Trzy dni na wyspie Ometepe i droga w stronę Kostaryki.

Pierwszy wieczór na Ometepe spędziliśmy całkiem zwyczajnie. Najpierw udaliśmy się do sklepu na małe zakupy, a później chcieliśmy po prostu odpocząć w pokoju. Okazało się, że w hostelu poza nami i parami z Dani oraz Holandii, jest jeszcze grupka 3 Hiszpanów. Jeden z nich okazał się być naprawdę sympatycznym i rozmownym towarzyszem wieczoru.

Tak się złożyło, że chłopaki byli już na wyspie kilka dni i nazajutrz mieli w planie jechać do Granady, z której my przybyliśmy. Dzięki temu mogliśmy wymienić się informacjami nt. obu miejsc i opowiedzieć sobie co warto zobaczyć w odwiedzonych przez nas rejonach. Po godzinnej rozmowie wyskoczyliśmy też razem na miasto, do pobliskiej knajpki na lokalną kolację. Oczywiście ryż z fasolą i kurczak, a do tego surówka i chipsy z platana.

Bardzo typowy zestaw w Ameryce Środkowej.

Wyspa Ometepe

Kolejnego dnia wstaliśmy całkiem wcześnie, aby przed autobusem zwiedzić jeszcze trochę miasteczko. Ania miła ogromną ochotę na dobrą kawę, wiec przy okazji wypatrywaliśmy jakiejś kawiarni. Błądząc uliczkami naszym oczom ukazał się kolorowy hostel z barem przy ulicy. Mieli kawę! Jak się później okazało bardzo dobrą z plantacji uprawianej na zboczach wulkanu Conception. Jednak ja się nie skusiłem. Do mnie bardziej przemawiał smoothie ze świeżych owoców. Wybrałem ananasa i banany. Delektując się naszymi napojami poznaliśmy pewnego Australijczyka, który w tym hostelu przebywał korzystając z workaway. Po miłej godzinnej pogawędce wróciliśmy do pokoju, aby zabrać nasze plecaki i razem z Holendrami ruszyliśmy na przystanek Chickem busa.

Autobus odjeżdżał z okolic portu, czyli bardzo blisko naszego hostelu. Byliśmy tam chwilę przed czasem, więc musieliśmy poczekać. Kierowca i jego dwaj pomocnicy spali na dachu autobusu na wyciągniętych ze środka fragmentach foteli. Gdy wybiła godzina odjazdu zapytaliśmy kiedy ruszamy i czy możemy wrzucić nasze plecaki już do autobusu. Kierowca z dachu poinformował nas, że jeszcze chwila i że śmiało możemy wrzucać plecaki do środka. Okazało się że autobus ruszył z 20 minutowym opóźnieniem ponieważ czekał na ludzi z promu, który najwidoczniej też musiał mieć opóźnienie. Gdy prom przybijał do brzegu, kierowca zasiadł za kółko i przestawił autobus jakieś 100 metrów bliżej przystani. Tam autobus wypełniał się pasażerami. Zanim wszyscy zajęli swoje miejsca była już 15, czyli 30 min opóźnienia. Tutaj nasz niefart, niestety się nie skończył. Okazało się, że silnik w chicken busie nie odpala, a właściwie silnik odpalał kiedy kierowca gazował, ale jak tylko puszczał nogę z gazu autobus gasł.

Siedzieliśmy w środku dobre 20 minut i zastanawialiśmy się co dalej, w tym samym czasie pomocnicy kierowcy próbowali naprawić tego wiekowego już rupiecia. W pewnym momencie większość ludzi, która była jeszcze w środku wstała i zaczęła wychodzić. Nie wiedzieliśmy co się dzieje, czy mają już dość gorąca, które panowało w środku, czy może wiedzą coś więcej, np. że autobus już nie ruszy. Wyszliśmy razem ze wszystkimi na zewnątrz i czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Byliśmy trochę zdezorientowani i wkurzeni, bo to był jedyny autobus tego dnia, a w dodatku po raz kolejny zarezerwowaliśmy hostel na drugiej części wyspy, tylko że tym razem nie było już opcji bezpłatnej rezygnacji. Do tego oliwy do ognia dolewali stojący obok taksówkarze, którzy zacierali ręce na widok zepsutego autobusu. Nie musieliśmy długo czekać jak zaczęli nas atakować propozycjami przejazdu. Nie wiedzieliśmy co robić. Czy próbować z Holendrami i może jeszcze kimś wynegocjować cenę grupową, aby było taniej, czy czekać i modlić się, że chicken bus odpali. Na szczęście po kilku minutach usłyszeliśmy dźwięk silnika, który nie gaśnie na jałowych obrotach. Problem się rozwiązał, a twarz taksówkarza, który próbował nas namówić na przejażdżkę posmutniała. Wbiliśmy do środka i ruszyliśmy w prawie 1,5-godzinną przejażdżkę, a to tylko 37km.

Droga strasznie się dłużyła, mimo iż za oknem widoki całkiem dopisywały. Na początku mieliśmy okazję przejechać w poprzek pasa startowego na lotnisku. Tak dobrze czytacie. Była sobie droga później był szlaban (cały czas otwarty), a za szlabanem droga prowadziła przez pas startowy, za pasem kolejny szlaban i dalej normalna droga. Co jakiś czas, gdy wyjeżdżaliśmy z terenów „zalesionych” mogliśmy podziwiać tworzące wyspę wulkany, najpierw pierwszy Concepcion, a później drugi Maderas. Z racji tego, że wyspa właściwie składa się tylko z tych dwóch wulkanów, a jeden z nich jest sklasyfikowany jako aktywny, to po drodze widzieliśmy sporo znaków ewakuacyjnych, informujących o tym, w którą stronę należy się udać gdy Concepcion wyrzuci na zewnątrz drzemiące w nim pokłady energii, w postaci lawy i popiołu wulkanicznego. Widząc te znaki czuliśmy się trochę jak w filmie. Dziwnie byłoby żyć tu na co dzień i codziennie je mijać… Jednak należy pamiętać że to, że wulkan jest aktywny nie znaczy, że zaraz wybuchnie. A jak wybuchnie, to nie znaczy, że będzie to od razu apokalipsa. Reguła jest taka że im częściej wulkan wybucha, tym jego erupcja jest słabsza. Concepcion wybuchł ostatni raz w 2005 roku, wcześniej w 1998. Ogólnie w przeciągu ostatnich 130 lat wybuchł przynajmniej 24 razy. Oznacza to, że Ometepe raczej nie grozi zagłada, ale równocześnie nie należy ignorować obecności i aktywności Concepcion.

Przejeżdżamy przez pas startowy, w oddali widać wieżę kontroli lotów.

Na wyspie Ometepe istnieją dwa główne źródła dochodu. Jedno z nich to oczywiście turystyka, a drugie to plantacje platanów, czyli tzw. bananów warzywnych. I to był nasz główny widok podczas dalszej podróży chicken busem. Platan to właściwie owoco-warzywo, wyglądem bardzo przypomina banana, ale nie za bardzo nadaje się do zjedzenia na surowo. Gdy jest zielony, ma w sobie mnóstwo skrobi, wiec jest twardy i cierpki w smaku. Aby taki platan stał się smaczny i jadalny trzeba go poddać obróbce cieplnej, czyli inaczej mówiąc ugotować albo usmażyć. Ja osobiście uwielbiam usmażonego platana, albo chipsy które z niego można zrobić. Zielony platan gdy trochę poleży  staje się żółty, a później czarnieje. Im ciemniejszy tym słodszy i bardziej miękki. Nawet jak jest czarny z zewnątrz to nadal nadaje się do zjedzenia, w przeciwieństwie do banana.

Wracając do naszej podróży muszę stwierdzić, że las drzew bananowych, na których rosły platany był bardzo interesujący. Niewysokie drzewa, równo i gęsto posadzone. Od ziemi do wysokości głowy same pnie, powyżej liście i owoce. Wszystko to miało w sobie jakiś ład. Wyobrażałem sobie, że lokalne dzieci w tym lesie bawią się w chowanego, trochę jak my gdy byliśmy mali i bawiliśmy się w polu kukurydzy, czy zboża. Po jakiś 50 minutach podróży przejechaliśmy na drugą część wyspy. Tam droga asfaltowa zamieniła się w gruntową i jeszcze bardziej dziurawą, przez co nasz autobus jeszcze bardziej zwolnił. Po kolejnych 40 minutach dojechaliśmy do ostatniego przystanku.

Nasz hostel, w którym mieliśmy wynajęty pokój 2-osobowy znajdował się w jeszcze jakieś 900 metrów dalej niż ostatni przystanek, wiec szybkim krokiem zaczęliśmy zmierzać w jego stronę. Po drodze zaczepił nas młody chłopak, który zapytał czy szukamy miejsca do noclegu. Odpowiedzieliśmy że nie ale, że rozglądamy się za wycieczką na wulkan Maderas. Powiedział, że organizuje wejścia i że za $25 za 2 osoby możemy tam wejść z prywatnym anglojęzycznym przewodnikiem lub za $20 ale z hiszpańskojęzycznym. Zapytaliśmy o wejścia grupowe nie prywatne, powiedział że to koszt rzędu $7, ale wiąże się z nimi takie ryzyko, że jak ktoś z grupy nie da rady i będzie musiał wracać to wraca cała grupa. Zaczęliśmy pytać dalej i dowiedzieliśmy się, że na najbliższe wyjście, czyli w dniu kolejnym ma już 4 osoby. Cały czas wydawało nam się, że chce nas zniechęcić od tej opcji grupowej. Powiedzieliśmy, że musimy iść się zameldować do hostelu i że za 20 minut wrócimy. Cała sytuacja działa się przy niewielkim barze, więc stwierdziliśmy z Anią, że wrócimy tam na piwko i dogadamy temat.

Nasz Hostel o interesującej nazwie Monkey Island „Małpia wyspa” okazał się być całkiem sympatyczny. Zarządzali nim młodzi ludzie, których od razu podpytaliśmy o wycieczki na wulkan, ale zaproponowano nam wyjście za $30, więc podziękowaliśmy. W naszym pokoju znajdowało się łóżko i właściwie tylko łóżko, bo pokój był kwadratowy, a od ściany do ściany było w porywach 2,5 metra. No dobra był jeszcze wiatrak. Właściwie nie spodziewaliśmy się niczego więcej, bo za dwie noce zapłaciliśmy łącznie $16, a w tym było jeszcze śniadanie. O ile kilka kawałków owoców lub 3 maluteńkie tosty z masłem (do wyboru, to lub to) można nazwać śniadaniem : )

Po pozostawieniu rzeczy w pokoju szybko ruszyliśmy w stronę baru, gdzie miał czekać na nas poznany chwilę wcześniej chłopak. Zdecydowaliśmy się na wejście grupowe po czym organizator oznajmił nam, że niestety ale w międzyczasie zadzwonili do niego ludzie, którzy jutro, czyli w poniedziałek mieli wchodzić na wulkan i powiedzieli, że mieli wypadek na motorze i nie mogą iść. Także grupy już nie było. No ale tak to jest jak się jeździ na motorze w czwórkę? No chyba, że dwa motory? Chyba coś kręcił! Zdecydowanie chcieliśmy zrobić to w grupie, więc zaproponował nam wejście we wtorek i ugadaliśmy się, że znajdziemy go „w okolicy” jeśli nic innego nie wymyślimy do tej pory.

Wieczór spędziliśmy w małej lokalnej knajpce, a właściwie na zewnątrz, bo to taka polowa knajpka była. Wypiliśmy sobie piwko, zjedliśmy obiadokolacje i nawet coś pogadaliśmy z facetami przy stoliku obok a później z gospodynią. Gospodyni zaoferowała nam też wejście na wulkan ze śniadaniem w knajpce przed wyjściem oraz kanapką na wulkanie w cenie. Powiedzieliśmy, że kolejnego dnia damy znać, bo do tego czasu już zadecydowaliśmy, że na wulkan chcemy iść we wtorek, a nazajutrz idziemy na wodospad. Wieczór minął przyjemnie i szybko.

Wodospad San Ramón

Kolejnego dnia po śniadaniu ruszyliśmy w stronę wodospadu. Najpierw mieliśmy do pokonania trzy kilometry zwykłą drogą, do miejsca gdzie zaczyna się zaczyna się właściwy szlak. Liczyliśmy trochę na złapanie stopa, ale przez całą drogę przejechały 2 taksówki, auto dostawcze – całe załadowane i jeden pickup, do którego ostatecznie nie zamachaliśmy. Po 30-minutowym spacerze, dotarliśmy do miejsca, które było jakąś prywatną posesję. Za bramą budka, w której sprzedawano bilety ($3/osoba), a dalej, zagroda dla koni i długi zielony plac, na którego końcu był hotelik, restauracja i jakieś budynki gospodarcze. Panowie w budce poinformowali nas, że do wodospadu jest 4km oraz wskazując ręką dali znać, gdzie mamy się kierować. Dwieście metrów dalej, gdy przeszliśmy cały ten plac, zobaczyliśmy znak „cascada 3km” co potwierdziło informacje jakie dostaliśmy w naszym hostelu, czyli że szlak do wodospadów ma około 3km długości.

Droga prowadząca do okola wyspy, Daleko w tle wulkan Concepcion.

Wodospad znajdował się na zboczu wulkanu Maderas, całkiem wysoko na zboczu. Jednak szlak ten prowadził tyko do wodospadu, nie dało się „przy okazji” zaliczyć wulkanu. Droga rozpoczęła się zwyczajną ścieżka, a właściwie drogą polno-leśną. Pod nogami dwie koleiny wyrobione najprawdopodobniej przez pojazdy gospodarcze i quady. Tych drugich na wyspie jest bardzo dużo. Wypożyczanie motorów i quadów, aby turyści mogli objechać sobie wyspę, to jeden z popularniejszych biznesów tutaj. Szczerze to trochę się obawiałem podejścia pod górę po tym co przeżyłem na wulkanie Acatenango, jednak świadomość, że trasa ta jest o połowę krótsza, pomagała myśleć pozytywnie. Szlak prowadził cały czas pod górkę, czasami podejścia krótkie i strome, a czasami długie ale łagodne. Aura była bardzo sprzyjająca, słońce świeciło szlak był pusty, a jak byliśmy w połowie drogi to nawet były widoczki na otaczające wyspę jezioro Nikaragua. Po drodze rosło mnóstwo drzew mirabelkowych przez co ścieżka miejscami była usłana tymi owocami. Było to trochę denerwujące, bo po pierwsze rozkładające owoce dość mocno śmierdziały, a po drugie trzeba było bardzo uważać aby się na nich nie pośliznąć.

Szlak prowadzący do wodospadu, początkowo była to zwykła droga gruntowa.

Trochę za połową doszliśmy do miejsca, gdzie ci bardziej leniwi turyści, albo po prostu z większym budżetem, zostawiali swoje motory czy quady i musieli przesiąść się na własne nogi. Droga gruntowa po prostu się urywała, wiec ludzie stawiali swój sprzęt na poboczu i ruszali w górę zwykłą, wąską ścieżką. Widzieliśmy kilka pojazdów, ale żadnych osób. Szlak był dość kamienisty. Mijaliśmy napisy ostrzegawcze o „luźnych” kamieniach. W pewnym momencie szlak prowadził nawet korytem strumyka. Woda była bardzo płytka, wiec z łatwością można było się przemieszczać po wystających kamieniach. Razem ze ścieżką zaczął się też gęsty las mglisty, którym porośnięty jest wulkan Maderas. I to właśnie za sprawą tego lasu wulkan Maderas jest bardzo wyjątkowy. Poniżej notka edukacyjna.

Las mglisty (ang. cloud forest lub fog forest) – niski las strefy międzyzwrotnikowej występujący na obszarach górskich, gdzie stale zachodzi kondensacja pary wodnej, wskutek czego utrzymują się chmury i mgły. Odznacza się bardzo bujną roślinnością. Niskie i pokrzywione drzewa są gęsto porośnięte epifitami korzystającymi z wody zawartej w powietrzu. W wyżej położonych partiach lasu często występują olbrzymie wrzośce, starce i lobelie. W lesie mglistym jest chłodniej niż w wilgotnym lesie równikowym. Spotkać go można m.in. na Kilimandżaro i na Ruwenzori.

Tylko 1% światowych zasobów leśnych to lasy mgliste. Ważne obszary lasów mglistych znajdują się w Ameryce Łacińskiej, wschodniej i środkowej Afryce, Indonezji, Malezji, na Filipinach, Papui-Nowej Gwinei i na Karaibach

Źródło

Szlak prowadzący korytem strumyka. Oraz niskie partie lasu mglistego.

My byliśmy w dolnych partiach tego lasu, więc to co widzieliśmy, to zapewne jeszcze nie był szczyt bujności jaki potrafi rozwinąć las mglisty, ale i tak nam się bardzo podobał. Idąc dalej słyszeliśmy już ludzi, co zdradziło nam, że lada moment powinien ukazać nam się wodospad. Uszliśmy dobre 200-250 metrów i nic, nadal las. Szum wody towarzyszył nam od dawna przez płynący po sąsiedzku strumień, więc powoli zacząłem myśleć że po prostu doganiamy jakąś grupkę ludzi. Nagle po kilkunastu metrach znienacka, zza krzaków pojawił się on!

Wodospad San Ramon, gdy go ujrzeliśmy, wywrł na nas spore wrażenie.

Podejście zajęło nam w sumie 80 minut.

Na miejscu spędziliśmy około 30-40 min, na początku poza nami było około 10 osób, ale po jakiś 20 minutach nie było już prawie nikogo. Udało nam się nawet „wziąć prysznic”, ale nie długi bo po pierwsze woda była lodowata, a po drugie zaraz po przybyciu tam widzieliśmy jak z góry razem z wodą spadał spory kamień i ląduje niecały metr od jednej z osób w wodzie. Mogło się to skończyć fatalnie. Gdy nasze oczy nacieszyły się już tym widokiem, zebraliśmy się do drogi powrotnej. Podczas schodzenia spotkaliśmy Australijczyka, który razem z nami wchodził na wulkan w Gwatemali. Wymieniliśmy kilka zdań, i ruszyliśmy dalej. Właściwie rach-ciach z górki i już byliśmy obok budki, w której 3 godziny wcześniej kupowaliśmy bilety wstępu. Wyszliśmy na drogę i ruszaliśmy w stronę hostelu, trochę za połową drogi udało się nawet złapać stopa, który podwiózł nas pozostałą część drogi.

Resztę dnia spędziliśmy odpoczywając. Byliśmy też w sklepie po zakupy na obiad oraz w barze poinformować gospodynię, że znaleźliśmy inną opcję wycieczki na wulkan, a opcją tą była propozycja z naszego hostelu. Po małych negocjacjach wycieczka kosztowała już tyle samo co opcja z baru, ale przewagą był anglojęzyczny przewodnik. Może warto tu dodać, że na wulkan można wejść samemu, ale trekking nie należy do najłatwiejszych m in. ze względu na mokry, błotnisty i miejscami stromy teren (jakiś czas temu nawet zginęło tam kilka osób). Poza tym przewodnik był by dobrym towarzyszem i liczyliśmy na wiele ciekawostek na temat wyspy wulkanów i ogólnie Nikaragui.

Kolejnego dnia pobudkę zaplanowaliśmy na godzinę 6 ze względu na to, że o 7 mieliśmy zacząć naszą wyprawę na Maderas. Od rana miałem sporo wątpliwości i myślałem aby zrezygnować z wycieczki. Wynikało to z kilku powodów. Po pierwsze pogoda-  była fatalna. W nocy padało, więc na wulkanie musiały być niesprzyjające warunki. Aktualnie nie padało, ale grzmiało z kilku stron wiec było niepewnie. A najgorsze było to, że wulkan stał przykryty chmurami od połowy w górę. Pamiętacie notkę z Wikipedii o lesie mglistym? No właśnie nic byśmy nie zobaczyli. Kolejna sprawa buzujące we mnie wątpliwości, czy przez te warunki będziemy czerpać jakąkolwiek przyjemność z wycieczki. Zapewne byłoby bardzo trudno technicznie, a widoki, których przez chmury zapewne by zabrakło, nie miałby okazji wynagrodzić nam odbytego wysiłku. Dodam jeszcze, że Ania nie ma butów trekkingowych tylko adidasy bez bieżnika, co mogłoby być lekkim strzałem w stopę.

Zapytałem Anie o zdanie i ostatecznie postanowiliśmy zrezygnować, tłumacząc się małym kłamstewkiem i bolącej noce po wyciecze na wodospad.

Droga w stronę Kostaryki

Nie mogliśmy stać w miejscu, wiec stwierdziliśmy, że skoro aura na wyspie nie sprzyja to trzeba się ewakuować. Tym bardziej, że jest wcześnie rano i dzięki temu bylibyśmy w stanie daleko dojechać tego dnia. Obraliśmy cel „jak najdalej na Kostaryce” i po szybkiej akcji pakowania ruszyliśmy na autobus.

Dziesięć minut spaceru i 30 minut czekana później, wsiadaliśmy do autobusu. Trasa powrotna identyczna jak ta dwa dni wcześniej. Oczywiście chicken bus nas nie zawiódł i po drodze musiały być przygody. Tym razem w połowie drogi złapaliśmy gumę i przez jakieś 10-15 min pomocnicy kierowcy wymieniali koło. Magia chickenów <3 w ogóle dobrze, że mieli zapasowe.

Droga powrotna chicken busem.

Po prawie 2 godzinnej podróży dojechaliśmy do portu. Od razu skierowaliśmy się w stronę promów. Tym razem udało się załapać na niewielki stary statek, ale za to tańszy niż prom, którym płynęliśmy na wyspę, a czas przepływu ten sam (koszt $1/osoba). Po dotarciu do portu w San Jorge, musieliśmy dostać się do oddalonego o jakieś 6 km Rivas, skąd odjeżdżały autobusy w stronę granicy z Kostaryką. Chcieliśmy rozglądnąć się za jakimś autobusem, ale nie do końca mieliśmy pomysł skąd może odjeżdżać. A jedyny jaki widzieliśmy w porcie jechał do stolicy Nikaragui i to dopiero za 40 minut. W międzyczasie cały czas podchodzi o nas taksówkarze z propozycją przejazdu. W pewnym momencie Ania nie wytrzymała. Po tym jak wyszliśmy za bramę portu i kolejni taksówkarze nas obskoczyli i zaczęli nachalnie proponować przejazd, Ania zapytała ich czy mówią po angielsku. Jeden z nich opowiedział pozytywnie, po czym posypała się taka wiązanka z ust Ani, że aż się zdziwiłem i zacząłem chichrać pod nosem. Oczywiście wszystko było powiedziane kulturalnie, ale za to bardzo dosadnie. Nieszczęśnik na którego padło, zaczął przepraszać za swoje oraz kolegów zachowanie, bo w sumie tylko tyle mu pozostało. Z drugiej strony miał też szczęście bo w międzyczasie zorientowaliśmy się, że innej opcji poza taksówką nie mamy, więc zabraliśmy się z nim do miasta. (Dla ścisłości jest autobus lokalny, który za około 1.3 zł/osoba kursuje z San Jorge do Rivas, ale nie wiedzieliśmy skąd i kiedy odjeżdża, a taksówka wyszła nas zaledwie 4 zł drożej.)

Droga powrotna statkiem przez jezioro Nikaragua. Jak widać nad wulkanem Concepcion ciężkie chmury, Zastanawialiśmy się czy Maderas też tak wyglądał i czy dobrze zrobiliśmy. Po pewnym czasie doszliśmy do wniosku że to była rozsądna i słuszna decyzja.

W Rivas wysiedliśmy przy głównej przejazdowej przez miasto, w sąsiedztwie przystanku, gdzie zatrzymywał się autobus do granicy. Od ludzi na ulicy dowiedzieliśmy się, że najbliższy powinien być za jakieś 20 minut, więc postanowiliśmy w tym czasie złapać stopa. Skoro i tak staliśmy przy trasie to czemu by snie spróbować. Niestety nic złapać się nie udało, więc wsiedliśmy do autobusu, który nadjechał punktualnie. Za $1 na osobę dojechaliśmy do samej granicy.

O tym co było dalej dowiecie się z kolejnego wpisu. Przed nami Kostaryka, niestety planujemy tam zagościć zaledwie 3-4 dni, bo nieubłagalnie zbliża się termin, na który jesteśmy umówieni z naszymi kolejnymi hostami Workaway. Tym razem czekają na nas w Panamie, na wyspie Bocas del Toro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *