Witaj Hawano! – o tym jak znaleźliśmy mieszkanie.

Co za dzień! Dziś ruszyliśmy z casy dopiero w południe, prosto na dworzec autobusowy, który na szczęście był tuż za rogiem. Ranek spędziliśmy na śniadaniu (mango i banan) i pakowaniu plus lunch w postaci zupki z paczki. Skoro je już wzięliśmy z Polski to trzeba zjeść. A zjeść trzeba, bo plecak się ciężko zapina…

Pożegnaliśmy się z naszym hostem, niestety Millagros nie było, zostawiliśmy małe flaszeczki plus lakier do paznokci dla Mili i ruszyliśmy na dworzec. Spacer z plecakiem dał się we znaki i już po paru krokach byliśmy nieźle zgrzani. Mieliśmy trochę czasu dlatego też usiedliśmy sobie na dworcu i obserwowaliśmy. Tak po prostu. Oczywiście, nie obyło się bez propozycji przejazdu taksówką, z noclegiem w Hawanie w pakiecie – w myśl miejscowej zasady „pieniądze siedzą na ulicy”. Autobus okazał się być całkiem punktualny, prawie calutki wypchany ludźmi. Nasza wczorajsza wizyta na dworcu okazała się strzałem w dziesiątkę, Prawdopodobnie gdybyśmy się nie wpisali dzień wcześniej na listę, bylibyśmy zmuszeni zostać w Matanzas jeszcze jeden dzień, lub skorzystać z opcji wspomnianej wcześniej taksówki, która na pewno byłaby już droższa – bo przecież ostatni autobus odjechał… Do autobusu razem z nami wsiadły jeszcze tylko dwie osoby.

Ana z całym naszym dorobkiem, w oczekiwaniu na Autobus w Matanzas

Trafiło nam się miejsce przed grupką Kubańczyków i przy toalecie. Całą drogę śmierdziało moczem, plus ekipa za nami była dość hałaśliwa. Za to droga dla odmiany była bardzo zielona. Mieliśmy okazję zobaczyć piękną lazurową karaibską wodę, troszkę drzewiastych pagórków i zero betonowych miast.

I tak oto pojawił się tunel, za którym wiedzieliśmy, że jest już Hawana. Przystanek pierwszy. Podpytaliśmy się grupki za nami (bardzo dobrze mówili po angielsku) czy dalej też się zatrzymuje. Tak, usłyszeliśmy, więc doszliśmy do wniosku, że może warto pojechać dalej bo przecież w centrum będzie drogo. Przystanek drugi. Mijając za oknami autobusu wiele znaczków casy stwierdziliśmy, że skoro tego tak dużo to może pojedziemy jeszcze jeden przystanek, bo takowy miał być. I tak oto dojechaliśmy do zajezdni, jakieś milion kilometrów od centrum. Oczywiście po wyjściu z dworca zaatakowało nas stado taksówkarzy, jednak my twardo mówiliśmy nie. Powodem był fakt, że nie do końca wiedzieliśmy gdzie chcemy jechać, no i przecież tyle znaczków casy widzieliśmy z okna autobusu, więc stwierdziliśmy, że na bank coś zaraz znajdziemy.

Znaczek Casa Particular, czyli mieszkań do wynajęcia. To w jego poszukiwaniu nasze oczy latały na prawo i na lewo

Zaczęła się piesza wycieczka po Hawanie. Już po pierwszym kilometrze spoceni byliśmy jak dzikie myszy, taksówki widząc nas cały czas proponowały podwózkę, a my twardo do przodu. Przystanek na posiłek – magno. Tutaj chciałabym nadmienić, że wzięcie ze sobą plastikowego pojemnika było fantastycznym pomysłem. Skrojonego banana i mango zjedliśmy popijając litrem wody i w drogę. Znaczników casy ani jednego. No to dalej do przodu. Nogi i plecy poczuły swoje. Plecaki z Decathlonu – wersja najtańsza – są super, ale niestety słabo trzymają na biodrach, dlatego ramiona i plecy trochę oberwały. Wtem zaczepił nas murzyn. Po angielsku zaczął pytać skąd jesteśmy. co robimy, itp. Gdy zorientował się że szukamy casy, od razy zaczął proponować, mieszkanie kolegi do wynajęcia za 30 CUC. Wiedzieliśmy, że to dla nas za dużo. Celowaliśmy w 20 CUC. Skoro jednak się uparł to stwierdziliśmy, że pójdziemy obejrzeć i może coś stargujemy. Szliśmy kawałek za dwoma murzynami uliczką bez ludzi. Co sobie Ania od razu myślała? Kto mnie zna to wie, że czarne myśli próbowały mnie omamić. Na szczęści jest Adrian i gaz w kieszeni. Weszliśmy do budynku z tyci tyci pokoikiem. Z mieszkaniem wszystko było ok tylko, że nie miało znaczka casy, no i okolica w ogóle do nas nie przemawiała. Z 30 zeszli nawet na 22 CUC, ale Adrian mówił uparcie nie, więc ładnie podziękowaliśmy i w drogę…nie wiem ile mieliśmy kilometrów w nogach, ale było ich tyle, że jak kilka set metrów dalej zobaczyliśmy to miejsce to nie było bata, musieliśmy zostać na zimnym piwku.

Nasz „ulubiony” bar w Havanie, Myślę ze w asortymencie było z 5 produktów: 2 rodzaje piwa, 2 rodzaje wina i fajki bez filtra (w tym na sztuki!) – no chyba, że jeszcze coś za ladą,czego nie widzieliśmy.

Ależ nam się tu podobało… Pan pił piwko, Lili pięknie śpiewała. Nadmienię, iż poprowadziliśmy mały dialog po hiszpańsku. Przyznać muszę, humor nam się poprawił. Zaczęło nam również sprzyjać szczęście. Chwilę po wyjściu z tego PUBu zobaczyliśmy znaczek casy. Tyle, że nikogo dokoła nie było, a pod wskazany przy znaczku numer nie mogliśmy zadzwonić, bo przecież nasze telefony tu nie działają. Zresztą już widzę tą naszą rozmowę po hiszpańsku… Na szczęście kilka kroków dalej, w sklepikowym okienku była pewna babeczka, zawołała nas do siebie, zapytaliśmy jak się dostać do tego miejsca, a ona wskazała na wchodzącą akurat do budynku kobietę, ta poszła z nami za róg i pokazała pana w czerwonej bluzce twierdząc że to właściciel. Ten natomiast coś tam nam powiedział i zaprowadził do innej Casy. Kobieta, która byłą właścicielką jednak nie chciała zejść z ceny do 25 CUC. Mężczyzna nie dawał za wygraną, zaprowadził nas dalej pod kolejny dom, gdzie na jego wołanie nikt  nie wychylił się z balkonu, więc poszliśmy jeszcze kilkadziesiąt metrów dalej. Tam naszym oczom ukazał się rasowy transwestyta i domniemamy, że jego kolega. Zaczęliśmy negocjować cenę, „chłopcy” uparcie 30! A my uparcie, że nie mamy tyle, wiec ostatecznie targu nie dobiliśmy. Mężczyzna w czerwonej koszulce nadal się nie poddawał i zaprowadził do kolejnej casy dosłownie kilkanaście metrów dalej. I tak oto trafiliśmy do przepięknego pokoju u Vivian, która beż problemu zgodziła się na naszą stawkę, lecz powiedziała że może nas przenocować jedynie dwie noce, bo później ma gości z Francji. Vivian przyjęła nas ciepło. Na powitanie zrobiła nam przepyszne espresso, a my w tym czasie wzięliśmy upragniony prysznic. Upragniony! Vivian mówi trochę po angielsku, co wiele ułatwia, ma męża muzyka i jest managerem jego zespołu. Jest przemiła i serdeczna. Ładnie nam wszystko wyjaśniła, troszkę porozmawialiśmy i postanowiliśmy ruszyć jeszcze w miasto póki zmęczenie nas nie dopadło.

Nasz pokoik z prywatną łazienką i wyjściem do wspólnego salonu

Hawana…Nie wiem czy potrafię wam opisać jak wygląda. Z jednej strony piękna z drugiej brudna i zniszczona. Na pewno fotogeniczna. Tak samo jak w Matanzas, mnóstwo ludzi na ulicach. Dzieciaki grajce w gry na środku drogi. Rodziny spędzające czas na chodniku, przy stoliczku. Kolorowe budynki przeplatające się z tymi, które kolor straciły już lata temu. Tego się nie da opisać, a przynajmniej ja nie umiem. Spacerując ulicami Old Havana nie mogłam uwierzyć, że tam jestem. Cały czas nie mogę. Wracając do casy standardowo zaopatrzyliśmy się w mango!

Adrian dzisiaj stwierdził, że to nieprawda, że prawdziwa Havana zniknie za parę lat. Zgadzam się  z nim. Na to potrzeba czasu, dużo czasu. Może i na ulicach widać nowsze auta czy próby jakiekolwiek renowacji niektórych miejsc, ale tutaj potrzeba czasu, kilku nowych pokoleń i zmiany mentalności, aby np. ludzie zatrzymując się na światłach nie wyrzucali puszki czy innych śmieci przez okno auta – od tak!. Piękna Havana jest równocześnie ruiną oraz śmietnikiem i tylko w nielicznych zakątkach tego miasta to stwierdzenie się nie zgadza. Jest jedyna w swoim rodzaju!

Poniżej kilka zdjęć z wieczornego spaceru.

Spędzimy w tym mieście cztery pełne dni i mamy zamiar je bardzo dogłębnie eksplorować, miasto, nasze przygody i wszystko co utkwi w naszej pamięci przedstawimy Wam w kolejnym poście.

2 komentarze

  1. Moje drogie „dzikie myszy ” nawet nie wiecie jaka była moja radość , kiedy wchodząc na Wasz blog ukazał sie nowy post ! Śledzę , czytam i kibicuje !;) buziaki !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *