zabrać do Santa Elena, które jest po drodze. Na początku zrozumieliśmy, że to 10 minut drogi i że tam powinno być łatwiej coś złapać do Choluteca. Miasta, w którym planowaliśmy znaleźć jakiś hostel, bo podejrzewaliśmy, że tego dnia dalej nie uda się dotrzeć, Długo się nie zastanawialiśmy, jedziemy. Tylko gdzie mamy usiąść? Jak wspomniałam w aucie było już 5 osób, w tym 12-letnia dziewczynka. Na szczęście auto tu było całkiem wysokie, więc po tym jak kierowca pomógł nam zapakować torby do bagażnika, dziewczynka usiadała na kolana kobiety, Adrian usiadł na kanapie, a ja na kolana Adriana. I w takiej super wygodnej pozycji, w 5 osób na tylnej kanapie przejechaliśmy jakieś 3 minutki po czym zatrzymała nas policja… Byłam pewna, że jak zobaczą w ile osób jedziemy to raz, że nas wyrzucą, a dwa, że kierowca dostanie mandat. Zaczęło nam być głupio, ale szybko okazało się, że nic z tych rzeczy. Funkcjonariusze sprawdzili dokumenty kierowcy, nasze paszporty oraz plecaki i po temacie. Jedziemy dalej. Droga była bardzo ciężka, remont za remontem, korek za korkiem, a i pozycja stawała się coraz bardziej niewygodna. Okazało się również, że Santa Elena nie jest 10 minut drogi z miejsca skąd wsiadaliśmy, tylko z Santa Elena jest 10 minut drogi do Choluteca. Tym samym nasz stop trwał ponad 3 godziny. Trasa miała zaledwie 77 kilometrów, ale remontów na drodze było tak dużo, że co chwilę staliśmy w korku, a czas upływał. Na szczęście ludzie Ci byli bardzo sympatyczni i udało nam się trochę porozmawiać naszym turbo koślawym hiszpańskim i językiem ciała. No dobra, wymienić kilka zdań.

Przemiła rodzinka wysadziła nas w obiecanym miejscu. Słońce zaczęło zachodzić, więc szybko pognaliśmy łapać kolejnego stopa. Po około piętnastu minutach zatrzymał się kolejny pickup z dwoma starszymi panami. Zaoferowali, że podrzucą nas do miasta. Adrian wsiadł na pakę, a ja do środka. Panowie ewidentnie skądś wracali. Może z delegacji? W każdym razie zaczęła się rozmowa. Po hiszpańsku, więc mimo klimatyzacji zaczęłam się pocić 😉 Panowie zapytali dokąd zmierzamy i gdzie nas wyrzucić. Na odpowiedź, że do najtańszego hostelu bo jutro jedziemy do Nikaragui zaczęli się naradzać. Kierowca łamanym już angielskim zaproponował, że jeśli to dla nas będzie wystarczające, to możemy się przespać u nich w firmie. Powiedział, że ma tam jakiś pokój i prysznic i że jeśli nam się spodoba to możemy za darmo tam zostać. Zaskoczona, długo się nie zastanawiałam. Zgodziłam się tym bardziej, że powiedział, że w razie czego odwiezie nas do hostelu. Uradowana szybko podzieliłam się informacją z Adrianem. Gdy po kilkunastu minutach dojechaliśmy do centrum, kolega naszego kierowcy wysiadł, a Adrian został poproszony aby wsiąść do środka. Zanim ruszyliśmy w stronę firmy gdzie mieliśmy spać, kierowca obwiózł nas po mieście i trochę opowiedział o kilku miejscach. Ot, żebyśmy co nieco zobaczyli.

Firma okazała się być całkiem daleko poza miastem. Domyślamy się, że to był powód dla którego kierowca zrobił nam wycieczkę po mieście, bo wiedział, że z firmy nie będziemy mieli szansy wyskoczyć i go zobaczyć. Widząc, że odjeżdżamy od centrum zapytałam nawet czy w okolicy miejsca gdzie będziemy spać jest jakiś sklep, bo byliśmy już mocno głodni. W końcu ile można wytrzymać na bananie?! Kierowca odpowiedział coś w stylu, że mamy się nie martwić, że jak się nam spodoba to zostaniemy, a jak nie to zawiezie nas z powrotem do miasta. Szczerze to nie do końca go zrozumieliśmy, bo jego angielski był dość podstawowy,

Gdy dojechaliśmy pod bramę firmy zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Wysiadając z samochodu nasz kierowca zaczął wciskać Adrianowi kasę, „żebyśmy mieli jak dostać się do Nikaragui”. Adrian odmawiał, ale kierowca nalegał, następnie całkiem zdezorientowany Adrian wysiadł z pieniędzmi (jakieś 50 pln) i zaczął ściągać plecaki z paki pickupa. W tym samym momencie podjechało auto, w którym siedział kolega kierowcy (ten który wysiadł w centrum miasta) podał nam przez okno torebki z jedzeniem z Wendy’s, a następnie wystawił trzy kubki picia i zapytał czy chcemy sprita czy colę? Osłupieliśmy jeszcze bardziej. Wszystko działo się błyskawicznie i nie mogliśmy tego poskładać w całość. Skąd on się wziął tak szybko z jedzeniem? I dlaczego nam go przywieziono, tak po prostu bez pytania? Dlaczego dano nam gotówkę? O co w ogóle chodzi? Działo się tak dużo pozytywnych rzeczy, że nasze myśli trochę nie wyrabiały.

Po wejściu na posesję okazało się, że firma zajmuje się sprzętem budowlanym. Stało tam mnóstwo maszyn, koparek i ciężarówek oraz jeszcze więcej części do tego typu pojazdów. Jakiś miły pan zaprowadził nas na drugi koniec placu do wielkiego pomarańczowego domu, który pewnie miał być domem dla pracowników. W rzeczywistości na dole był jednym wielkim złomowiskiem (trochę jak garaż mojego taty), a na górze były 4 pokoje, nazwijmy to salon i łazienka. Docelowo mieliśmy spać na materacu w jednym z pokojów, ale po pierwsze temperatura nie pozwoliłaby nam zasnąć, po drugie było tam tak brudno i pełno owadów, że jakoś no nie wyobrażałam sobie tam zasnąć i w końcu po trzecie zobaczyłam skorpiona. Od razu zdecydowaliśmy, że śpimy w namiocie, w naszej moskitierze do której nic nam nie wejdzie. Początkowo ustawiliśmy go na dużym balkonie, bo było tam zdecydowanie chłodniej niż w nagrzanym pomieszczeniu. Niestety po chwili zaczęła się ogromna ulewa, więc wnieśliśmy namiot do środka. Aby trochę zaznać chłodu ustawiliśmy go w drzwiach, a dodatkowo ustawiliśmy sobie wiatrak, który wtłaczał świeże powietrze do namiotu przez moskitierę.

Nasz namiot rozbity w „salonie” przy wyjściu na taras/balkon. Dom był bardzo brudny w środku i była w nim ogromna ilość padniętych much i innych owadów oraz kilka żywych zwierząt typu skorpiony i żaby.
Nasz widok po ułożeniu się w namiocie.

Mimo ciężkich warunków nie narzekaliśmy. W końcu darmowy dach nad głową, pod którym zdecydowanie czuliśmy się bezpiecznie. A w torebkach Wendy’s był przepyszny burger, frytki, ketchup i ciastko, które zostawiliśmy sobie na śniadanie. Byliśmy ukontentowani. Cały czas nie wierzyliśmy w to co się wydarzyło, ale byliśmy wdzięczni.

Po rozbiciu namiotu poszliśmy do budynku, gdzie było małe biuro firmy, aby napełnić butelkę wodą do picia i skorzystać z WiFi. Tam nadal był nasz kierowca i jak się okazało chyba właściciel całej tej firmy. Wówczas opowiedział nam historię o swojej córce, która też podróżuje i kiedyś chciała okrążyć świat dookoła. Wyruszyła z Hondurasu do Stanów, później do Europy, z Europy do Azji, a następnie chciała polecieć ponownie do Stanów i stamtąd wrócić do domu. Niestety w Azji została okradziona, w tym też z paszportu, przez to odmówiono jest wjazdu do Stanów. Ostatecznie musiała wrócić do Hondurasu przez Europę i plan okrążenia świata runął w gruzach.

Po tej opowieści powoli zaczęliśmy składać dzisiejszą historię w całość. Wydaje nam się, że nasz kierowca mając taką córkę i znając jej różne perypetie, rozumie ten podróżniczy klimat i dlatego tak szczerze chciał nam pomóc, zarówno z noclegiem jak i finansowo. Natomiast kwestia błyskawicznej dostawy jedzenia okazała się całkiem banalna, przypomniało nam się, że w trakcie jazdy do firmy ktoś zadzwonił do naszego kierowy. Musiał to być jego kolega, który prawdopodobnie z miasta wziął swoje auto i jechał niedaleko za nami. W międzyczasie kierowca prawdopodobnie poprosił go, aby ten coś dla nas przywiózł do jedzenia, a że my słyszeliśmy tylko jedną stronę, mówiącą szybko po hiszpańsku, to wtedy nic z tego nie rozumieliśmy. A to, że padło na Wendy’s też jest zabawne, bo wyjeżdżając z miasta i widząc przy drodze Wendy’s, nagle wyrwało mi się dość głośne „oooo Wendy’s”, co prawdopodobnie zasugerowało kierowcy co lubimy jeść 🙂

Tej nocy zasnęliśmy całkiem szybko. Deszcz walił o metalowy dach, ale zupełnie nam to nie przeszkadzało. A jak wyglądało nasze podwórko kolejnego dnia? O tak:

Kolejny dzień zaczęliśmy wcześnie. Szybko się spakowaliśmy, poszliśmy uzupełnić zapas wody i skorzystać jeszcze z internetu. Pożegnaliśmy się i podziękowaliśmy, a następnie ten sam pan, który dzień wcześniej przywiózł nam jedzenie, podrzucił nas kilka kilometrów dalej, na drogę wylotową, gdzie chcieliśmy łapać stopa do granicy z Nikaraguą – tyle dobra jest na świecie.

Pełni optymizmu po raz kolejny czekaliśmy na okazję. Auta przejeżdżały, autobusy przejeżdżały a my czekaliśmy … i w końcu udało się. Panowie powiedzieli, że mogą nas zabrać, ale nie do granicy tylko trochę ponad połowę drogi. Hop na pakę i w drogę. Jak tylko wysiedliśmy zaczęliśmy łapać kolejnego stopa i tym razem po paru minutach zatrzymał się nam… chicken bus, oczywiście nie machaliśmy na autobus, bo go nie chcieliśmy, ale on sam się zatrzymali i rozpoczął się dialog z ludźmi przy drzwiach:

My: nie nie, nie mamy kasy.
Mężczyzna z autobusu: Wsiadajcie!
My: nie mamy kasy!
Kobieta z autobusu: ok ok, wsiadajcie!

No to my hop do środka i wszyscy uśmiechnięci. Tego się nie spodziewaliśmy, że chickenem na stopa się da. A jednak! Po jakiś 25 km, wysadzili nas 5 km przed granicą, bo odbijali w inna stronę. Poszliśmy do cienia, kciuk w górę i tu kolejne zaskoczenie. Zatrzymał się tuc-tuc i historia z chicken busa się powtórzyła. Młody mężczyzna powiedział, że i tak jedzie na granicę, więc zabierze nas za darmo. Ewidentnie szczęście nam sprzyjało.

Podróż tuc-tuc’iem. Jeśli mamy być szczerzy to ,to zdjęcie jest z dnia poprzedniego, kiedy to skorzystaliśmy z tuc-tuca w El Cuco. Tutaj doga była asfaltowa 🙂

Na granicy z Nikaragua pan w imigration zabrał nasze paszporty i chyba z 20 minut ich nie widzieliśmy. Adrian pełen luz, ja natomiast zaczęłam się zastanawiać o co chodzi. W końcu paszporty się znalazły. Później była mała historia z lekko rozdartą 10-cio dolarówką, której pani celnik nie chciała przyjąć, a Adrian się uparł i powiedział jej, że więcej kasy nie mamy. Stwierdził, że „bez przesady kasują $12 od osoby za wjazd i jeszcze wymyślają”. Była to druga najdroższa opłata w Ameryce Środkowej za przekroczenie granicy jaką musieliśmy uiścić, zaraz po Belize gdzie za opuszczenie kraju pobrali od nas $20 od osoby. Najpierw kazano nam wypłacić z bankomatu „nowe” $10, albo te rozdarte wymienić w banku po sąsiedzku. Jednak bank nie miał dolarów, a bankomat obsługiwał tylko karty Visa, a my mamy same MasterCard. Na szczęście inny pracownik przejścia granicznego wziął te pechowe $10, wyszedł i po chwili wrócił z dwoma banknotami po $5, po czym opłata została uiszczona, a my zaczęliśmy myśleć co dalej.

Przekraczamy granicę Hondurasu i Nikaragui!

Ustawiliśmy się przy drodze aby złapać kolejnego stopa. Niestety ruch na drodze prawie nie istniał. Po 20 minutach postanowiliśmy, wiec złapać autobus do najbliższego miasta (5km) i spróbować ponownie ze stopem na wylotówce z tego miasta. Liczyliśmy również, że w miasteczku uda nam się znaleźć jakiś bankomat. Nie udało się. Kupiliśmy za to banany i ruszyliśmy na wylotówkę z nadzieją, że tym razem będzie lepiej. Czuliśmy, że nie będzie łatwo ale i tak chcieliśmy spróbować. Szybko jednak stwierdziliśmy, że miasto Leon, którego nazwa widniała na naszym kartonie, jest za daleko aby coś złapać. Ludzie tutaj jak nie jadą do miejscowości, do której łapiemy stopa, tylko np. połowę drogi, to niechętnie się zatrzymują. Postanowiliśmy więc zmienić napis z na kartonie z „Leon” na „Chinandega”, czyli miasta leżącego niecałe 2/3 drogi do Leon.

Minęło 50 minut, a my nadal byliśmy w tym samym miejscu. W końcu zapadła decyzja, że jak będzie przejeżdżał najbliższy chicken bus, to go łapiemy. Po kolejnych 10 minutach nadjechał, co prawda przystanek był jakieś 250 metrów wcześniej, ale nie chciało nam się wracać, bo byliśmy pewni, że i tak się zatrzyma. I co? Nie zatrzymał się! Byliśmy w szoku. Na szczęście po kilku minutach zauważyliśmy, że jedzie kolejny, a przed nim jeszcze kilka samochodów. Jedno z nich zatrzymało przed nami i tym sposobem złapaliśmy stopa na kolejne 70 km. Nawet udało mi się dogadać, żeby kierowca nie wwoził nas do centrum Chinandega, tylko wysadził na wylotówce. Tak też uczynił.

Widząc co się dzieje na niebie, wiedzieliśmy że nie mamy szans na kolejnego stopa. Deszcz zbliżał się nieubłaganie, dlatego nadjeżdżający autobus z napisem Leon był dla nas najlepszą opcją. Przyznać muszę, że tak przyjemnej podróży chicken busem nie miałam. Na wielkim telewizorze na przodzie autobusu leciały sobie teledyski do piosenek z lat 90-tych. Całą podroż oglądałam. Po drodze była tylko jakaś mała kontrola policji i musieliśmy się wylegitymować, ale wyglądało na to, że zatrzymują wszystkie przejeżdżające pojazdy tą drogą. Na szczęście była to formalność i postój trwał 5-8min. Gdy już ruszyliśmy nawet się nie obejrzeliśmy jak znaleźliśmy się w Leon, na targu. Wysiadając nie bardzo mieliśmy jak się ruszyć ponieważ drogi były całkowicie zalane. Rzeka, rwąca rzeka, wszędzie.

Brak pomysłu na obranie kierunku poskutkował tym, że pan, który podjechał do nas rowerem-taksówką i zaproponował, że zawiezie nas do przyjemnego, spokojnego i taniego hostelu, miał okazje zarobić. Jak się na końcu okazało, całkiem sporo jak na Nikaraguę. Byliśmy ugadani na $2, a cholera jedna wzięła od nas $4, twierdząc, że $2 jest za osobę. Adi był poirytowany na maksa i wyzywał go pod nosem od złodziei. Co prawda $4 to nie majątek, ale jak porównamy to z autobusem, którym chwilę wcześniej pokonaliśmy ponad 40 kilometrów i zapłaciliśmy połowę z tego, czyli po $1 na osobę, to jest to irytujące. A tu co? 2 km i żadnych kosztów tylko mały wysiłek. Dodatkowo ulewa, która złapała nas jadąc tym rowerem-taksówką spowodowała, że zarówno my jak i nasze torby były mokre, co dodatkowo dolewało oliwy do ognia. My to w sumie nie problem, ale z torbami gorzej. Na szczęście hostel Flamenco’s okazał się być naprawdę spokojny, a właściciel na bardzo miły.

Po zakwaterowaniu, ruszyliśmy na miasto zjeść coś na kolację. Trafiliśmy do polecanego przez właściciela hostelu, lokalnego bufetu o nazwie Comedor San Benito . Za niewielkie pieniądze naprawdę się najedliśmy.

Mój zestaw bufetowy, Adriana był łudząco podobny, z tym że zamiast jajka miał więcej kurczaka.

Później poszliśmy na mały spacer w poszukiwaniu bankomatu, który obsługuje Mastercard. Na szczęście udało się na taki trafić już przy trzeciej próbie 😛 Miasteczko nocą faktycznie było urocze i może troszkę żałowaliśmy, że nie zostaniemy dzień dłużej, ale czas nas gonił, a Granada czekała. Do wyrka położyliśmy się chętnie, bo dzień był długi, męczący i mokry.

Rano tuż po śniadaniu udaliśmy się na autobus. Wiedzieliśmy, że jest bardzo tani, więc zamierzaliśmy z niego skorzystać, aby nie tracić czasu i dojechać do Granady na popołudnie.

Typowa uliczka w Leon.
Rynek, z okolicy którego odjeżdżały lokalne autobusy. Bardzo tłoczne i głośne miejsce.
Stragan z serami

Droga jak to droga, była dłuższa niż byśmy chcieli. Musieliśmy jeszcze po drodze przesiąść się w stolicy Managua, co polegało na złapaniu taksówki, która zawiozła nas na dworzec oddalony o 5 km od miejsca gdzie wysadził nas autobus z Leon (dodam, że taksówka ta -samochodowa- była tańsza niż ten wczorajszy nieszczęsny taxi-rower). Gdy wysiedliśmy z taryfy od razy przykleił się do nas miejscowy i powiedział, że nas zaprowadzi do odpowiedniego autobusu, Adi nie chciał ale koleś trzymał się nas twardo i prowadził do przodu, a jak się zatrzymywaliśmy przy jakimś straganie, to on też się zatrzymywał i czekał na nas. Oczywiście po dotarciu do autobusu chciał od nas pieniądze, co było turbo irytujące, bo był przy tym nachalny, a my w ogóle nie potrzebowaliśmy jego pomocy. Tym bardziej, że nie chciał „co łaska” tylko konkretną kwotę, wiec dostał… nic. To był średni, dworzec, może z 20 autobusów czy busów i na prawdę nie jest problem odnalezienie tego odpowiedniego, bo tam wszyscy cały czas krzyczą gdzie jadą, oczywiście po to aby przyciągnąć ludzi do swojego pojazdu. Wyglądało nawet na to, że w ten sposób busy i chicken busy ze sobą konkurowały. Po zajęciu miejsca w chickenie i odczekaniu kilkunastu minut ruszyliśmy do celu.

Chciken busy oczekujące na swój moment odjazdu – celowo nie piszę „godzinę odjazdu”, bo one czasami odjeżdżają jak chcą.
Chicken bus, którym podróżowaliśmy do Granady – wyjątkowy okaz, pięć miejsc siedzących w jednym rzędzie! Tego jeszcze nie było!

Podróż odbyła się bez niespodzianek i po godzinie  byliśmy w Granadzie. Panujemy zostać tu 2, może maksymalnie 3 noce i ruszyć na wyspę na jeziorze Nikaragua. Granada zapowiada się bardzo przyjemnie, na pierwszy rzut oka to piękne, stare miasto.

2 komentarze

  1. chciałem napisać, żebyście umieszczli datę pod postem, albo datowali kolejne dni.. ale sprawdziłem i data jest NAD postem. Wciąż MAŁO mi zdjęć! ZA MAŁO MAŁO ZDJĘĆ!

    1. Cześć. Tak na górze jest data, ale jest to data umieszczenia postu. Historia z postu działa się trochę wcześniej. Czy uważasz, że powinniśmy datować z jakiego okresu opisujemy wydarzenia (dokładnie, np. 01.09-03.09). Czy jednak data wstawienia postu wystarczy?
      Co do zdjęć, to mamy pewne ograniczenia serwera i czasowe (wybór obróbka, opisanie) wiec jest ciężko. Natomiast w planach jest seria krótkich filmików (formie migawek scen bez narracji – taki miszmasz:) ). Myślę nad formą +/- jeden miesiąc wyprawy/jeden filmik – około 2min.
      Pozdrawiamy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *